Krokuta zamiast hieny, pampasowiec zamiast wilka. Dlaczego zmieniono polskie nazwy ssaków świata?

W roku 2015. zmianie uległo polskie nazewnictwo ssaków świata, które oficjalnie przedstawiło Muzeum i Instytut Zoologii Polskiej Akademii Nauk. Wszyscy już zapewne słyszeli o tym, że świnkę morską przemianowano na kawię, a naszą bałtycką fokę szarą na szarytkę. Istnieje wiele innych, mniej rozpowszechnionych przykładów, o których napiszę niżej. Jednak przede wszystkim chciałbym w tym tekście odnieść się do dokonanych modyfikacji. Dlaczego je poczyniono? Czy miało to jakikolwiek sens?

lew morski uszanka kalifornijska
Lew morski, przemianowany na uszankę kalifornijską

Na wstępie należy się wyjaśnienie dotyczące nazewnictwa i jego kategoryzacji. Jedną z najstarszych dziedzin biologii jest systematyka, czyli nauka klasyfikująca organizmy żywe w poszczególne grupy. Dla zobrazowania o co chodzi, spójrzmy na taki opis dla człowieka: należymy do królestwa zwierząt, typu strunowców, podtypu kręgowców, gromady ssaków, rzędu naczelnych, nadrodziny małp człekokształtnych, rodziny człowiekowatych, rodzaju człowieka i gatunku człowieka rozumnego. Systematyzowanie zwierząt czy roślin może odbywać się na różnych zasadach, określanych przez poddziedzinę systematyki – taksonomię. Podstawowe mechanizmy klasyfikacji opierają się o podobieństwa fenotypowe (wygląd, morfologia, zachowanie) i filogenetyczne, czyli pokrewieństwo genetyczno-ewolucyjne.

Podziały te niejednokrotnie różnią się między sobą, ponieważ genetycznie bliżej spokrewnione gatunki, ale od kilkuset tysięcy czy milionów lat zamieszkujące inne środowiska, mogą bardziej różnić się wyglądem między sobą, niż ze słabiej spokrewnionymi, ale ewoluującymi w podobnym otoczeniu organizmami. Dobrym tego przykładem są wieloryby, które choć są ssakami tak jak my, to pod wieloma względami przypominają ryby (z którymi jednak są odleglej, niż z nami spokrewnione). Obecny trend we współczesnej biologii kieruje się bardziej w stronę klasyfikowania gatunków na podstawie genetyczno-ewolucyjnego pokrewieństwa. Budzi to jednak opór, ponieważ z uwagi na różnice morfologiczne, bywa niepraktyczny.

foka szara szarytka
Foka szara, przemianowana na szarytkę, fot. Mateusz Włodarczyk (Fokarium w Helu)

Powyżej opisany spór nie jest jedynym wśród biologów. Kolejne bitwy toczą się na polu nazewnictwa. Zobaczmy. Pisałem o wielorybach. Wieloryby. Wielo-ryby. Wielkie ryby. Przeciwnie do nich, małe bałtyckie walenie nazywamy morświnami. Morskimi-świniami. Morskimi świniami, ssakami. Łacińską, a więc oficjalną, międzynarodową nazwą morświna jest Phocoena phocoena. Czy nazwalibyśmy go w związku z tym fokonią? Fokonem? Fokoniem zwyczajnym? Zastanówmy się czy może mieć to sens.

Niegdyś foka szara, dziś oficjalnie nazywa się szarytką morską (Halichoerus grypus). Foka obrączkowana, już od jakiegoś czasu znana jako nerpa, teraz legitymizowana jest nerpą obrączkowaną (Pusa hispida). Z fok występujących w Morzu Bałtyckim, w tym czasami na terenie Polski, pozostaje jeszcze foka pospolita (Phoca vitulina). Spójrzcie na oryginalne, łacińskie nazwy i zauważcie, że pierwsze słowo oznaczające rodzaj jest inne. Każda z wymienionych fok należy więc do innego rodzaju. Widzimy to gdy patrzymy na łacinę, ale już nie, jeśli zerkniemy na stare, polskie nazewnictwo. Foka, foka, foka. Popatrzmy teraz na nowe: szarytka morska (Halichoerus grypus), nerpa zwyczajna (Pusa hispida) i foka pospolita (Phoca vitulina). Podobnie poczyniono w przypadku morświna. Teraz w rodzinie morświnowatych mamy następujące rodzaje w języku polskim: morświn (Phocoena), morświnek (Neophocaena), morświniec (Phocoenoides). Przed 2015. rokiem każdy rodzaj w ojczystym języku był morświnem. Sens zmian jest zatem taki, by polska nazwa wskazywała na różnicę rodzajową.

Zaleta wprowadzonych modyfikacji jest teraz oczywista. Ale jest ich więcej. Pampa to trawiasto-krzewiasta formacja roślinna Ameryki Południowej. Zamieszkuje ją wilk grzywiasty, przemianowany na pampasowca grzywiastego. Nazwa rodzajowa sugeruje zatem miejsce bytowania. Oddziela pampasowca od typowego wilka. Odmienny przykład: brzegowce (rząd). Przybrzeżne, spokojne, roślinożerne ssaki wodne. Wcześniej nazywane syrenami. Czyli manaty i diugonie (oraz wymarłe krowy morskie, które z kolei zmieniono na syreny morskie).

słoń afrykański
Słoń afrykański, fot. Wulfstan 

Bizon amerykański, czyli Bison bison, nazywa się nadal bizonem amerykańskim. Żubr z kolei (Bison bonasus) wciąż nazywa się żubrem (dodatkowo tylko europejskim), choć również jest to rodzaj Bison. Motywacja zmian powinna więc skłonić do wymiany żubra na bizona europejskiego, albo bizona amerykańskiego na żubra amerykańskiego. Tak się jednak nie stało. Być może dlatego, że żubr jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Polski. To samo spotkało słonie. Bo o ile słoń afrykański i słoń leśny należą do rodzaju Loxodonta, tak słoń indyjski to już rodzaj Elephas. Jednak słoniem pozostał. Na plus jest jednak zmiana wcześniejszej nazwy gatunkowej słonia leśnego – słoń afrykański leśny – co mogło mylić go ze słoniem afrykańskim.

słoń leśny
Słoń afrykański leśny, przemianowany na słonia leśnego, fot. Thomas Breuer

Co z nazwami, które silnie weszły w tak zwaną świadomość społeczną? Darujmy sobie fokę. Innym przykładem jest wydra morska. Wielu słyszało, wielu widziało – przynajmniej w telewizji, Internecie albo chociaż grając w Zoo Tycoon 2. Tymczasem nowe nazewnictwo z 2015. roku zmieniło ją kałana morskiego. Brzmi obco? Okazuje się, że od lat mówiono tak w Polsce na wydry. Teraz oficjalnie mamy wydrę europejską i kałana morskiego.

Hienę cękowaną przemianowano na krokutę cętkowaną. Niesamowicie rozbawiła mnie (nie w tym negatywnym, szyderczym znaczeniu) reakcja dziennikarki Ewy Podolskiej na tę informację podczas audycji radiowej o podróżach do Afryki: Krokuta? Ahh! Dajcież spokój! Uzasadnieniem jest – jak w poprzednich sytuacjach – inny rodzaj hieny cętkowanej (Crocuta), niż w przypadku pozostałych hien.

hiena cętkowana krokuta
Hiena cętkowana, przemianowana na krokutę cętkowaną

Hiena jako zwierzę silnie zakotwiczyła się w naszej kulturze. Znamy powiedzenia „hiena cmentarna” (przerzucimy się na krokutę cmentarną?) czy „hiena dziennikarska”. W znanym wszystkim, nagrodzonym Oscarami, Królu Lwie występują hieny, właśnie cętkowane. (Wyobraźcie sobie Simbę mówiącego „to krokuty!”) Angielska nazwa hieny cętkowanej to wciąż spotted hyena lub laughing hyena. Najwyraźniej brytyjscy zoologowie nie mają z tym problemu. Izolowanie naszego języka od międzynarodowego angielskiego odbyło się też kosztem sejwala (ang. sei whale), którego przerobiono na płetwala czerniakowego oraz finwala (ang. fin whale) zmienionego w płetwala zwyczajnego. 

W ramach ciekawostki wymienię na koniec jeszcze kilka innych, intrygujących nazw gatunkowych, które w roku 2015. zostały zmienione. Fokę brodatą przemianowano na fokowąsa brodatego. Lamparta morskiego przekształcono w amfitrytę lamparcią (brzmi piekielnie, prawda?). Orka karłowata stała się szablogrzbietem waleniożernym, a wiewiórka ziemna afrowiórką pręgowaną. Zabawnie brzmi ryjówkokształtny wychuchol pirenejski.

wychuchole
Wychuchole pirenejskie, źródło 

Nowe nazewnictwo jest z pewnością ciekawe, intrygujące, pod wieloma aspektami przydatne. Obawiam się jednak, że o ile kawię czy szarytkę z przyczyn naukowych, funkcjonalnych, jak i estetycznych da się przełknąć, tak przemianowanie hieny cętkowanej na krokutę czy wymazanie finwala po prostu się nie uda. 

Ponieważ prowadzenie bloga naukowego wymaga ponoszenia kosztów (nie tylko finansowych, ale także czasowych), zdecydowałem się stworzyć profil na Patronite, gdzie możecie ustawić w prosty sposób comiesięczne wpłaty na rozwój bloga. Dzięki temu może on funkcjonować i będzie lepiej się rozwijać (pojawia się dzięki temu więcej artykułów na blogu). 5 czy 10 złotych nie jest dla jednej osoby dużą kwotą, ale przy wsparciu wielu z Was staje się realnym, finansowym patronatem bloga. 

Udostępnij na Google Plus

O autorze

Łukasz Sakowski. Biolog z Poznania. Czytaj więcej
    Blogger Comment
    Facebook Comment

12 komentarze :

  1. Interesujący temat. Ciekawie będzie zobaczyć czy faktycznie się nie uda i jak to się potoczy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. jeszcze dodałbym takiego milusiego stworka, jak suwaczek, przemianowanego na myszoskoczka, obecnie zaś jest to ponoć "gerbil tłusty"...
    "krokut" rozsmarował mnie po suficie, nie widziałem o tej zmianie...
    za to w wychucholu chyba się zakocham, po prostu słodziak... kojarzy mi się też fonetycznie z wysysolem z książki "Cieplarnia" Briana Aldissa...
    p.jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
  3. kolejny polski debilizm

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale nie polski. Litwini sa jeszzce bardziej przewrazliwieni na punkcie czystosci swojego jezyka i do wszystkich wyrazow zapozyczonych z innych jezykow dodaja swoje urocze koncowki :)

      Usuń
  4. Na początku XX wieku przeprowadzono wielką reformę polskiej ortografii (na zasadzie "bo my nie som gorsze od Francuzów, i skoro ich nie trzyma się sensu, to nasza też nie będzie!"). W efekcie mamy np "ch" i "h" - który to podział miał sens, w czasach kresów wschodnich, ale już nie teraz. Do tego więcej wyjątków od reguł, niż samych reguł.

    Widzę że reformatorzy nomenklatury gatunkowej, poszli tą sama drogą - zamiast uprościć skomplikowali. Owszem wychuchole są wspaniałe, ale do innych trzeba będzie nawyknąć. Na plus na pewno to że wreszcie skończą się dyktanda z hienami, bo w krokucie trudniej zrobić błąd.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dla mnie to nazewnictwo Bogdanowicza pozbawione jest sensu, ta książka nadaje się jedynie do muzeum dziwactw ludzkich do postawienia obok utwardzonego żywicą epoksydową ekskrementu niedoszłej gwiazdy rocka. A dlaczego? Po pierwsze polskie nazewnictwo było utrwalone już niejednokrotnie od wieku XIX. Część nazw wywodziła się z angielskiego lub niemieckiego, siłą rzeczy, takie zwierzęta bowiem u nas nie występowały. Wymyślanie tego wszystkiego de novo pozbawione jest sensu i powoduje zamęt w głowach adeptów nauk przyrodniczych, nie ma nic w tym z roli edukacyjnej.

    Pokazuje to jeszcze smutniejszą rzecz. Na jakim poziomie jest krajowa zoologia, skoro człowiek z tytułem profesorskim zajmuje się - excuse le mot - takimi pierdołami jak nazwanie myszy sztywniakiem czy tworzeniem pleonazmów, jak nazywanie wieloryba biskajskiego (nordkapera) mianem walenia! Jaki musi być niski i żałosny poziom tego środowiska! To jest poniekąd potwierdzane przez liczne dyskusje wokół tego. (Przyznaję to z bólem serca jako poniekąd członek tego środowiska).

    Poza tym naraża środowisko na śmieszność. Być może brzmi to jako argument ad hominem, lecz jak dyskutować np. z biochemikiem lub biologiem molekularnym, który przyjdzie do nas i jako argument przeciwko nam będzie podawać, że my jakieś śmieszne nazwy wymyślamy i nie możemy się pochwalić żadnymi znaczącymi rezultatami. Czy zatem książka Bogdanowicza nie stanowi poniekąd agonalnego tchnienia polskiej zoologii?

    To nazewnictwo ssaków Bogdanowicza (zresztą z błędami systematycznymi ta książka jest - co dyskwalifikuje część założeń) nie wnosi nic do poznania ani życia ssaków, ani ich historii ewolucyjnej i powiązań filogenetycznych, ani jak funkcjonują i zachowują w środowisku naturalnym bądź zmienionym przez człowieka. Stanowić może zatem w najlepszym przypadku redundancję systemu. Żeby to jeszcze był spór semantyczny, lecz nawet to nie jest rzecz tej natury, to utrudnia nawet komunikację.

    Już nie mówiąc, że te nazwy jak andoniedźwiedź to są kompletnie nie po polsku, mnie to przypomina naleciałości niemieckie - gdzie np. panda wielka to Bambusbäre... Nosiłem się znaleźć jakiegoś filologa i zrobić o tym referat na OSKT, zarówno o tych dziwnych nazwach przypominających czasem Zungerbrechern, jak i o (bez)sensie całej operacji. Lecz szkoda mi było na to czasu i wolałem się zająć rzeczami bardziej sensownymi.

    Dodam, że Brytyjczyk czy Amerykanin, a nawet Niemiec czy Szwed, wyśmiałby taki eksperyment językowy, uważając go za kompletnie niepotrzebny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpisuję się pod tym komentarzem wszystkimi czterema kończynami. Daleko mi zapewne do wiedzy Autora wpisu,ale jako pasjonatowi tematu bardzo podoba się bardziej naukowo sformułowana krytyka tego czegoś.

      Usuń
  6. Szarytki to taki rodzaj (gatunek?) zakonnic. Więc gdyby jeszcze pingwin… ale foka? Czemu foka?
    A wychuchol mnie zdziwił. O tyle, że byłem przekonany, że to od zawsze była i jest oficjalna polska nazwa tego zwierzaczka (bo jej używał Żabiński, a czytałem go jak byłem o… taki mały :)).

    OdpowiedzUsuń
  7. I na ile to jest potrzebne? Nie znam się na "łacinie" ssaków, znam za to wiele nazw mrówek. Co kilka lat zmienia się sporo nazw łacińskich mrówek, a to przeniosą do innego rodzaju, a to skleją dwa ze sobą itp. I co w takim polskim języku zrobią? Będziemy zmienia iść foki w szarytki i odwrotnie co nowy artykuł traktujący o genetyce z tymi zwierzętami w tle?

    OdpowiedzUsuń
  8. IMHO, lepiej byłoby po prostu uczyć ludzi już od najmłodszych lat, nazw łacińskich - już od szkoły podstawowej, zamiast bawić się w jakieś "szarytki" czy "afrowiórki". Poza tym zamiast uczyć o gadach, ptakach, ssakach itp, omawiać zasady kladystyki, co może w jakimś stopniu uwrażliwiłoby młodzież ewolucyjnie i pozwoliło na samodzielne negowanie kreacjonistycznych bzdur.

    Natomiast ciekawi mnie, czy PAN z takim samym impetem będzie zmieniał również nazwy bezkręgowców. "Tarantula" jako nazwa dla każdego pająka z gatunku Lycosa aż się prosi o uporządkowanie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Wiele gatunków małych ssaków (gryzonie, liczne nietoperze itd. itp.) nie miało swoich nazw w polskim języku. Zdarzało się to też w przypadku tych nieco większych ssaczych braci. I tu można było z głową poszaleć, ale to co zaproponowano jest nie do przyjęcia. Nieliczne odpowiednie zmiany czy nowe nazwy giną w zalewie niepotrzebnych, nieprzemyślanych. Do tego mamy mnóstwo słowo-tworów rodem z zoologicznego koszmaru. Do tego dorabia się naukowe uzasadnienie i wmawia, że to jedyna słuszna droga. Razi brak konsekwencji u autorów tej zmiany. Jeśli swoje argumenty uważają za tak istotne i ważkie, to nie przemawia do mnie tłumaczenie, że na przykład żubr czy słoń są zbyt mocno osadzone w świadomości, by je zmieniać. To albo trzymamy się jakiś zasad, albo - tak jak w tym przypadku - naginamy je i robimy dobrą minę do kiepskiej gry. Przeciętny "Kowalski" ma małą świadomość istnienia żbika, chyba, że mówimy o kapitanie Żbiku, ale zostawmy te komiksowe skojarzenia. Dlaczego więc nie mógł być on kotem jak inni jego kumple z rodzaju Felis, a pozostał żbikiem? Dlaczego w tym przypadku można było nagiąć zasadę, a w przypadku innych kotów już nie. W rodzaju Leopardus wszystkie kocury zostały ocelotami, choć w świadomości wielu osób zbliżonych do zoologicznych tematów ocelot zawsze był jeden. Dlaczego żbik w rodzaju Felis może być dalej żbikiem, a margaj (świetna nazwa) ma być ocelotem nadrzewnym. I tu kolejny smaczek, związany z drugim członem nazwy, który często autorzy traktują w sposób dziwny. To nawet psuje wątek edukacyjny nazw. Do tej pory ocelot był ocelotem, a margaj margajem. Teraz ten pierwszy jest ocelotem olbrzymim, choć ten jest niewiele większy od rzeczonego margaja czy kota tygrysiego (oncilli). Margaj zaś jest ocelotem nadrzewnym. Pytam się teraz, co pomyśli sobie zwykły pan Nowak patrząc na nazwę tego kota. Oczywiście, że ten niemal żyje na drzewach, a pozostałe to wręcz ich nie lubią. Co jest oczywistą nieprawdą. Wiele kotów wspina się na drzewa, co więcej mało jest takich, które tego nie robią. To, że jeden czyni to częściej nie musi od razu skłaniać do nazywania go "nadrzewnym". To tylko przykład, a jest tego dużo więcej. Do tego dochodzi wątek tworzenia tych koszmarków słownych. Pytam, czy naprawdę autorzy usiedli po stworzeniu tych cudów i próbowali je sobie powiedzieć wiele razy. Toż to rodzina Addamsów miała mieć dziwactw niż te nazwy. W wielu miejscach jest tworzenie drugich członów nazw na siłę, gdy można by skorzystać z angielskiej czy łacińskiej, w innych natomiast jest to ściągane z tamtych języków, gdy na pierwszy rzut oka widać, że to naciągane lub można spokojnie dać określenie polskie, bardziej adekwatne. Często wspominany w publikacjach pampasowiec od zawsze był wilkiem grzywiastym. Teraz słyszymy, że jest on daleki wilkowi i być nim nie może. Powiem tak, fachowcom w tej dziedzinie nie przeszkadzała dotychczasowa nazwa. Radzili sobie. Natomiast zwykły obywatel jest lata świetlne odległy od genetyki i ewolucji i pochodzenia zwierząt. Wilk grzywiasty jest psowatym, nie kotowatym czy gryzoniem. Patrząc na niego widzimy od razu z jakiej rodziny pochodzi i ten rodzaj nazwy jest absolutnie do przyjęcia. Stawiamy się tu ponad resztę świata, jako jedyni nieomylni, gdy tenże zwierz na świecie wciąż jest wilkiem. W języku angielskim widnieje jak o wolf, w hiszpańskim jako lobo, a bliskim nam czeskim jako vuk. Ciekawe dlaczego? Całe to nowe nazewnictwo ssaków przypomina trochę sytuację, gdy uparto się w pewnym momencie, że wiele pochodzących z obcych języków nazw powinno mieć polskie określenia. I tak m.in. powstał słynny zwis męski ozdobny czyli krawat. Na szczęście owa męska ozdoba pozostała krawatem i liczę na to, że w przypadku wielu ssaków nowe nazwy się nie przyjmą i odejdą w niepamięć.
    Mógłbym jeszcze długo pochylać się nad wieloma kolejnymi nazwami, ale zabrakło by chyba miejsca. Reasumując, z czegoś co powinno być uzupełnieniem zrobiono małą i niezbyt udaną rewolucję. Człowiek myślący w tym przypadku okazał się nim niekoniecznie.

    OdpowiedzUsuń