Jak poprawić kompetencje społeczne bez bełkotliwego coachingu?

Skoro czytacie tego bloga, to zapewne podobnie jak mnie, denerwuje Was moda na pseudopsychologię, pospolity coaching, ruchy motywacyjne (motywatorskie?), mentorskie (mentoring) itp. Mają one często charakter parareligijny i robią to, co znachorzy i szarlatani w sprawach medycznych – dają złudne nadzieje na poprawę sytuacji. Zwykle za duże pieniądze, jakie trzeba wydać na poradniki czy na wstęp na szkolenia i wykłady. Kołcze na ogół mają 2-4 razy wyższe stawki, niż profesjonalni psychologowie, z profesorami włącznie. W sposób humorystyczny taką pseudopsychologię zwalcza strona „Zdelegalizować coaching”. Ja chciałbym pokazać pozytywne przykłady tego, jak rozwijać kompetencje społeczne i dlaczego powinniśmy patrzeć na nie w ogóle w inny sposób, niż często robimy to intuicyjnie, nie dorabiając do tego żadnej ideologii.

kompetencje społeczne

Kompetencje społeczne

Niemal każdy miał w swojej klasie w szkole średniej, gimnazjalnej czy podstawowej osobę lub osoby, które były słabsze, gorzej sobie radziły, częściej potrzebowały pomocy nauczyciela, rodziców albo rówieśników. A może sami należeliście do tego nielicznego jakby się wydawało – jakże wielu potrafi dobrze udawać – grona? Jeśli spotkaliście kiedyś taką osobę mogliście zauważyć, że niektórzy bardzo niechętnie ją wspierali lub patrzyli na nią wręcz pogardliwie. Była traktowana jak obciążenie. Tymczasem niezwykle prostym, ale przełomowym podejściem jest spojrzenie na tę sytuację z innej strony. Wyjaśniając komuś jakieś zadanie z matematyki albo równanie z chemii jednocześnie poprawiamy swoje kompetencje społeczne – uczymy się pomagać i uczymy się uczyć innych. Nie należy patrzeć na takie sytuacje, jak na przeszkadzające w dojściu do celu. Ich właściwe rozwiązanie powinno być jednym z celów samych w sobie.

Dyscyplina, jakość i uczciwość bez coachingu

Inny przykład to szukanie zawsze najprostszych rozwiązań, nawet jeśli nie są one do końca uczciwe. Podejrzewam, że każdy widział kiedyś ściąganie podczas kartkówki, sprawdzianu, kolokwium, egzaminu bądź też pobranie czyjejś prezentacji z Internetu i przedstawienie jako własnej z nadzieją, że nikt się nie zorientuje. Choć w pewnych środowiskach takie zachowania są stosunkowo częste, to zawsze traktować je należy co najmniej jako nieuczciwe i potępiać. Jeśli ktoś (na przykład rodzice) zwróci uwagę, że ściąganie to oszustwo (lekkiej rangi jeśli oceniać od strony przepisów), co zapewne powie bardziej dyplomatycznym językiem – nie należy odbierać tego jako atak na siebie, lecz jako dobrą radę na przyszłość. Wiedza i umiejętności nawet z tych „nieprzydatnych” przedmiotów na ogół prędzej czy później się przydają, a szkoła i studia są właśnie od tego, aby je nabyć (innym problemem są nauczyciele, którzy poboczne przedmioty traktują jako te główne i wymagają zbyt wiele, co podkreślam by nie być źle zrozumianym).

Myślę, że problem który opisałem wyżej jest szerszy, bo nie dotyczy tylko ściągania, ale generalnie takiego podejścia do edukacji, by wszystko zrobić jak najniższym kosztem, po linii najmniejszego oporu. Wystarczy zdać na tróję, wystarczy zrobić prezentację na dzień przed, bez dokładnego przygotowania, byle tylko zaliczyć (na marginesie i całkiem na poważnie, nawiązując do coachingu, wygłaszanie prezentacji do losowo wybranego referatu jest jednym z elementów części takich szkoleń). Wystarczy napisać wypracowanie na odczepnego, aby tylko nie można było zarzucić, że się go nie wykonało. Moim zdaniem pilnowanie siebie, by robić więcej niż najmniej ile się tylko da, by nie zostać wyrzuconym ze szkoły czy uczelni, jest kolejnym ważnym elementem rozwijania swoich szeroko pojętych kompetencji, także społecznych. Zwłaszcza gdy w naszym otoczeniu stosunkowo dużo osób postępuje w taki sposób, a my potrafimy nie ulec temu trendowi.

Dostrzeganie potrzeb innych

Odmienną sytuacją jest obecność w grupie osób, które są nie tylko pilne, ale też wyjątkowo nadgorliwe i na każdych zajęciach czy spotkaniach chcą zabłysnąć przed znajomymi, prowadzącym lub zdobyć jakieś dodatkowe punkty, nie patrząc na to, że inni mogą nie nadążać. Jest to też problematyczne, ponieważ w grupie trudniej zgłosić, że czegoś się nie rozumie – aczkolwiek warto próbować i ignorować ewentualne wyśmianie – i w efekcie spotkanie czy lekcja, która ma służyć kilkunastu osobom, jest dopasowana tylko to jednej czy dwóch wyrywających się na wszystko z odpowiedzią. Dla tych pilnych treningiem kompetencji społecznych jest powstrzymanie się przed takim działaniem, ponieważ umiejętność zaakceptowania, że są w grupie różne osoby też jest ważna. 

coaching

A co jeśli mamy więcej nadgorliwych prymusów pędzących z odpowiedzią na każde pytanie i nie dających innym dojść do głosu? Zdarzyło mi się obserwować taką sytuację, która sama napędzała się przez konkurencję między taką dwójką i była o tyle zabawna, że ten „wyścig” ewidentnie i celowo wzniecała jeszcze dodatkowo osoba prowadząca zajęcia na studiach. „Skoro osoba X nie wie, to pewnie wie to osoba Y!”, „Osoby Y i X nie wiedzą? No niemożliwe, co się z tą grupą dzieje?!”, „Poprzednio osoba Y znała odpowiedź, to teraz zobaczmy co na to osoba X?”. Z perspektywy nauczyciela może być to dobra zabawna, ale myślę, że takie zachowanie nie jest właściwą metodą dydaktyczną. Zamiast uczyć współpracy, nasila niezdrową konkurencję, której ekstremalne przykłady znamy z korporacyjnych wzorców.

Krytyka i wstyd  

Dobrze jest nauczyć się przyjmować krytykę. Może być ona złośliwa, ale równie dobrze może być życzliwa. Jeśli występujemy publicznie albo prezentujemy coś szerszemu gronu, to na ogół znajdą się też ludzie, którzy krytykują byle tylko komuś dopiec i nawet jeśli ich uwagi są trafne, to dodatkowe, antagonistyczne komentarze lub ich formuła i ton sprawiają, że zamiast skupiać się na merytorycznym przekazie, czujemy się zaatakowani i zamykamy się na argumenty. Pamiętajmy więc, żeby tego nie robić. Nawet ze złośliwej krytyki można wyciągnąć coś sensownego. Mówię Wam to ja – autor bloga To tylko teoria, codziennie atakowanego przez różne grupy zwolenników pseudonauki, medycyny alternatywnej, a także grupy religijne czy polityczne. Każdemu zdarzają się błędy i nie warto tkwić w nich tylko dlatego, że wytknięto nam je w sposób niekulturalny, złośliwy czy chamski.  
Ciekawym jest zjawisko, że chętniej pomagamy innym, gdy nikt nas nie obserwuje. Jeśli autobus jest pełen ludzi to rzadziej ustąpimy osobie starszej miejsca siedzącego, nawet jeśli dostrzegliśmy ją z daleka i chcielibyśmy pomóc, niż gdy wokół nikogo nie ma. Być może jest to lęk przed nieprzyjaznym wzrokiem, myślami i w końcu komentarzami, na szczęście jednak – mam wrażenie – często jedynie wyobrażonymi. Najpewniej wielu wokół także chciałoby pomóc, ale również obawia się, że zrobi to jakoś „źle” czy „dziwnie” przez co rezygnują. Zamiast zawołać to słynne „Niech ktoś…” lepiej po prostu zróbmy to sami mając z tyłu głowy świadomość, że najpewniej prawie każdy chciałby w danej sytuacji pomóc tylko się boi lub wstydzi.

Naturalne zaangażowanie

Zdanie sobie sprawy z tego, jak ważne jest dla nas i naszego otoczenia zaangażowanie w różne edukacyjne czy społeczne inicjatywy, może być kluczowe dla rozwoju kompetencji społecznych. Możemy je nabywać, jeśli mamy ku temu okazję, a zgłaszanie się do akcji takich jak Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy czy do działań stowarzyszenia Anioły Wiedzy, pozwala tę okazję złapać. Niejednokrotnie coś, co robimy „za darmo”, bo uważamy że tak trzeba, że to dobre, że komuś pomaga, wpływa na nas korzystnie i pozytywnie rezonuje w przyszłości. Oczywiście niekoniecznie muszą to być wolontariaty, to jedynie przykład, ale równie dobrze mógłbym napisać o zaangażowaniu w ważną znajomość albo działania na rzecz lokalnej społeczności. Uważam, że warto pokazać, że na czymś lub na kimś nam zależy, bo w końcu m.in. na tym polega głębia relacji społecznych. 

Oprócz tego nakłaniam do patrzenia na sprawy z różnej perspektywy. Nie tylko innych stron np. konfliktu czy po prostu osób z odmiennych grup społecznych, ale także czasu. To co dziś nam się wydaje normą, jak choćby natychmiastowy dostęp do czystej wody czy względnie łatwy dostęp do podstawowego systemu ochrony zdrowia, jeszcze nie tak dawno nie było nie tylko luksusem, ale po prostu nie istniało. Z różnych powodów – czy to błędnych wyborów politycznych, czy ignorowania problemu globalnego ocieplenia, czy jeszcze innych – łatwo możemy to stracić. Symboliczny szacunek dla wody, jedzenia, braku wojny, braku granic (w UE) itd. daje uzasadnione poczucie sprawiedliwości i sprawia, że będziemy rzadziej wyolbrzymiać tak naprawdę błahe i niewarte konfliktu w grupie sprawy. Oprócz tego dobrze jest patrzeć z perspektywy innych pokoleń. Dla przykładu, dla pokolenia moich dziadków jedzenie krewetek jest czymś obrzydliwym i poniżającym. Dla naszego pokolenia jedzenie owadów takie jest. W rzeczywistości to tylko kwestia kulturowa i przyzwyczajenia, a dla środowiska, zdrowia ludzi i dobrostanu zwierząt przejście z mięsa ptaków i ssaków na owadzie jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Uświadomienie sobie takich rzeczy w kontekście przeróżnych wątków potrafi rozwiązać nie jedno społeczne ograniczenie jednostki.

Obraz cudownego życia, jaki sprzedają kołcze, mentorzy itp. (ale także np. telewizja), gdzie da się naprawić wszystko, tak naprawdę nie istnieje. Powtarzanie sobie, że można wszystko, jeśli tylko się chce, że każdą przeszkodę da się pokonać (oraz bardziej skomplikowane banały promowane przez motywacyjny ruch parareligijny) niekoniecznie może być jedynie niepomocne, ale nawet szkodliwe. Wyobraźmy sobie sytuację podejmowania niepotrzebnego ryzyka ze względu na wiarę, że „jak się chce, to da się zrobić wszystko”, trzeba tylko „ciężko pracować” i słuchać rad mentorów. Obserwując różnorodnych kołczów, zarówno tych najbardziej znanych, jak i tych mniej popularnych, widzę jak często promują oni myślenie oparte na błędach poznawczych. Pamiętajmy za to, że nie ma badań, które potwierdzałyby (tym bardziej w sposób jednoznaczny), że konsultacje i szkolenia z mentorami i kołczami to metody skuteczne do pomocy w radzeniu sobie z takimi czy innymi problemami. Jeśli ma się poczucie, że sytuacja jest tak trudna, że własne przemyślenia, zdystansowanie się czy pomoc przyjaciół i rodziny nie wystarczy i wymaga się profesjonalnej pomocy, zdecydowanie lepiej jest skonsultować problem z psychologiem, niż wydawać pieniądze na wątpliwej jakości usługi pseudoekspertów od relacji społecznych, samorozwoju i motywacji.

Prowadzenie bloga naukowego wymaga ponoszenia kosztów. Zdecydowałem się więc stworzyć profil na Patronite, gdzie w prosty sposób możecie ustawić comiesięczne wpłaty na rozwój bloga. Dzięki temu może on funkcjonować i będzie lepiej się rozwijać. Pięć lub dziesięć złotych miesięcznie nie jest dla jednej osoby dużą kwotą, ale przy wsparciu wielu z Was staje się realnym, finansowym patronatem bloga, dzięki któremu mogę poświęcać więcej czasu na pisanie artykułów.

Udostępnij na Google Plus

O autorze

Łukasz Sakowski. Biolog z Poznania. Czytaj więcej
    Skomentuj na blogu
    Skomentuj na facebooku

6 komentarze :

  1. Dawno temu te wszystkie mądrości kołczów wydawały mi się takie głębokie. Potem poszłam na studia (psychologia) i miałam zajęcia z logiki. Czar prysł, jak bańka mydlana.

    OdpowiedzUsuń
  2. Generalnie się zgadzam, tylko jedno pytanie odnośnie tego fragmentu: "innym problemem są nauczyciele, którzy poboczne przedmioty traktują jako te główne". Co autor rozumie jako poboczne przedmioty? Bo dla ucznia, który przyszłość wiąże z naukami ścisłymi takim przedmiotem pobocznym będzie plastyka/wok, ale dla przyszłego 'artysty' to fizyka będzie przedmiotem pobocznym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Plastyka, religia, WF, muzyka, przedsiębiorczość, godzina wychowawcza.
      Kiedyś to się nazywało "Michałki". Oczywiście lista nie jest zamknięta, ale nawet w uczelniach zawodowych zdarzają się przedmioty niewiele wnoszące, ale służące wypełnieniu czasu.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  3. Coaching to takie pojemne słowo. Coś jak "informatyk" - napisze aplikację webową, naprawi sekretarce drukarkę i wyśle Sojuz w kosmos. Moim skromnym zdaniem żeby w ogóle o tym rozmawiać krytycznie wypadałoby najpierw zdefiniować o czym w rzeczywistości rozmawiamy. Wrzucanie do jednego worka coachingu, ruchów motywacyjnych, pseudopsychologii i mentoringu to nie jest najszczęśliwsze rozwiązanie. Akredytowany coach, pracujący np. z metodologią Gallupa i narzędziem StrenghtsFinder nie będzie się bawił w czary-mary i będzie pracował z osobami, które albo nie wymagają terapii, albo ją ukończyły. Nie będzie też terapii zastępował. Coaching ma na celu zwiększenie efektywności osobistej lub grupowej, jest mierzalnym, interaktywnym procesem zorientowanym na definiowanie i osiąganie celów. W rzeczywistości coaching nie ma związku z ruchami parareligijnymi, a już na pewno nie opiera się o proste i naiwne sztuczki mające na celu uzależnić klientów i wyłudzić od nich pieniądze. Jeżeli tak się dzieje to nie mówimy o coachingu, ale o zwyczajnym oszustwie. Inna kwestia to jak odróżnić wartościowy, metodyczny coaching od oszustwa i kiedy faktycznie jest on potrzebny.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie ma czegoś takiego jak "brak granic" - bo one są, tylko nie ma standardowych kontroli na granicach i w ramach Strefy Schengen, nie UE - (to jedno z kłamstw jakim szermowano nakłaniając ludzi do bycia na tak w referendum akcesyjnym.
    Poza tym wojny są, tylko (chwilowo?) nie w naszej części Europy.

    OdpowiedzUsuń
  5. A i jeszcze jedno - między coachem a psychologiem jest taka różnica jak między trenerem a rehabilitantem...

    OdpowiedzUsuń