niedziela, 29 października 2017

Historia naukowego nawrócenia

Nabraliście się kiedyś na monotlenek diwodoru? Ja nie, ale jeżeli myślicie, że od zawsze byłem pronaukowym racjonalistą, to jesteście w błędzie. Ja też, podobnie jak wielu przyszłych sceptyków, miałem wcale niekrótki okres interesowania się medycyną alternatywną, parapsychologią, zjawiskami niewyjaśnionymi, UFO, spiskami i wieloma innymi tego rodzaju tematami. Postanowiłem o nim opowiedzieć. Nie tylko dlatego, że jest na taki artykuł zapotrzebowanie. Warto pokazać, że zanim dojdzie się do celu, można zajść w ślepy zaułek w całkowicie przeciwnym kierunku i że nie każdy wyznawca medycyny alternatywnej i teorii spiskowych musi być „wrodzonym ignorantem”. Poza tym historie te z pewnością będą zabawne i dające do myślenia.


Ciężko mi stwierdzić kiedy dokładnie zacząłem interesować się medycyną alternatywną i spiskami. Jako kilkulatek polubiłem biologię przez modę na dinozaury po premierze Parku Jurajskiego i podobnie jak wiele innych dzieci chciałem, by rodzice kupowali mi książki o dinozaurach i figurki. Zbierałem też skamieniałości. Sceptycznie podchodziłem do tego, co słyszałem czasem na lekcjach religii, gdzie nie zawsze uczy się tego, czego powinno (np. w temacie ewolucji biologicznej). Jednocześnie bardzo lubiłem rozmowy o UFO, kręgach w zbożu, Yeti czy Chupacabrze. Zwłaszcza wieczorem, na podwórku. Wraz z rozwojem Internetu pojawiły się też nowe możliwości – przede wszystkim fora internetowe o zjawiskach paranormalnych.


Pierwszą poważniejszą przygodę z pseudonauką przeszedłem w wieku nastu lat. Naczytałem się na forach o parapsychologii, że siłą woli można zdziałać cuda. Na przykład wyleczyć rany, przenosić przedmioty na odległość (będziecie się śmiać – pamiętam, jak według zaleceń na forum robiłem papierowy wiatraczek na igle i „medytowałem” nad nim wierząc, że kiedy się porusza, to dzięki mojej sile woli, nie przez przeciąg czy mój podmuch). Pewnego dnia w drodze do gimnazjum przekonywałem kolegę, że telekineza u ludzi jako zjawisko została całkowicie udowodniona i że za kilka lat będą w szkołach lekcje z przedmiotu o takiej właśnie nazwie. Kulminacją był moment, w którym nauczycielka od fizyki pytała nas o rodzaje oddziaływań, a ja się zgłosiłem i powiedziałem o telekinetycznych… Dziś się z tego śmieję na głos, wtedy traktowałem to na serio.

Na telekinezie wcale się wówczas nie skończyło. Temat parapsychologicznych zdolności rozciągał się od bilokacji (którą rzekomo przejawiał Ojciec Pio), przez pirokinezę (rozpalanie ognia siłą umysłu), do opuszczania duszą/świadomością swojego ciała. To ostatnie to zjawisko eksterioryzacji (znanej z angielskiej nazwy OOBE – Out of Body Experience), czyli uczucia, że wychodzi się ze swojego ciała, mogąc je oglądać w trzeciej osobie, w „świecie astralnym”, nie mając materialnego ciała i widząc w trzystu sześćdziesięciu stopniach. Jest ono samo w sobie ciekawe, ale nauka tłumaczy to jako złudzenie, które mogą wywoływać także narkotyki. Istnieją przesłanki by sądzić, że szyszynka ssaków (w tym naczelnych) jest (1, 2) w stanie wydzielać jeden z nich – DMT (dimetylotryptamina).

Istnieje jeszcze jedna ciekawostka z kręgu parapsychologicznych. Swego czasu pewien piosenkarz, Jacek Stachursky, oznajmił w TVN, że rezygnuje z jedzenia, bo będzie się odżywiał energią słoneczną. Było to kilka lat po tym, kiedy ja przeszedłem podobną fazę ogłupienia. W Internecie mnóstwo wówczas było materiałów na ten temat. Dokładnie pamiętam (i czuję), jak wychodząc z domu w chłodniejszy dzień myślałem sobie, że nie chce mi się ubierać ciepłej kurtki, najwyżej dogrzeję się pobierając energię ze słońca przez krótką medytację podczas spaceru. Aż trudno nie dodać tutaj jakiejś śmiejącej się emotki.

Zdawać by się mogło, że dużo tego wszystkiego, a to dopiero część spośród pseudonaukowych głupot, w jakie wierzyłem w młodości. Gdybym miał podzielić to na rozdziały, to drugim byłby epizod „starej Ziemi”. Na forum parapsychologicznym (znowu) istniała grupka osób promująca pogląd, że Biblia opisuje tak naprawdę (w sposób metaforyczny) dzieje kosmitów słabszego gatunku ciemiężonego, z silniejszym, który przybył na ich planetę. Przejście przez Morze Czerwone miało być w rzeczywistości udaniem się w kosmos bez specjalnego sprzętu, co oznaczało cud. Istoty te potem przetrwały i rozsiały życie po innych planetach, w tym także na naszej, przekazując nam w formie Biblii tę historię. W tym miejscu mój przypadek potwierdza też przebadaną już (3) i potwierdzoną hipotezę, że wyznawcy teorii spiskowych często wierzą w coś zupełnie ze sobą sprzecznego. Poza tym co wyżej, uznawałem też istnienie ziemskich praludzi-gigantów, Atlantów czy medytujących (i nadal żywych) od tysięcy lat mnichów. Świetnym źródłem różnorodnych głupot jest książka „Ręce precz od tej książki”, która wpadła mi w ręce, gdy miałem około 16 lat. Co ciekawe, nigdy nie towarzyszył temu denializm ewolucyjny. Wciąż czytałem sporo artykułów popularnonaukowych i książek przyrodniczych i nie negowałem nigdy zachodzenia zjawiska ewolucji biologicznej (co u wierzących w pradawnych gigantów itp. jest dosyć częste). Donoszę, że podobnie sceptyczny byłem zawsze co do chematrailsów.


O przeświadczeniu, że istnieją dowody na reinkarnację nie będę szerzej opowiadał, za to chciałbym napisać o moim wegetariańsko-ekologistycznym epizodzie. Było to również w okresie gimnazjalnym i pierwszej połowie licealnego. Działałem wtedy w Greenpeace (i jednorazowo w Polskim Towarzystwie Ochrony Przyrody Salamandra), zbierając podpisy pod inicjatywą ustawodawczą w sprawie powiększania parków narodowych, zwłaszcza Białowieskiego Parku Narodowego, obejmującego tylko część Puszczy Białowieskiej (choć skrycie marzyłem przede wszystkim o morskim rezerwacie, do dziś regularnie śledzę stronę helskiego Fokarium). Było to w roku 2010 i tę część działalności do dzisiaj sobie chwalę (zamyka to też usta tym, którzy zarzucają mi, że gdzie byłem, kiedy poprzednie rządy nie dbały o Puszczę Białowieską; na marginesie, wówczas chodziło o powiększenie obszaru parku narodowego, dziś o to by nie została zniszczona).

Niestety nasiąknąłem również propagandą Greenpeace odnośnie GMO (jeśli moja mama kupiła jakieś podejrzanie duże jabłka czy truskawki, nie chciałem ich jeść uznając, że pewnie są modyfikowane genetycznie…), czy elektrowni jądrowych, co ciągnęło się za mną właściwie aż do początku studiów, zwłaszcza jeśli chodzi o atom. Jednocześnie nigdy nie negowałem globalnego ocieplenia i faktu, że jest napędzane działalnością człowieka. W tamtych czasach byłem też wegetarianinem, momentami także w formie radykalnej (mleko zabija, mięso gnije w jelitach i powoduje nowotwory, jedzenie mięsa oznacza bycie mordercą). Nie mogę jednak powiedzieć, że nie miało to swoich plusów. Do teraz bardzo lubię kotlety sojowe, krem z soczewicy czy napoje „mleka” roślinne. Dziś do wegetarianizmu mam podejście racjonalne – jeżeli jest to dieta odpowiednio zbilansowana, to jest zdrowa. Dodatkowo jej wyborem można przyczynić się do zmniejszenia produkcji odpadów, wykorzystania wody, wycinania lasów czy emisji gazów cieplarnianych (o ile nie towarzyszy temu bycie przeciwnikiem GMO). Zrezygnowałem z diety wegetariańskiej już dawno, ale staram się jeść niewielkie ilości mięsa i liczę na to, że na europejski rynek wejdą wkrótce spożywcze owady, których hodowla jest zdecydowanie mniej szkodliwa dla środowiska, a które również dostarczają białka i odpowiednich witamin. Jestem też zdania, że etycznie jest to lepsze od jedzenia kręgowców. Smażone prostoskrzydłe w pysznej panierce, z sosem majonezowym, słodko-kwaśnym, musztardowym, pomidorowym. Może w końcu zacząłbym regularnie chodzić do KFC?


Dopiero na ostatnim etapie pseudonaukowości w moim życiu wszedłem na drogę medycyny alternatywnej. I podobnie jak wcześniej, tu również za sprawą internetowego forum o parapsychologii i zjawiskach niewyjaśnionych. Zaczęło się od tematu o powszechnej grzybicy ogólnoustrojowej, podobno pospolitej w całym społeczeństwie. O moim odgrzybianiu w wieku nastu lat już kiedyś pisałem, więc tutaj tylko w skrócie powiem, że polegało to przede wszystkim na piciu naparu z niewyobrażalnie, obrzydliwie gorzkiego piołunu. Co ciekawe, jest on toksyczny dla zwierząt, w tym ludzi, także w odniesieniu do układu nerwowego (4, 5). Wyobraźcie sobie teraz wyznawców medycyny alternatywnej, którzy dla zwalczania urojonej grzybicy piją to litrami.

Piołun, fot. David Monniaux

Później nastał czas uczenia się do matury rozszerzonej z biologii. Było to dla mnie zadanie trudne, ponieważ w liceum byłem w klasie „dziennikarskiej” i moimi przedmiotami rozszerzonymi był język polski, historia i WOS (czego nie żałuję). Biologię skończyłem już w drugiej klasie szkoły średniej. Przygotowanie się do matury przyniosło efekty – im więcej uczyłem się o biochemii, genetyce, cytologii, fizjologii, biologii ewolucyjnej, ekologii, tym mniej w powyższe teorie spiskowe wierzyłem, z czasem całkowicie je odrzucając.

Na studiach, mniej więcej do ostatniego roku licencjatu pozostało mi już tylko jedno poważne zaćmienie części mózgu. Choć motywowane ideologicznie, to przekładające się na naukowe podejście do homoseksualizmu. Uważałem, że jakieś nieznane siły chcą sprawić, by wszyscy stali się homoseksualni, co miałoby doprowadzić do zniszczenia Unii Europejskiej czy USA. Szczególnie pamiętam moment, w którym sprawdzałem populację osób LGBT w San Francisco (która jest bardzo wysoka) myśląc po przejrzeniu wyników, że to miasto jest już stracone. Tak, jakbym przeczytał o rozprzestrzenieniu się w nim barbarzyńców. Wiedziałem, że homoseksualizmu się nie leczy, ale negowałem jego naturalne pochodzenie, że to coś normalnego w przyrodzie, zwłaszcza u ssaków. Z czasem zacząłem czytać naukową literaturę na temat przyczyn powstawania czy ewolucji homoseksualizmu, co opisywałem dwukrotnie na blogu i dziś już tylko z politowaniem (a czasem ze złością, zależy od sytuacji) patrzę na wszystkie fałszywe doniesienia o leczeniu homoseksualizmu, jego sprzeczności z naturą, dewiacyjności.

Po moich doświadczeniach mógłbym stwierdzić, że wiara we wszystkie te spiski po części wykreowała mój racjonalizm i pchnęła mnie w sceptycyzm. Być może przez takie przeżycia, choć myślę że nie tylko dlatego, mam też jakieś zrozumienie dla osób, które w niektóre teorie spiskowe wierzą. Nie chodzi o to, by taki stan rzeczy akceptować, ale potrafię sobie wyobrazić powody osoby silnie wierzącej w siły nadprzyrodzone albo kogoś śmiertelnie chorego i jego motywację do szukania pomocy w medycynie alternatywnej. Nie znaczy to oczywiście, że nie ma takich, którzy zatruwają umysły ludzi dla pieniędzy, sławy, dogodzenia swojemu narcyzmowi czy dla wpływów politycznych. Wszystko to widzimy także w Polsce i uważam, że trzeba to zwalczać. Z irracjonalizmu i kierowania się w podejmowaniu decyzji wiarą w nieprawdę wynika wiele nieszczęść, którym można by zapobiec, a wiele okazji na postęp może zostać oddalonych w czasie lub całkowicie przez to utraconych.


Na koniec chciałbym zachęcić Was do wsparcia. Ponieważ To Tylko Teoria nie przynosi na ten moment żadnych dochodów z reklam, a prowadzenie i rozwój bloga wymagają ponoszenia kosztów zdecydowałem się postawić na Patronite, gdzie możecie ustawić w prosty sposób comiesięczne wpłaty (od 5 złotych). Przy osiągnięciu pierwszego progu finansowego kupię nowy szablon na bloga, a do prowadzenia To Tylko Teorii dołączy nowa, zorientowana w biologii i zaufana osoba, dzięki czemu wszystko będzie działało sprawniej. Przy drugim progu kupię porządny aparat i wówczas będzie się na blogu oraz fanpage pojawiało więcej zdjęć własnej roboty. W samym tylko Krakowie, gdzie obecnie jestem na studiach doktoranckich, jest co najmniej kilka miejsc wartych udokumentowania i opisania, o moim rodzinnym Poznaniu nie wspominając. Stara cyfrówka zepsuła się podczas wizyty w waszyngtońskim Muzeum Historii Naturalnej (jego ostatni dech widoczny na zdjęciu wyżej). Trzeci próg pozwoli mi na to, by artykuły na blogu były bardziej różnorodne i zdecydowanie częściej się pojawiały, pisane także przez specjalistów z różnych dziedzin nauki.

21 komentarzy:

  1. Haha, ale się uśmiałam!!! I tym południe albo już kiedyś pisałeś, albo opowiadałeś mi prywatnie, ale te klimaty z telekinezą itd. rozczuliły mnie na maksa <3 Świetny tekst! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możliwe, że opowiadałem prywatnie. ;-) Dzięki. :-)

      Usuń
  2. Miałam dokładnie tak samo jak Ty i to praktycznie w tej samej kolejności tylko z tą różnicą, że nigdy nie miałam nic przeciwko LGBT. Pewnie znajome Ci są książki słynnych fantastów E.von Daenikena i Sitchina, bo ja w czasach gimnazjum miałam na nie totalną "fazę". "Ręce precz..." oczywiście też znam. Przeszło mi z tym wszystkim po pójściu na studia na chemię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, w gimnazjum nic do osób LGBT nie miałem, dopiero od liceum to się zaczęło zmieniać, chyba razem z narastającą w społeczeństwie (do dzisiaj) falą nietolerancji.

      Usuń
  3. Cyferki się zgadzają - na form "poza ciałem" przypadkiem nie siedziałeś? 😂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, forum na którym siedziałem jest już dawno skasowane.

      Usuń
  4. Jaką rolę odegrał Epoche i grupa racjonalisty ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. I jaki jest sens nabijanie się z cudów powszechnie uznanych? Aleś sobie wziął postać na widelec, o. Pio. Uwążaj, żeby on sobie Ciebie nie wziął w obroty bo wtedy będziesz naprawdę miał świat na głowie. A o cudzie eucharystycznym niedaleko Ciebie słyszałeś?

    OdpowiedzUsuń
  6. Na szczęście moja mama uczyła mnie biologii, a tak to już jest, że do rodziców ma się większe zaufanie niż do obcych ludzi. Dzięki temu słysząc rozbieżny przekaz z lekcji biologii i religii, ukierunkowałem swoje myślenie na naukowe podejście do tematu, teorię ewolucji, budowę komórki, DNA, mechanizmy działania. Zauważyłem też, że najczęściej ludzie, którzy wierzą w takie zabobony najczęściej mają ograniczoną wiedzę na temat tego jak to wszystko działa (na zasadzie nie znam się więc się wypowiem). Osoby, które posiadają szerszą wiedzę na temat biologii, chemii czy fizyki są raczej mniej podatne na wiarę w paranaukowe bzdety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie każdy ma rodziców nauki, a każdy zasługuje na dobrą edukację.

      Usuń
  7. Hipotezy jak najbardziej mogą być absurdalne, z UFO i telekinezą włącznie. Chodzi o sposób wersyfikacji. Jeśli inspiracją są pomysły o obcej cywilizacji, to nic nie stoi na przeszkodzie metoda naukową je zweryfikować. MNic w tym złego ani antynaukowego. Nauka jest tam, gdzie jest zdolność do refleksji i weryfikacji. Czasem mocno "odjazdowe" hipotezy czy programy badawcze nie dość ,że emocjonalnie wspierają do poszukiwań, to jeszcze inspirują do poszukiwania tam, gdzie nikt nie szukał. Nie ma co się kajać i bić w piersi. :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba bardziej się usprawiedliwiam młodym wiekiem. :-)

      Usuń
  8. Też miałam takie jazdy jako nastolatka, nawet OOBE osiągałam (z pewną pomocą). Drugi ciężki epizod nastąpił w ciąży, przez chwilę byłam antyszczepem, niepokoiły mnie doniesienia o zagrożeniu związanych ze szczepieniami i zaczęłam się zagłębiać w temat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eh tak, antyszczepionkowcy niestety strachem skutecznie zatruwają ludzkie umysły. :-(

      Usuń
    2. OBE samo w sobie to nie pseudonauka. Ludzie tego doświadczają, oczywiście to nie jest realne wyjście poza ciało, tylko wrażenia bycia poza ciałem. Pseudonaukowa jest np. interpretacja doświadczenia bycia poza ciałem jako podróży astralnej czy podobnego crapu.

      Usuń
  9. Wierzę w naukę i w Boga tak, jakoś to godzę. Nie lubię jak ktoś naśmiewa się z wiary.

    OdpowiedzUsuń
  10. Moja historia wygląda bardzo podobnie :) Całe szczęście, że uzmysłowiłam sobie parę rzeczy i przeszłam na "jasną stronę mocy". Pewnie gdzieś jeszcze mam "Ręce precz od tej książki" :)

    OdpowiedzUsuń