Kategorie:

Poznaj badacza: Paweł Golik

W mediach natykamy się na masę nieistotnych informacji, często o osobach, których sława może dziwić. Jak napisała jedna z Czytelniczek, wiemy co je na śniadanie Anna Lewandowska, ale nie znamy polskich naukowców, osób z których naprawdę powinniśmy być dumni. Postanowiłem stworzyć serię wywiadów z różnymi polskimi badaczami i badaczkami, których odpowiedzi na zadane pytania warto moim zdaniem poznać. W ten sposób próbuję też zaznaczyć jak ważna jest obecność naukowców w przestrzeni publicznej i że zamykanie się na nią przez specjalistów jest niemal zaproszeniem do mediów wszelkiego rodzaju naukowych oszustów, szarlatanów, pospolitych kołczy i innych ekspertów od wszystkiego. Pierwszy wywiad w formie pytania-odpowiedzi przeprowadziłem z profesorem Pawłem Golikiem, genetykiem i ewolucjonistą z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak zaczęła się Pana przygoda z nauką? Od czego rozpoczęły się
zainteresowania biologią, genetyką? Jak wyglądała droga Pana edukacji i jakie
trudności i obawy jej towarzyszyły?


Naukowcem chciałem być odkąd
pamiętam – chyba wpływ masowo pochłanianych od dzieciństwa książek science-fiction. W latach szkolnych moje
zainteresowania oscylowały między klasyczną, przyrodniczą biologią, a chemią,
biologia molekularna była więc naturalnym punktem spotkania. Do tego lata 80. i
90. to był fascynujący, pionierski okres tej dziedziny – dopiero co (pod koniec
lat 70.) pojawiło się sekwencjonowanie DNA, a w latach 90. już były pierwsze
sekwencje genomów. Z pewnością przełomowym momentem był dla mnie pierwszy staż
zagraniczny, jeszcze w czasie studiów. Miałem, między innymi, szczęście spotkać
wielkiego uczonego – prof. Piotra Słonimskiego (pracującego całe życie we
Francji, ale pamiętającego polskie korzenie). On ukształtował wiele z mojego
spojrzenia na naukę – był między innymi gorącym orędownikiem badań podstawowych.
Zawsze powtarzał, że w nauce najważniejsza jest ciekawość, że prawdziwe
odkrycia powstają z zadawania pytań podstawowych, a ewentualne zastosowania
praktyczne są tych odkryć następstwem, ale nie od nich się zaczyna. Od dyskusji
z nim zaczęło się też moje zainteresowanie kwestiami molekularnych mechanizmów
ewolucji, zaczęła się trwająca do dzisiaj droga od typowej biologii
molekularnej, do bardziej interdyscyplinarnych zagadnień ewolucyjnych.
Trudności były głównie związane z
tym, że ogólnie były to bardzo dziwne czasy. Studia zacząłem w 1989 r. Wczesne
lata 90., lata transformacji i dzikiego kapitalizmu, to nie był łatwy czas do
poświęcenia się nauce. Moi rówieśnicy zaczynali już w czasie studiów
niewiarygodne z dzisiejszego punktu widzenia kariery finansowe, podczas gdy
stypendia i zarobki młodych naukowców budziły tylko politowanie. Za tym poszedł
spadek prestiżu nauki i kariery naukowej. Pamiętam ludzi powtarzających, że
kariera uniwersytecka jest dla „ofiar”, które nie potrafią poradzić sobie w
„prawdziwym życiu”. Dzisiaj zresztą jest trochę podobnie, tylko trudniej o tak
spektakularne kariery poza nauką, jak w latach 90.
Co najbardziej interesuje Pana w biologii oraz Pana specjalizacji, jak
to najsilniejsze zainteresowanie zmieniało się na przestrzeni lat i czy na
niektóre z tych pytań nauka dała już odpowiedź?


W miarę czasu i zdobywania
doświadczenia coraz wyraźniej widzę, gdzie tkwią największe wyzwania dla
współczesnej biologii. Nauczyliśmy się bardzo dobrze badać i opisywać elementy
układów żywych – geny, białka, komórki. Sam wiele lat spędziłem na badaniu
pewnych konkretnych elementów w komórkach. Tu ciągle jeszcze wiele mamy do
opisania, ale już teraz wiemy, że to nie wystarczy. Musimy zacząć rozumieć to,
jak z interakcji tych elementów powstają złożone systemy – jak tysiące genów
współdziałają w tworzeniu fenotypu, jak przejść od (bardzo już dogłębnie
poznanego) opisu pojedynczego neuronu, do zrozumienia działania ludzkiego
mózgu, itp. Te interakcje już sobie ponazywaliśmy i pojedynczo potrafimy je opisać.
Ale emergencji, powstawania nowej jakości na poziomie całego systemu, jeszcze
nie umiemy dobrze zrozumieć. Całą genetykę można sprowadzić do jednego prostego
pytania – „jak genotyp determinuje fenotyp”. I choć tak dużo już wiemy o
działaniu genów (a wiele z tego dowiedzieliśmy się za mojego życia), to
nie potrafimy jeszcze na to wyczerpująco odpowiedzieć. Wiemy, jak będzie
nazywać się dziedzina, która ma nam te odpowiedzi dać – biologia systemów – ale
jest ona dopiero na początku drogi. I nie wiem, czy moje pokolenie biologów da
sobie z tym radę. Tu potrzeba nowego podejścia, łączącego tradycyjną biologię z
zaawansowaną matematyką i fizyką. Biologia powinna już zacząć iść w
kierunku stawania się nauką ścisłą, z solidną podstawą teoretyczną i matematyczną,
a na razie jeszcze wiele jest w niej metody opisowej. I tu apel do młodych
ludzi, którzy myślą o karierze w biologii – nie zaniedbujcie matematyki, uczcie
się programowania! System edukacyjny, który ciągle rozdziela ścieżkę
matematyczno-fizyczną od biologiczno-przyrodniczej jest tu dużą przeszkodą.
Moje zainteresowania naukowe
znajdują się na styku biologii molekularnej i teorii ewolucji. Tu też
spodziewam się przełomu związanego z zastosowaniem podejścia systemowego –
obecnie potrafimy analizować rolę zmian w pojedynczych genach w procesie
ewolucji, ale większość istotnych cech organizmów zależy od współdziałania
bardzo wielu genów. Dopiero gdy nauczymy się te wielogenowe systemy dobrze
opisywać, zrozumiemy to jak zmiany genotypu przekładają się na adaptacje w
ewolucji.
Kolejnym wielkim pytaniem jest to
o pochodzenie życia, o powstanie pierwszych replikatorów. Mam nadzieję, że
dzięki postępom biologii syntetycznej i chemii doczekamy się odtworzenia
prostego systemu samoreplikacji w probówce. Nie będziemy oczywiście pewni tego,
że dokładnie tak wyglądały początki ewolucji na Ziemi, ale będziemy mieli
wskazówki, jak mogło to wyglądać. No i wreszcie, jako miłośnik science-fiction, czekam na odkrycie
życia pozaziemskiego, choć wiem, jak bardzo to będzie trudne – odległości w
kosmosie są zbyt wielkie, by można było realistycznie marzyć o jego eksploracji
poza nasze najbliższe otoczenie.
Jakie były Pana największe sukcesy w nauce, najlepsze prace naukowe,
najciekawsze odkrycia, a jakie najgorsze niepowodzenia, nieudane eksperymenty,
odrzucone granty, walki przegrane z biurokracją?


Chciałbym wierzyć, że te są
jeszcze ciągle przede mną. Nie mam poczucia spełnienia. Z najciekawszych
sukcesów, do których się przyczyniłem, najlepiej wspominam udział w badaniach,
które pokazały jak dobór naturalny wpływa na zmienność genomu mitochondrialnego
(wcześniej większość wariantów w populacji uznawano za neutralne) – to było
jeszcze gdy byłem post-dokiem w USA. A później, to bardzo elegancki model
pokazujący znaczenie równowagi między transkrypcją, a degradacją RNA w
mitochondriach – praca, która w większości była dziełem dwóch moich studentek,
co jeszcze bardziej jest powodem do satysfakcji. A obecnie – jesteśmy na razie
jedyną na świecie grupą, która uzyskała szereg mutantów z defektami ekspresji
genów mitochondrialnych u Candida
albicans
(to znacznie trudniejsze, niż u zwykłych laboratoryjnych drożdży)
– na wymierne rezultaty tego projektu trzeba będzie jeszcze trochę poczekać,
ale zapowiada się bardzo ciekawie.
Największą jak dotąd porażką był
mój pierwszy samodzielny projekt, który rozpocząłem zaraz po powrocie z post-doka.
Chciałem metody, które dobrze wcześniej poznałem w systemie drożdżowym
przenieść na komórki zwierzęce. Zaplanowałem uzyskanie serii linii komórkowych
z inaktywacją genów odpowiadających za ekspresję genów mitochondrialnych. I we
wszystkich okazało się, że defekt jest letalny. Też wynik, ale sukcesem
nazwać go nie można.
Czy znalazły się rozwiązania, które okazały się nie tylko naukowym, ale
i komercyjnym sukcesem?


Na razie moje badania miały
charakter czysto poznawczy, podstawowy. Obecnie jest tendencja, by przedstawiać
to jako coś złego, czego naukowiec powinien się wstydzić. To bardzo
krótkowzroczna perspektywa – nie każdy powinien zajmować się badaniami, które
bezpośrednio prowadzą do komercjalizacji. Będę zawsze bronił miejsca badań
podstawowych, motywowanych ciekawością tego, jak to wszystko działa. Tendencja
do sprowadzania wszystkiego do komercyjnego rachunku monetarnych zysków i strat
to na dłuższą metę ślepa uliczka dla ludzkości. Oczywiście komercjalizacja też
jest ważna, ale nie tylko. A już nie ma nic gorszego od pozornej aplikacyjności
– badań, które nie są ciekawe poznawczo, a ich praktyczne zastosowanie to tylko
puste deklaracje. A takich niestety jest teraz sporo, odkąd na badania
stosowane przeznacza się znacznie więcej środków, niż na badania podstawowe.
Co by Pan doradził naukowcom, zwłaszcza młodym, którym coś nie wyszło,
którzy z jakiegoś powodu zawiedli, a chcieliby kontynuować pracę badaczy?


Młodzi naukowcy mają tu łatwiej –
mają jeszcze czas na kolejną próbę. W takiej sytuacji można np. pomyśleć o
kolejnym wyjeździe na staż typu post-doc, może ze zmianą tematyki. Nie należy
się tego bać, teraz jest jeszcze czas na takie zmiany, potem im później, tym
trudniej. Więcej powodów do zmartwienia ma w takiej sytuacji starszy badacz
kierujący projektem – nieudany grant to obecnie utrata szans na dalsze
finansowanie.
Na początku warto też zastanowić
się, dlaczego nie wyszło. W nauce ma prawo nie wyjść – nie każdy eksperyment
zadziała, nie każda hipoteza się sprawdzi, to naturalne. Jeżeli komuś wszystko
cały czas się udaje, to znaczy że robi bezpieczne, mało odważne i mało twórcze
rzeczy. Im ciekawszy projekt, tym większa szansa, że nie wyjdzie. Nacisk na to,
że wszystko zawsze musi wyjść i zakończyć się publikacją, do tego w krótkim
czasie (kilku lat), a każdy nieudany projekt może oznaczać wypadnięcie z gry,
to jedna z patologii współczesnej nauki – zniechęca do robienia rzeczy
najbardziej przełomowych i odważnych.
Ale muszę też powiedzieć to
wprost – kariera naukowa jest trudna i ryzykowna. Obecnie dużo bardziej, niż
wtedy gdy ja ją zaczynałem. I czasami wiele zależy od zwykłego szczęścia,
zbiegu okoliczności, można mieć wielki talent, a mimo to nie zrobić kariery.
Podobnie jak nie każdy młody zdolny muzyk czy aktor zostanie wielką gwiazdą,
czy nawet zdobędzie pozycję pozwalającą na utrzymanie się ze swojej pasji.
Dlatego zawsze warto mieć jakiś pomysł na plan B. A tu naukowcy mają jeszcze
stosunkowo dobrą sytuację – błyskawicznie się uczą, znają języki, potrafią
ciężko pracować.
Co najbardziej Pana interesuje, a co nudzi w Pana pracy?

Nie będę tu oryginalny – lubię
zarówno pracę naukową (na obecnym etapie niestety coraz mniej mam czasu na
pracę doświadczalną), jak i dydaktyczną (zwłaszcza gdy studenci są
zainteresowani). Do przykrych obowiązków zaliczam te związane z uczelnianą
biurokracją – sprawozdawczość, wypełnianie masy zbędnych tabelek i formularzy,
organizowanie przetargów, itp.
Jakie zagadnienie z obszaru wiedzy, jakim się Pan zajmuje, jest dla
Pana najbardziej kontrowersyjne?


Wiele zagadnień biologicznych
budzi w społeczeństwie kontrowersje, które nie są racjonalnie uzasadnione – np.
kwestia zastosowania inżynierii genetycznej w rolnictwie (tzw. GMO). Kontrowersyjna
dla wielu ludzi, ale dla znających się na tym naukowców kompletnie kontrowersji
pozbawiona.
Natomiast z tych spraw, które
zasługują na bliższą uwagę i dyskusje między biologami a etykami, to z
pewnością problem zastosowania technik redagowania genomu do modyfikacji
zarodków człowieka. Na razie to bardziej kwestia przyszłości, i to dalszej, ale
będą się tu pojawiać poważne pytania o to, jak daleko możemy się posunąć. Jeżeli
będzie to miało na celu zapobieganie chorobom, to nikt rozsądny nie będzie
protestował, ale gdy dojdziemy do modyfikacji cech zmienności prawidłowej (na
razie to fantastyka, bo są to zasadniczo cechy wielogenowe), to otworzy się
pole do poważnych dyskusji.
Czy uważa Pan, że naukowcy powinni angażować się społecznie? I jeśli
tak, to w jaki sposób? Czy istnieją tematy polityczne, w których naukowcy
powinni się wypowiadać?


Społeczeństwo obywatelskie polega
na tym, że każdy powinien się angażować społecznie, w miarę swoich
umiejętności, nie tylko naukowcy. Szczególnym wkładem naukowców powinien być
racjonalizm i sceptycyzm, który dla nich jest (a przynajmniej powinien być)
naturalny. Ważne też jest, aby mieć świadomość własnych ograniczeń, nie
wykorzystywać pozycji autorytetu naukowego do wypowiadania się w sprawach, o
których nie ma się pogłębionej wiedzy. Wbrew temu, co niekiedy
przedstawiają media czy pop-kultura, naukowiec nie jest specjalistą od
wszystkiego (zawsze bawią mnie dzieła science-fiction,
gdzie jest w załodze jeden naukowiec, który zna się i na astrofizyce, i na
biochemii). Ale każdy powinien umieć stwierdzić, gdzie leży konsensus naukowy,
gdzie szukać wiarygodnej wiedzy. Ja np. znam się na genetyce i ewolucjonizmie,
a opinię o tym, co jest właściwe np. w ochronie przyrody formułuję na podstawie
tego, co o tym sądzą naukowcy, którzy są w tej dziedzinie specjalistami. Jako
naukowcy uczymy się odróżnić źródła wiarygodne od niegodnych zaufania i z tej
umiejętności powinniśmy korzystać.
Większość naukowców (są
oczywiście wyjątki) nie będzie dobrze się czuła bezpośrednio w świecie
partyjnej polityki. To inny typ osobowości. Mogą (i powinni) jednak doradzać
politykom w tych dziedzinach, na których się znają, uczestniczyć w
think-tankach, czy pronaukowych grupach lobbystycznych, takich jak np. Sense about Science. Na poziomie Unii
Europejskiej takie grupy funkcjonują, w Polsce politycy głównego nurtu są
niestety kompletnie niezainteresowani głosem naukowców (znam tylko jedną partię
wprost mówiącą o opieraniu się na konsensusie naukowym w różnych dziedzinach, na
razie jednak dosyć niszową).
Do tego bardzo ważne jest to, by
w miarę swoich zdolności angażować się w popularyzowanie nauki, nawet
społecznie, bez honorarium. Jesteśmy to społeczeństwu winni, bo to ono swoimi
podatkami finansuje nasze badania. Poza tym, im bardziej będziemy do ludzi
trafiać z przekazem naukowym, tym trudniej będą rozpowszechniać się
pseudonaukowe bzdury, z którymi musimy walczyć.
Jaki ma Pan pogląd na stereotyp, że na sukces profesora pracują przede
wszystkim jego doktorzy i doktoranci?


To oczywiście prawda. Ale tak
samo prawdą jest to, że na sukces doktoranta albo młodego doktora pracuje też
profesor. Nauki eksperymentalne są z reguły działaniem zespołowym, gdzie sukces
możliwy jest dzięki temu, że wszyscy się wspierają. A i w bardziej indywidualnych
dziedzinach teoretycznych, czy w humanistyce, kontakt z bardziej doświadczonym
„mistrzem” jest dla młodego naukowca ważny. Bez tego żadna ze stron nie
osiągnie sukcesu. Samotni geniusze zdarzają się w niektórych dziedzinach (np. w
matematyce), ale to raczej wyjątki.
Kim jest dla Pana współczesny student?

To strasznie ogólne
sformułowanie. Zależy od studenta. Są tacy, którzy są po prosu uczniami, którym
przekazuję pewną wiedzę (i egzekwuję jej opanowanie). I nic w tym złego. Ale są
i tacy, którzy są partnerkami lub partnerami w pracy naukowej, nierzadko od
wczesnych lat studiów. Spotykałem i spotykam na swojej drodze studentki i
studentów, będących dla mnie źródłem inspiracji, nowych pomysłów – wiele im
zawdzięczam.
Co jest dla Pana największym zagrożeniem dla współczesnej nauki? Jaka
teoria spiskowa dotycząca nauki jest według Pana najgroźniejsza?


Samo istnienie tych licznych
teorii pseudonaukowych, to jak łatwo się rozprzestrzeniają, to wszystko objawy
jednego groźnego zjawiska – utraty zaufania do nauki. Jedne teorie spiskowe budzą
głównie śmiech (np. zwolennicy płaskiej Ziemi), inne są poważnym zagrożeniem
(antyszczepionkowcy, czy ogólnie altmed), ale wszystkie mają podobne źródła.
Zagrożeniem jest to, że w umysłach wielu ludzi zacierają się granice między
wiarygodnymi źródłami, a producentami fake-news,
z czego ci ostatni skwapliwie korzystają. Internet, potencjalnie jeden z
najbardziej przełomowych wynalazków ostatnich dekad, zmienił się na
naszych oczach w gigantyczny wzmacniacz groźnej głupoty. A wcześniej to samo
spotkało druk czy telewizję. Często mam wrażenie, że nie ma takiego
osiągnięcia, którego nasz gatunek nie byłby w stanie wykorzystać do najniższych
i najgłupszych celów. Taki dotyk Midasa à
rebours
.
Oczywiście nauka i naukowcy nie
są bez winy. Przez wiele lat zaniedbywano to, że nauka funkcjonuje jako część
społeczeństwa i powinna być tego świadoma, były też głośne nadużycia (np.
nieetyczne eksperymenty medyczne). To też pokazuje, jak bardzo krótkowzroczne
są twierdzenia, że przyszłość to tylko nauki ścisłe i przyrodnicze, a
humanistyka nie jest nikomu potrzebna. To dzięki socjologicznym analizom
związków nauki ze społeczeństwem (tzw. STS – Science, Technology and Society) zaczynamy to rozumieć, bez tego sama
nauka sobie w społeczeństwie nie poradzi.
Co by Pana zdaniem zmieniło obecny system edukacji wyższej na lepsze?
Jakie wzorce z zagranicznej edukacji ceni Pan najbardziej i skąd one pochodzą?


To ogromnie szeroki temat. Trzeba
zacząć od tego, że dobra edukacja jest kosztowna. Bez zwiększenia nakładów samo
przekładanie z jednej szufladki do drugiej nic nie zmieni. Nasz system jako
taki nie jest aż tak zły, jak się go maluje, przynajmniej w mojej
dziedzinie. Np. tego, jak wiele mamy na studiach zajęć w laboratoriach w małych
grupach, nawet na pierwszych latach studiów, mogą nam zazdrościć studenci
z wielu krajów europejskich. Podobnie tego, że prace dyplomowe wykonywane są w
prawdziwych grupach badawczych, z samodzielnym udziałem magistrantów. Są kraje,
i to znacznie od nas bogatsze, gdzie pierwszy kontakt biologa z samodzielną
pracą w laboratorium następuje na pierwszym roku studiów doktoranckich. Nasi
absolwenci, gdy trafiają na doktoraty do najlepszych ośrodków światowych radzą
sobie świetnie.
Z pewnością warto przemyśleć
kwestię masowości edukacji wyższej. Sama w sobie nie jest niczym złym, wręcz
przeciwnie – nowoczesne społeczeństwo potrzebuje dobrze wykształconych ludzi.
Ale nie każdy musi iść ścieżką typowo akademicką, badawczą. Warto dobrze
przemyśleć rozdzielenie edukacji wyższej o charakterze typowo praktycznym,
zawodowym, od tej bardziej akademickiej. Tylko w żadnym wypadku nie wolno
którejś z nich traktować jako lepszej czy gorszej – nie o to chodzi. Za to w
ścieżce akademickiej bardzo ważne jest to, by wyjść poza tradycyjne ramy
kierunków i specjalności. Jak już pisałem w jednym z poprzednich pytań,
przyszłość biologii będzie się działa na styku z matematyką i fizyką.  Bardzo ciekawe i twórcze rzeczy dzieją się też
przy spotkaniu nauk przyrodniczych, w tym biologii, z humanistyką i sztuką.
Dobrze byłoby, aby dla najlepszych studentów były możliwości realizowania
takich indywidualnych programów. Ale tu znowu wracamy do finansów – to
zadziała, gdy jeden naukowiec będzie opiekował się kilkorgiem takich studentów.
Jak rachunek ekonomiczny każe mu zajmować się setką, to nic z tego nie będzie.
Bardzo sceptycznie podchodzę
natomiast do pomysłów, by uniwersytety traktować jak przedsiębiorstwa,
nastawione na zysk, i działające wyłącznie według zasad rynkowych. To prowadzi
do patologii, takich jak choćby szokująca pauperyzacja młodszych wykładowców
(bez stałego etatu), na którą narzekają adiunkci na kampusach w USA. Ogólnie,
twardy neoliberalizm jest bardzo szkodliwy dla akademii – zarówno dla nauki,
jak i edukacji.
Teodozjusza Dobrzańskiego większość osób kojarzy ze słynnym zdaniem, że
nic w biologii nie ma sensu, jeśli jest rozpatrywane w oderwaniu od ewolucji. A
z jaką sentencją naukową Pan chciałby być kojarzony?

Jeżeli o dowolnym nietrywialnym
zagadnieniu ktoś mówi używając słów „w biologii to oczywiste/to proste”, to
znaczy, że nie ma o tym pojęcia.

 

 

bioksiążka

 

Najnowsze wpisy

`

Liczba komentarzy: 11 na temat “Poznaj badacza: Paweł Golik

  1. Ha! Ta ostatnia odpowiedź jest świetna. Nie wiem, czy Pan Golik się inspirował, ale podobnie powiedział Richard Feynman "Jeżeli twierdzisz, że rozumiesz mechanikę kwantową, nie rozumiesz jej". W obu przypadkach bardzo trafnie…

    1. Jedyna partia, która zdecydowanie zwalcza proepidemików, negacjonistów klimatycznych i paranoików anty-GMO w Polsce to Razemici. Fakt, że nie są w stanie przekroczyć progu jest tym smutniejszy…

  2. Wielkim sukcesem firm Du-Pont i Monsanto jest skuteczne odwracanie uwagi ludzi, nawet takich naukowców jak pan Golik, od istoty zagrożenia jakie niesie GMO. Niezwykle przebiegle kierują całą dyskusję, podtrzymują buzz, w swerze biologii, genetyki, interakcji z niezmodyfikowanymi organizmami tego samego gatunku, czy ewentualnymi skutkami spożywania zmodyfikowanych organizmów. Jednocześnie starannie ukrywają wszelkie kontrowersje, dyskusję w swerze prawnej ochrony patentów jakimi chronione są ich produkty. A tu właśnie jest "pies pogrzebany". Obie firmy opanowały już w 80% rynek nasienny w USA i w "mętnej wodzie" informacyjnej jaką robią, niepostrzeżenie rozszerzają swoje wpływy na pozostałe kraje. Indie z wielkim trudem próbują się przeciwstawić zmonopolizowaniu ich rynku nasiennego przez Monsanto, bo doszło tam do wielu przypadków zrujnowania producentów rolnych, którzy dali się skusić na te świetne, plenne i odporne na suszę czy pestycydy odmiany GMO. Podpisali cyrograf, który ich ubezwłasnowolnił i całkowicie uzależnił od kolejnych, coraz droższych dostaw materiału siewnego. Zagrożeniem nie jest organizm zmodyfikowany, lecz prawo własności intelektualnej, które "zabija" rolnictwo. Chiny mają dość sprytu i siły, by nie wpuścić na swój teren obu firm, co jakiś czas wykradając im co bardziej udane odmiany i rozwijając własne GMO. Polska po doświadczeniach z przejęciem polskich cukrowni przez Niemców, oraz rozbiciem popeerelowskiej sieci Central Nasiennych też próbuje się bronić, jak przed uchodźcami z Afryki, lecz robotę psują "niekumaci" "naukowcy" załamujący ręce nad ciemnotą przeciwników GMO.

    1. Źródła jakieś? Część z tego co piszesz to obalane dawno mity, a część kwestie, które przedstawiasz w sposób zmanipulowany.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *