środa, 4 maja 2016

Zmory nauki

Często gdy próbuję wytłumaczyć coś komuś w grupie albo na forum internetowym, zadanie to utrudnia mi jakaś wybitnie nierozgarnięta osoba. Jak czytam lub przysłuchuję się różnym dyskusjom, też niemal zawsze komuś, kto wie o czym mówi przeszkodzi ktoś, kto nie wie w czym rzecz, ale zachowuje się tak, jakby wiedział. A na potwierdzenie rzekomej słuszności swoich poglądów pochwali się wykształceniem wyższym w dziedzinie, jakiej problem dotyczy. I choć w oczach osoby zaznajomionej z tematem wychodzi na ignoranta, to wśród osób bez owego wykształcenia, biorących udział w dyskusji, uważany jest za znawcę.

Pixabay

Temat dotyczy (w moim przypadku) głównie kreacjonizmu i wyznania inteligentnego projektu, choć znajomi w kwestiach takich jak szczepionki czy globalne ocieplenie także doświadczają, no właśnie: jak to zjawisko nazwać? Weźmy osobę nie znającą się na biologii i nie rozumiejącą teorii ewolucji, przez co będącą w jakimś sensie kreacjonistą. Gdy próbuję wytłumaczyć jej o co chodzi i rozwiać zasygnalizowane wątpliwości, wkracza ktoś, kto mówi „Ale przecież ewolucji wcale nie udowodniono, jestem z wykształcenia chemikiem/biologiem/lekarzem, więc wiem co mówię!”. Osobę mającą z góry już ustalony jakiś antynaukowy pogląd ciężko jest uświadomić i przekazać wiedzę, a gdy do akcji wchodzi ktoś taki, jak zacytowany wyżej, staje się to w wielu przypadkach prawie niemożliwe. 

Powiecie, że to wina słabego poziomu kształcenia studentów w Polsce. Bo jak to lekarz - antyszczepionkowiec, biolog czy biotechnolog - kreacjonista albo fizyk - wyznawca płaskiej Ziemi? Absurd. A jednak uczelnie, także te najlepsze w kraju, wypuszczają takich absolwentów. Owszem, najwybitniejsze uniwersytety w Polsce i tak w rankingach światowych są  daleko w tyle, między trzecią, a czwartą setką (i to tylko te naj, ranking obejmuje 800 pozycji, a większość naszych uczelni nawet na to się nie załapuje, także tych, które w kraju uchodzą za dobre). Powiecie, że to wina braku dofinansowania uczelni, przez co te przyjmują i przepychają do końca studiów osoby, które wcale nie powinny się tam znaleźć. Może i tak, ale nie zanosi się na zmiany, a czas płynie.

Antynauka idzie do przodu, maszeruje coraz częściej przez szkoły wyższe, na których powinna być piętnowana, a nie zapraszana i mile widziana. Zdarzało mi się słuchać wykładów, na których doktor/ka lub profesor/ka opowiada o tym, że globalne ocieplenie to mit, że działalność człowieka nie ma tu większego wpływu. Oczywiście i jedno i drugie to nieprawda. Byłem też na wykładzie, gdzie próbowano nas przekonać, że „albo się wierzy w Boga albo w ewolucję” (co jest sprzeczne nie tylko ze współczesną nauką, ale także doktryną Kościoła). Czy wykorzystywanie swojego stopnia naukowego i autorytetu wśród studentów, jako środka do propagandy na tematy, które wśród niespecjalistów mogą być kontrowersyjne, nie jest czasem naruszeniem zasad etyki zawodowej?

Gdy na zajęciach o zapłodnieniu in vitro dyskutujemy nad aktualną polityczną atmosferą, panującą w tym temacie to można uznać, że wszystko jest w porządku. To jest właśnie nasz temat, a konteksty: historyczny, polityczny i społeczny, także są w nauce ważne. Jeśli natomiast profesor na zajęciach z obsługiwania mikroskopów czy ochrony środowiska próbuje przemycić, strzelam, homofobię, nietolerancję religijną czy promocję swojej religii, to coś tu jest bardzo nie tak. A z doświadczeń własnych i doniesień znajomych z różnych uniwersytetów w Polsce wiem, że niestety takie zjawiska nie należą do rzadkości. Hipotetyczny wykładowca niekoniecznie nawet musi mieć złe intencje, w końcu potencjalnie każdy wątek można przedyskutować. Tylko proszę, na odpowiednim przedmiocie, nie gdziekolwiek, gdzie są studenci, których można karmić w godzinach pracy czymś zupełnie innym, niż się powinno.

Ostatnio w Nature (jest to jedno z najbardziej prestiżowych czasopism naukowych) opublikowano list dwójki Polaków – Pauli Dobosz (Uniwersytet Cambridge) i Jakuba Zawiły-Niedźwieckiego (Uniwersytet Warszawski). Zwracają oni uwagę międzynarodowemu środowisku naukowców na ostatnie, antynaukowe wydarzenia w Polsce: znachor Jerzy Zięba dający wykłady na uniwersytetach, kreacjonistyczna książka Macieja Giertycha (pracującego w Polskiej Akademii Nauk) rozsyłana do szkół, zespół antyszczepionkowców w sejmie czy zniesienie rządowego programu zapłodnienia in vitro. Obok tego można dodać wycinkę Puszczy Białowieskiej wbrew opiniom i publikacjom naukowców. Przykładów mniejszej i większej wagi można by podać więcej, ale nie o wyliczankę chodzi. 

Niektórzy powiedzą, że w innych krajach też tak jest, nie należy więc „atakować” Polski. Owszem, gdzieniegdzie także postawy antynaukowe i antyspołeczne nasilają się. Tylko że tu nie chodzi o „atak” na Polskę, przeciwnie. Odwracanie kota ogonem nie pomaga, tylko szkodzi. 

17 komentarzy:

  1. gdzieniegdzie ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja znam jednego lekarza-homeopate. Prawdziwego. Ale tylko jednego,a lacznie lekarzy znam pewnie powyzej setki. Wiec nie zapominajmy i o prostym fakcie, ze jacys odszczepiency moga znalezc sie w kazdej grupie zawodowej, nawet jesli jest to bardzo malo prawdopodobne i w ogole rzadkie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, ale to oni krzyczą najgłośniej

      Usuń
  3. Ja miałem wykładowcę chemii organicznej, który nie wierzył w rezonans struktur a aromatyczność próbował tłumaczyć symetrią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. WAT. Przecież zjawiska rezonansu tłumaczą także wiele innych rzeczy, a nie tylko aromatyczność.

      Usuń
  4. Ale to prawda - antynauka szerzy się w szkolnictwie wyższym. Mam doskonały przykład potwierdzenie tych słów. Studia II stopnia, pedagogika (specjalność związana z diagnostyką dzieci), uniwersytet jedyny na Warmii i Mazurach. Zajęcia z terapii psychopedagogicznej: właściwości lecznicze drzew (tak, przytulanie się do dębu, brzozy itd.), otwieranie czakr kolorami (do dziś pamiętam wszystkie czakry plus adekwatne kolory), leczenie kolorami (np. jaki kolor leczy depresję dziecięcą) i inne pseudobzdury. Uprzedzam pytanie: tak, miałam z tego egzamin. Jedno z pytań odnosiło się do właściwości leczniczych lasu, np. oddziaływania zielonego koloru na czakry. Na innym przedmiocie, prowadząca przekonywała nas o wyższości szeptania i szeptuch nad medycyną (dowód koronny - wyleczenie autyzmu po wizycie u szeptuchy). Inna wykładowczyni paliła zabawki dzieci, uważając za szatański wytwór. W pewnym momencie czułam się prawie jak w Hogwarcie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Myślę, że nawet dyskutowanie pewnych tematów na przedmiotach do tego nie przeznaczonych nie byłoby takie złe, gdyby to rzeczywiście była dyskusja, a nie - jak piszesz - właśnie próba przemycenia swoich poglądów, czy wręcz po prostu indoktrynacji.

    Także wykłady takich osobistości świata nieuki, jak znachor Jerzy Zięba, powinny być dopuszczalne - byłyby one świetną okazją do obalania tego typu antynaukowych poglądów (może powinny towarzyszyć im odpowiednie kontr-wykłady?).

    Piszę tak dlatego, że mnie uczono, że Uniwersytety oprócz przekazywania wiedzy powinny uczyć także myślenia. Powinny one być także ostoją wolności poglądów i swobody wypowiedzi - dlatego zamiast zakazywać tego typu patologii i cenzurować nieprawomyślne idee powinno się je kontrować (edukować o faktycznym stanie rzeczy), do czego ponoć naukowcy są zobowiązani.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy takie naukowe patologie dopuszcza się do debaty, to przeciętny słuchacz, nie znający się na danym temacie może dojść do wniosku, że faktycznie istnieje jakaś dyskusja pomiędzy naukowcami na przykład nad tym, czy globalne ocieplenie faktycznie istnieje i czy jego przyczyną jest działalność człowieka. Dlatego ja jestem zdania, że osób o pseudo i antynaukowych poglądach nie należy dopuszczać do debaty publicznej.

      Usuń
    2. Masz rację, ale zauważ jedną rzecz - niedopuszczanie do żadnej debaty sprawi, że osoby propagujące pseudonaukę będą przez takiego przeciętnego słuchacza postrzegane jako męczennicy prześladowani przez system i w ten sposób osiągnie się skutek odwrotny do zamierzonego: "zakazane" przekonania będą właśnie rozpowszechniane.

      Ciężko znaleźć złoty środek w tym temacie, ale myślę (jak wspomniałem), że takie wydarzenia jak dopuszczenie znachora do wykładu na uniwersytecie mogłyby być doskonałymi okazjami do przeciwstawiania się takim ideom.

      Rzecz jasna, zgodnie z tym co piszesz, nie mogłyby one być skonstruowane jako dyskusja(*), ale coś w stylu wspomnianego przeze mnie kontr-wykładu demonstrującego błędy myślenia takich osób nie byłoby głupim pomysłem.


      (*) - Powodów do tego, aby nie dyskutować z takimi osobami jest wiele. Jednym z tych powodów jest, jak piszesz, aby nie dawać wrażenia, że te idee są brane przez naukę i naukowców na poważnie.

      Inny powód, nie mniej ważny, jest taki, że osoby takie stosują często (bardzo nieuczciwą) taktykę wobec swoich oponentów polegającą na zalaniu ich masą "zarzutów", na które po prostu nie sposób odpowiedzieć w krótkim czasie.

      Może słyszałeś, jeśli nie to tu masz link:


      http://rationalwiki.org/wiki/Gish_Gallop

      Usuń
  6. Strasznie irytują mnie takie osoby, które nie umieją dyskutować, wymieniać się argumentami a jedynie trwają przy swoich przekonaniach i próbują narzucać je innym...

    OdpowiedzUsuń
  7. Ach... Nigdy nie zapomnę lekarza, który oburzył się, że mierzę poziom glukozy we krwi aż (!) 8 razy dziennie (choruję na cukrzycę typu I). Na moją odpowiedź, iż w tym przypadku częściej = lepiej odpowiedział: "Nie wiem, ile tak pożyjesz."

    OdpowiedzUsuń
  8. Zawsze i wszędzie może się trafić jakiś idiota... Nic na to nie poradzimy. Ja ostatnio uczę się omijać dyskusje, ponieważ do głupoty dochodzi też wywołanie zamieszania (tak zwane trolle). Co by człowiek nie powiedział to będą przeciwko i jeszcze będą prowokować, bo im więcej ludzi zareaguje tym lepiej.
    Co do poglądów zawsze staram się racjonalnie na wszystko spojrzeć, swoje osądy opieram o naukę. Staram się jednak szanować zdanie innych, w końcu każdy ma do tego prawo. Uwielbiam dyskutować, niestety mało ludzi potrafi to robić, więc rzadko mam okazję do tak wspaniałej rozrywki.

    OdpowiedzUsuń
  9. Spotkałam się z opiniami, że globalne ocieplenie wcale nie ma nic wspólnego z działalnością człowieka. Podobno co jakiś czas zmienia się klimat na Ziemi (epoki lodowcowe itp) i nic nam do tego. Wydzielane przez nasze społeczeństwo gazy/zanieczyszczenia to zaledwie kilka procent i za mało by móc zmienić klimat. Z drugiej strony spotkałam się także ze stwierdzeniem głoszącym, że to dobrze wydzielać te zanieczyszczenia, bo w innym wypadku mielibyśmy już epokę lodowcową. Ile ludzi tyle teorii. Czasami się czuję jakby każdy wymyślał sobie sam wszystkie historie oparte na jakiś strzępkach informacji. Nie znam się = milczę i słucham mądrzejszych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Owszem, to tylko kilka procent (nie wiem dokładnie ile), ale należy wziąć pod uwagę fakt, że te "kilka" procent kumuluje się od ponad 100 lat.

      Usuń
  10. "Autorytet świata nieuki" - boskie. Kradnę.

    Mogę się odwdzięczyć ziębitami, ziębologiką (para zdań sprzecznych daje wykład na jutubie), ziębitaminą (lewobrzeżną). "Misja Ziębistan" trwa :-)

    OdpowiedzUsuń