Nowy wywiad w ramach serii Poznaj badacza poświęciłem Marcinowi Napiórkowskiemu. Doktorowi habilitowanemu, semiotykowi kultury w Instytucie Kultury Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Autorowi książki Mitologia współczesna i blogerowi popularnonaukowemu z bloga o takim samym, jak książka tytule. 

Marcin Napiórkowski
fot. Mikołaj Starzyński

Jesteś semiotykiem kultury. Czym w ogóle jest semiotyka?

To nauka o znakach i komunikacji. Ma sporo odmian. Najbliżej mi do takiej, jaką reprezentował Umberto Eco. Określa się ją czasem mianem „semiotyki interpretacyjnej”, bo przypomina trochę to, co wszyscy zmuszeni byliśmy robić w szkole (a czego pewnie wszyscy nie znosiliśmy), czyli interpretację wierszy. Biorę przeróżne przekazy – od starożytnych mitów po reklamy odzieży sportowej. Od wierszy po przemówienia polityków – i staram się z użyciem dość precyzyjnie określonych narzędzi odpowiedzieć na pytanie „jak to jest zrobione?”. Co nadawca chciał wyrazić? Jakiego efektu po stronie odbiorcy się spodziewał? Jakie środki zastosował? I wreszcie, do czego w szkole raczej nie zachęcano – jak mu poszło? Bo wiele komunikatów badam nie ze względu na to, jakie są wspaniałe, ale właśnie dlatego, że są z jakiegoś powodu ułomne. Niezrozumiałe dla odbiorców, wprowadzające w błąd, oparte na błędach czy uproszczeniach.

Dlaczego zająłeś się tą dziedziną nauki?

W liceum byłem w świetnej klasie matematyczno-przyrodniczej i chciałem zostać programistą (dzisiaj się mówi koderem?), ale nie przykładałem się dostatecznie do przedmiotów ścisłych, więc w klasie maturalnej wybrałem plan B. Zająłem się porządniej polskim i historią, które – wobec rozszerzonego programu matematyki czy biologii – wydały mi się łatwiejsze. I połknąłem bakcyla. Przed maturą plan B zdążył się zmienić w ciężkie uzależnienie od książek. Wtedy też trafiłem na trop semiotyki. Do dziś i ja, i moi rodzice wspominamy pamiętny wieczór, kiedy wróciłem do domu po wielu godzinach spędzonych w Trafficu (to była taka duża księgarnia w Warszawie, gdzie pozwalali siedzieć między regałami i czytać) i oświadczyłem „mamo, tato, postanowiłem zostać semiotykiem kultury”.

Jak patrzysz na popularne (choć mam wrażenie, że coraz mniej) zarzuty w kierunku nauk społecznych i humanistycznych, że są nieprzydatne lub mniej wartościowe od nauk ścisłych i przyrodniczych?

Sceptycznie, ale z pokorą. Z jednej strony mam pewność, że to, co robimy, może być z łatwością zastosowane w praktyce. Chociażby wspomniane badania nad skutecznością przekazu dają konkretne wskazówki dotyczące poprawy jakości komunikacji między lekarzem, a pacjentem albo marką i konsumentką.

Z drugiej strony warto zastosować tę samą logikę do nas samych. Jeżeli takie zarzuty się pojawiają, to znaczy, że coś robimy źle. Najwyraźniej kuleje opowieść, jaką humaniści czy badaczki z obszaru nauk społecznych przedstawiają o sobie. Reakcje znacznej części społeczeństwa pokazują, że nie potrafimy w przekonujący sposób opowiedzieć o tym, dlaczego jesteśmy ważni i potrzebni. Oczekiwanie, że wszyscy będą nas podziwiać, finansować nasze badania czy zlecać nam ekspertyzy „bo tak trzeba” albo „bo mamy dwa tysiące czterysta lat tradycji” jest niedorzeczne. Humanistyka na całym świecie potrzebuje dziś pozytywnego mitu popartego ciężką pracą, gotowością do zmian i przekonującymi historiami sukcesu. U nas ta pozytywna opowieść najbardziej potrzebna jest w liceum, czyli w tym momencie, gdy młodzi ludzie szukają swojego „planu A” czy „planu B”.

Myślisz, że jest coś, jakiś wzorzec, procedura, zwyczaj, który jest powszechny na wydziałach nauk społecznych i humanistycznych, ale nie przyrodniczych, a z którym warto byłoby spróbować także tam?

Trudno mi powiedzieć. Chyba zbyt słabo znam wydziały przyrodnicze. Ale może wzorcem godnym naśladowania jest uczestnictwo humanistów w życiu społecznym? Figura public intellectual, który stara się wykorzystywać swoje kompetencje, wzbogacając debatę w ważnych kwestiach. Oczywiście nie należy tego mylić z mądrzeniem się na każdy temat i podpieraniem się stopniem naukowym przy zabieraniu głosu poza obszarem swoich kompetencji. To dokładne przeciwieństwo tego, o czym mówię.

Czy jest w Twoim obszarze nauki coś, co dziś jest oczywistością, ale gdy zaczynałeś zajmować się tą dziedziną było nieznane?

Kiedy kilkanaście lat temu zaczynałem pracę nad książką o powstaniu warszawskim prawie nikt u nas nie słyszał o badaniach nad pamięcią zbiorową (memory studies). Badało się to, co się wydarzyło (fakty), a nie to, w co ludzie wierzą (pamięć). Dziś mamy na tym polu wręcz klęskę urodzaju i w zasadzie dla wszystkich jest oczywiste, że obok prac historyków potrzebne są też studia socjologów czy kulturoznawców, bo ludzie podejmują działania – uchwalają prawa, wznoszą pomniki, reagują na uchodźców – nie w oparciu o to, co się faktycznie wydarzyło, ale w oparciu o to, co wiedzą, i w co wierzą w kwestii przeszłości.

Co Twoim zdaniem można uznać za sukces naukowy w Twojej dziedzinie? Czy przypisałbyś jakiś sobie samemu?

Jakąś miarą sukcesu jest zawsze wpływ na rzeczywistość. W naukach humanistycznych czy społecznych to może być napisanie książki, która dotrze do szerokiego grona czytelników – choćby wtórnie, przez medialne reakcje – i zmieni ich sposób postrzegania świata. Marzenie o takim sukcesie ciągle mnie napędza (bez tego pewnie trudno byłoby jechać na badania albo siąść do pisania). Ale nie panikuję, bo wiem, że w humanistyce, która opiera się jednak na procesie gromadzenia wiedzy, trajektoria biograficzna jest taka, że zwykle przychodzi on dość późno.

A porażki? Jak sobie z nimi radziłeś i jak wsparłbyś dzisiaj młodych naukowców czy studentów, których to spotyka?

Słabo sobie radzę z porażkami. Łatwo się wściekam. Obawiam się, że obserwowany z zewnątrz przypominam Kaczora Donalda albo Louis de Funèsa. Tyle przynajmniej dobrego, że szybko mi przechodzi. Choć jestem naprawdę doświadczonym w tej materii zawodnikiem – zaliczyłem mnóstwo porażek – nie mam tu chyba żadnych mądrych rad. W 99% sprawdza się „próbuj dalej”.

Polskie szkolnictwo wyższe. Czy coś byś w nim zmienił? Jeśli tak, to co?

Na pewno sporo trzeba zmienić – i to w całym systemie edukacji – żeby dostosować go do sposobu, w jaki współcześni młodzi ludzie naturalnie zdobywają wiedzę. Z perspektywy dyscypliny, którą reprezentuję, jest dość oczywiste, że nie można dalej nauczać i uczyć się tak samo, jak w epoce sprzed Internetu, a na dobrą sprawę także sprzed radia i telewizji, bo współczesny uniwersytet i współczesna szkoła to wytwory kultury druku. Tak jak w przypadku prasy drukarskiej, z jednej matrycy odbija się tu setki tysięcy identycznych kopii, nie tworząc w zasadzie możliwości personalizacji końcowego produktu. Potrzebny nam uniwersytet epoki Internetu, czyli taki, w którym komunikacja jest znacznie bardziej zindywidualizowana i nie przebiega wyłącznie od nauczających do nauczanych.

Jak wyglądałyby dzisiejsze reklamy, gdyby przed emisją musiały być zaakceptowane przez komisję etyczną, w której zasiadałby ktoś taki, jak Ty?

Ja akurat lubię reklamy. Nie jestem też ekspertem od etyki. Mam doktorat z estetyki, a to jest w zasadzie konkurencja. Ważniejsza od komisji etycznych wydaje mi się zawsze mądra polityka edukacji konsumentów. A najlepsze efekty dałoby pewnie połączenie. Na przykład istniejący już od dawna w UE obowiązek zamieszczania na produktach informacji o składnikach odżywczych w połączeniu z przemyślaną edukacją na temat zdrowego żywienia (to, o ile mi wiadomo, wciąż nieco w szkole kuleje). Dopiero takie połączenie zobowiązań nadawcy i przygotowania odbiorcy skutecznie wyeliminowałoby bajki o „jednym sprytnym sposobie, który usuwa tłuszcz” i „superfoodach, których nienawidzą lekarze”.

Czy uważasz, że naukowcy powinni częściej wychodzić do ludzi, na ulice, do telewizji, na wywiady? Pokazywać swoją pracę i jej skutki? Tłumaczyć społeczeństwu rolę nauki? I co z tematami, które choć dla naukowców są zwyczajne, to wielu odbiorców uważa je za kontrowersyjne? Co sądzisz o lekarzu, psychologu czy biologu, który idzie oficjalnie, jako naukowiec, na np. protest w ochronie Puszczy Białowieskiej albo Marsz Równości? Czy sam uczestniczyłbyś jako naukowiec w tego typu wydarzeniu?

Jak już wspominałem, wydaje mi się, że zabieranie głosu w sprawach publicznych jest obowiązkiem naukowca, a wpływ na te sprawy – jedną z najważniejszych miar jego sukcesu. Niezwykle istotne jest jednak podkreślenie, że wypowiedź żyrowana tytułem czy stopniem naukowym powinna dotyczyć wyłącznie wąskiego obszaru specjalizacji danej badaczki czy badacza. Jako semiotyk nie powinienem się mądrzyć o korniku drukarzu, chyba, że w ramach tekstu „kornik drukarz jako post-Baconowska figura udoskonalania natury przez technologię” albo coś w tym rodzaju. Podobnie z Marszem Równości. Wydaje mi się, że mój głos jako naukowca będzie wart więcej, jeżeli zamiast abstrakcyjnych haseł skoncentruję się na zademonstrowaniu przy użyciu narzędzi semiotycznych konkretnych przykładów dyskryminacji osób homoseksualnych czy transpłciowych w Polsce. Niestety, materiału w tym zakresie wciąż nie brakuje.

Co lubisz poza nauką?
Jestem rodzinnym zwierzęciem. Uwielbiam spędzać czas z synem i żoną. Patrzenie na świat oczyma czterolatka jest jeszcze z tysiąc razy fajniejsze, niż patrzenie nań przez semiotyczny obiektyw.

A na koniec, Twoje ulubione powiedzenie (może być własnego autorstwa, niekoniecznie szerzej znane) w duchu pozytywnie pojmowanej nauki?

Własnego autorstwa to na pewno nie! Mam takie motto: „Nigdy nie ufaj naukowcom, którzy przywołują aforyzmy własnego autorstwa.” Dla mnie mistrzami naukowych bon motów byli Richard Feynman i Carl Sagan. Ten drugi napisał kiedyś, że „sceptycyzm źle się sprzedaje”. To ważna przestroga. W swojej pracy zajmuję się głównie badaniem mitów, co często wiąże się z ich obalaniem. Ludzie tego nie cierpią. Mało co wywołuje taką wściekłość u rozmówcy, jak próba przekonania go, że coś, w co wierzył, nie ma potwierdzenia w faktach. Kultura (a pewnie też natura) tak nas ukształtowała, że wolimy wierzyć, niż krytycznie interpretować.
Udostępnij na Google Plus

O autorze

Łukasz Sakowski. Biolog z Poznania. Czytaj więcej
    Blogger Comment
    Facebook Comment

1 komentarze :

  1. Jeden z ciekawszych wywiadów w tej serii. No i „kornik drukarz jako post-Baconowska figura udoskonalania natury przez technologię” wygrywa wszystko <3

    OdpowiedzUsuń