Kategorie:

Gender bez emocji. Co nauka mówi o płci i tożsamości płciowej? [recenzja]

„W teorii sprawiedliwość społeczna i wysiłki zmierzające do wyeliminowania dyskryminacji to dobra rzecz. Ale podobnie jak wiele innych ruchów politycznych została ona przejęta przez ekstremistów, których nie interesuje to, co zrodziło te ruchy” – pisze kanadyjska seksuolożka Debra Soh w popularnonaukowej książce „Gender bez emocji”. I dodaje: „Powinniśmy rozmawiać o tym, że osoby z chorobami psychicznymi należy traktować z miłością, szacunkiem i akceptacją, zamiast udawać, że to, z czym się one mierzą, nie ma żadnego wpływu na umysł ani związku z nim”.

 

gender bez emocji

 

Płeć i gender

Pojęcie „gender” (ang. gender) coraz częściej, błędnie, zastępuje słowo „płeć” (ang. sex). Niektórzy po prostu je mylą, ale są i tacy, którzy robią to celowo. Tymczasem są to inne zjawiska. Płeć to gamety i narządy, które je obsługują. Jest binarna u prawie wszystkich organizmów płciowych. (Za wyjątek można uznać grzyby, u których płciowość determinują pasujące do siebie sekwencje genetyczne z licznymi konfiguracjami). Nie da się jej też w przypadku ssaków zmienić. Można ją jedynie skorygować przez zabiegi chirurgiczne i terapię hormonalną. (Dlatego, choć potocznie mówi się „zmiana płci”, to w bardziej ścisłym rozumieniu poprawniejsze jest określenie „korekta płci”). Gender natomiast odnosi się do ról płciowych pełnionych w społeczeństwie i tożsamości płciowej: męskiej bądź żeńskiej.

 

Mężczyzna może utożsamiać się jako kobieta i chcieć pełnić kobiece role, ale nadal będzie mężczyzną. Podobnie, jak kobieta identyfikująca się jako mężczyzna. A jednak problematyczne staje się stwierdzenie tych oczywistych, biologicznych faktów. Jeżeli ktoś zna się na genetyce czy ewolucji biologicznej, przypisywana mu jest transfobia. Skutkiem może być też oskarżenie o queerfobię, misgendering, a nawet faszyzm. I – w niektórych państwach – groźba postępowania dyscyplinarnego oraz sądowego.

 

Denializm płci, złe i dobre intencje

Problem mylenia pojęć czy oskarżania o złe intencje za mówienie o faktach na temat płci to dopiero początek. Negowanie istnienia płci biologicznej czy jej binarności, a z drugiej strony twierdzenia o wielu płciach; odrzucanie faktu, że płeć jest determinowana (u ssaków) genetycznie; wyśmiewanie historii ewolucji rozmnażania płciowego; pejoratywne nazywanie naukowego, empirycznego podejścia ideologią esencjalizmu – wszystko to staje się coraz powszechniejsze. A taki zestaw poglądów i wierzeń to denializm płci. Chaotyczny i niejednoznaczny, często ze sprzecznymi względem siebie opiniami. Jest to charakterystyczne dla pseudonauki. Jeden denialista powie, że płeć w ogóle nie istnieje. Drugi, że zespół Turnera, supersamicy czy Swyera to trzecia, czwarta i piąta płeć. Trzeci pomiesza jeszcze płeć z genderem.

 

 

Nie dziwi mnie więc, że coraz więcej biologów oraz lekarzy zwraca uwagę na problem pseudonauki w obszarze biologii płci. Jednym z takich ekspertów jest Debra Soh – kanadyjska neurobiolożka i seksuolożka. Ukończyła studia i doktorat oraz odbyła praktykę kliniczną z neurobiologii i seksuologii, a obecnie zajmuje się popularyzacją tych dziedzin. Poznała wiele osób transpłciowych zawodowo, jak i osobiście. Jest autorką książki „Gender bez emocji”, wydanej niedawno także w Polsce, w której obala mity denialistów płci. Niektóre nie są popularne na naszym polskim podwórku i mogą nam brzmieć jak trolling skrajnej prawicy 15 lat temu. Jednak inne stały się realnym zagrożeniem dla wiedzy powszechnej i zdrowia publicznego.

 

Debra Soh, „Gender bez emocji”

Autorka książki „Gender bez emocji” postawiła przed sobą dość trudne zadanie. Jak wspominałem, za pisanie o płci i gender można być oskarżanym o naprawdę poważne przewinienia. Spora część publicystów mediów zachodnich podziela niektóre idee denializmu płci (wielu raczej nieświadomie; działa to bardziej na zasadzie nieznajomości tematu połączonej z poczuciem, że popierając te poglądy wspiera się „uciskaną” mniejszość i czyni coś dobrego; taka deklaracja „cnoty” i „czystości moralnej”, sygnalizowana również przez ostentacyjne oznaczanie preferowanych zaimków: ona/jej, on/jego). Przez to bardzo łatwo jest zostać przez nią wykluczonym i „anulowanym” (ang. cancelling).

 

Taki los spotkał też Debrę Soh, która od transaktywistów i queeraktywistów otrzymywała tysiące agresywnych uwag. Grożono jej, grzebano w życiu prywatnym, obrażano i kłamano na jej temat. Oczywiście robiono też „naloty” na jej konto na Twitterze. Stąd jeden z rozdziałów swojej książki poświęciła właśnie problemowi zastraszania naukowców przez zideologizowanych aktywistów i publicystów. (A także sprzyjających im badaczy; naukowcy kierujący się nie empiryzmem, metodologią i obiektywnością naukową, lecz aktywizmem i światopoglądem, to osobne ważne zagadnienie). Dla przeciętnego czytelnika może to być mniej ciekawe. Wówczas ten rozdział książki polecam zwyczajnie pominąć. Jednak sama motywacja umieszczenia przeżyć autorki jest dla mnie zrozumiała. To z pewnością frustrujące, gdy wchodzisz do świata nauki, a okazuje się, że nie możesz jej swobodnie uprawiać, bo Twoja dziedzina nie podoba się aktywistom i politykom.

 

Co mówi nauka o płci i tożsamości płciowej?

Reszta książki to dobra, popularnonaukowa treść poparta licznymi, cytowanymi przez Debrę Soh badaniami naukowymi. Kanadyjka przeprowadziła i przytoczyła również wywiady z psychiatrami i seksuologami, zajmującymi się naukowo kwestią transpłciowości. Urozmaicają one zawartość książki oraz pozwalają spojrzeć na to wszystko z perspektywy badaczy. Pomimo protestów queeraktywistów i oznakowania tytułu „Gender bez emocji” przez niektóre organizacje transaktywistyczne jako książki „transfobicznej”, wielu ważnych naukowców i intelektualistów (w tym m.in. psycholog Steven Pinker i biolog ewolucyjny Richard Dawkins) ją otwarcie poleca.

 

Przyczyną bojkotu wobec książki „Gender bez emocji” było to, że Debra Soh opisała kilka niewygodnych dla denialistów płci zjawisk. Krytycznie odniosła się na przykład do korekty płci u dzieci i młodzieży, powołując się na liczne, wieloletnie badania. Wykazały one, że zdecydowana większość młodych ludzi przejawiających atypowe zachowania genderowe, po dorośnięciu (upraszczając, mózg rozwija się do około 25 roku życia) okazuje się być zdrowymi osobami homo- lub bi-, a rzadziej heteroseksualnymi. Ale nie osobami transpłciowymi. Zmieniające ciało operacje chirurgiczne i terapie hormonalne (które, co warto podkreślić, są niebezpieczne dla wątroby, układu sercowo-naczyniowego czy zdrowia kości; nieodwracalnie zmieniają też wygląd, np. u kobiet determinują pojawienie się męskiego zarostu, a u mężczyzn biustu), a także zaburzające socjalizację funkcjonowanie niezgodnie ze swoją płcią, jest dla takich osób po prostu niepotrzebną, szkodliwą ingerencją.

 

Zmiany przyszły, zmiany poszły

Tymczasem transaktywiści postulują, aby zmiana płci u dzieci i młodzieży była legalna. A także, by była dostępna dla osób pełnoletnich na żądanie, bez diagnostyki medycznej. Przychodzisz do urzędu, deklarujesz że identyfikujesz się jako płeć przeciwna, i masz. Brak takiej opcji aktywiści określają jako łamanie praw człowieka. W niektórych miejscach część tych postulatów jest w ostatnich kilku latach realizowana (np. w Szkocji, Hiszpanii, Szwecji czy niektórych stanach USA). W efekcie przybyło okaleczonych dzieci i młodych dorosłych, którzy z wiekiem wyrośli z atypowych zachowań genderowych. Proces zmiany i korekcji płci zniszczył ich zdrowie, wygląd i zaburzył socjalizację.

 

Pod koniec lutego 2022 roku szwedzka Krajowa Rada Zdrowia i Opieki Społecznej wydała oświadczenie, by młodym ludziom z dysforią płciową leki hormonalne podawać wyłącznie w wyjątkowych sytuacjach, a nie rutynowo. Wkrótce potem, na początku marca 2022, raport brytyjskiego NHS (odpowiednik NFZ) wykazał, że główna klinika od korekty płci u dzieci na wyspach (Tavistock gender clinic) jest niebezpieczna. Trend będzie prawdopodobnie coraz wyraźniejszy. Dlaczego? Liczba osób kierowanych na tranzycję (czyli korektę płci biologicznej i zmianę płci prawnej) ostatnio dramatycznie wzrosła.

 

O błędnych diagnozach w „Gender bez emocji”

W rzeczywistości osoby faktycznie transpłciowe stanowią promil społeczeństwa. Cała reszta dokonujących tranzycję robi ją nie ze względu na niezgodność płciową (niezgodność tożsamości płciowej z płcią), lecz innych przyczyn. Naukowcy, bazując na najnowszych badaniach, wskazują, że część osób z zaburzeniami ze spektrum autyzmu, nie rozumiejąc instynktownych zachowań płciowo-genderowych, może je źle interpretować. I w efekcie błędnie identyfikować siebie jako transseksualiści.

 

Podobnie, osoby z zaburzeniami osobowości, dysmorficznymi, lękowymi czy głębokimi depresjami mogą patrzeć na zmianę płci jak na coś, co wybawi ich od problemów psychicznych, rodzinnych i społecznych, z którymi się mierzą. Młodzi geje i lesbijki mogą z kolei postrzegać tranzycję jako sposób uwolnienia się od bycia osobą homoseksualną, jeśli nie akceptują swojej orientacji. Tego rodzaju sytuacje, w połączeniu z problemami osobistymi i wzmocnione przekazem trans-celebrytów/influencerów epatujących „szczęściem” bycia trans, prowadzą osoby nietranspłciowe do zmiany płci. A w konsekwencji do ogromnych dramatów. (Warto o tym pamiętać, kiedy czytamy populistyczne hasła typu „Wolę żywego syna od martwej córki”, które są nie tylko manipulacją emocjonalną, ale też klasycznym błędem logicznym fałszywej dychotomii).

 

 

Debra Soh ma świadomość takich trajektorii losu młodych ludzi i w „Gender bez emocji” o nich napisała. Zwrócenie uwagi, że proces korekty płci może stanowić pseudomedycynę (altmed) oraz formę „nowoczesnej” terapii konwersyjnej gejów i lesbijek sprawiło, że środowiska osób homoseksualnych doceniły pracę Kanadyjki. Bo, w istocie, denializm płci w znacznym stopniu uderza nie tylko w biologów ewolucyjnych, ale również w gejów i lesbijki.

 

Transaktywiści wykorzystują też temat homoseksualizmu do realizowania swoich interesów. Powołując się np. na fałszywą analogię: skoro homoseksualność wykreślono z listy chorób, to transseksualność też należy. A jednak jest różnica między nie dającą objawów chorobowych homoseksualnością, a dającą je i wymagającą leczenia niezgodnością płciową. Która wcale – wbrew przekazowi aktywistów – nie została wykreślona z klasyfikacji chorób WHO. Po prostu przeniesiono ją z bloku problemów psychicznych do działu problemów seksualnych/płciowych. Semantyka.

 

Dobra nauka i zła nauka

Oprócz korekty płci u dzieci i młodzieży (określanej też dla niepoznaki ładnym sformułowaniem: „terapia afirmacji płci u dziecka”) Debra Soh komentuje zjawiska subkulturowe. Być może spotkaliście się już ze słowami: niebinarność, agender, bigender, gender fluid, gender moon, demigender i innymi. Pomimo iż opisuje się je jako odmiany tożsamości płciowej (np. gender fluid to tożsamość płciowa zmienna; bigender to utożsamianie się i jako osoba męska i żeńska; agender – jako ktoś nieidentyfikujący się ani z męskością ani kobiecością) to w rzeczywistości są to po prostu tożsamości subkulturowe. Działa to mniej więcej tak, jak etykietki typu „punk”, „metalowiec”, „emo”, „geek”, „nerd”, „skejt” itd. Nie są to natomiast tożsamości płciowe w tej samej kategoryzacji, co „tożsamość płciowa męska” i „tożsamość płciowa żeńska”. Oczywistość ta również jest uwydatniona w książce „Gender bez emocji”.

 

Merytoryczne błędy, jak uznawanie takich łatek subkulturowych za rodzaje płci lub genderu, są efektem poruszania się w nomenklaturze teorii queer, co jest zgubne. Teoria ta – jak i odnoszące się do niej badania, głównie humanistyczne, ale także socjologiczne, seksuologiczne czy psychologiczne – nie jest teorią naukową w rozumieniu nauk ścisłych i przyrodniczych. Nie jest falsyfikowalna, a niektóre jej twierdzenia są sprzeczne z faktami. Dlatego też stricte naukowo jest to teoria pseudonaukowa.

 

Oto wyjaśnienie czemu część publikacji „naukowych” na ten temat zawiera rażące błędy i przekłamania. (Często gdy czytam komentarze denialistów płci, że „nauka poszła do przodu” albo „biologia to nie wszystko” i dostaję od nich w zestawie jakieś linki, prowadzą one do tego rodzaju publikacji). Jeśli z góry bazuje się na błędach, to dalsze wnioski też prawdopodobnie będą złe. To jakby badać biologię komórki założywszy – z przyczyn ideologicznych – że DNA to przebywający w cytoplazmie pasożyt, cytoplazma to magiczna próżnia, a jądro komórkowe stanowi urojenie biologicznych esencjalistów.

 

„Gender bez emocji” o rzeczach niezbadanych

Faktyczną kontrowersją tej książki może być poruszona przez Debrę Soh, a jeszcze nie w pełni zbadana dysforia płciowa o szybkim początku (ang. rapid-onset gender dysphoria). Jest to zjawisko postulowane przez badaczkę Lisę Littman. Opisywane jest jako dysforia płciowa wynikająca z wpływu rówieśników i mediów, bazujące na mechanizmie zarażania społecznego (ang. social contagion). Mniej więcej na zasadzie, że jeśli w czyimś otoczeniu są osoby jawnie deklarujące się jako transpłciowe, a z mediów (lub od influencerów) płynie przekaz, że bycie osobą transseksualną to coś fajnego, jak również że bycie trans daje „przywileje” (głaski społeczne i lepsze traktowanie, wynikające z uznania, że ktoś należy do „pokrzywdzonej” mniejszości), to może warto w ten „biznes” zainwestować i identyfikować się jako osoba transpłciowa. Całość ma oczywiście raczej nieuświadomiony przez jednostkę charakter.

 

 

Na rozstrzygnięcie co do istnienia takiego lub podobnego zjawiska trzeba poczekać. Konieczne jest przeprowadzenie dalszych badań. Osobiście sądzę, że nawet jeśli taki podtyp dysforii występuje, to prawdopodobnie zostanie zmarginalizowany przez autodeklarację niebinarności. Z nią nie muszą wiązać się szkodliwe dla zdrowia terapie hormonalne i bolesne operacje chirurgiczne. A zarazem pozwala ona ustalić swoją przynależność do „mniejszościowej, pokrzywdzonej grupy”. Nie trzeba być czarnoskórym, gejem, osobą z biednej dzielnicy albo z mniejszości religijnej. Wystarczy powiedzieć, że jest się „niebinarnym”. I z uprzywilejowanego, białego 20-paro latka z bogatego domu nagle robi się członek „uciskanej mniejszości”. W obecnym środowisku społecznym konsekwencją tego jest sycąca liczba społecznych „głasków” i tego, co z nich wynika.

 

Zawiłości wokół płci i genderu

Dobrym przykładem mądrego, interdyscyplinarnego podejścia autorki do tematu jest też jej odniesienie się do kulturowo-genderowych zjawisk, takich jak samoańskie faʻafafine czy meksykańskie muxes. „Zastosowanie terminologii transpłciowej do osób żyjących jako „trzecia płeć” w takich kulturach to próba reinterpretacji ich sposobu życia przez pryzmat zachodniego społeczeństwa” – pisze Debra Soh. Czyli, paradoksalnie, brak konstruktywizmu społecznego.

 

Brakuje go też w krytycznej ocenie męskości i przypisywaniu niektórym negatywnym cechom „męskiej łatki”. Debra Soh odnosi się i do tego. „Męskość sama w sobie nie prowadzi do problemów ze zdrowiem psychicznym” – pisze, polemizując z propozycjami psychologów amerykańskich, by uznać męskość za rodzaj choroby. „Metaanaliza przeprowadzona w 2017 roku, w której przyjrzano się 74. badaniom naukowym, pozwoliła wykazać, że stosowanie się do norm męskości ma większy wpływ na to, czy ktoś szuka pomocy, gdy doświadcza problemów psychologicznych” – dodaje. I konkluduje: „Niesłuszne jest zakładanie, że męskość sama w sobie zwiększa skłonność do doświadczania problemów mentalnych. Jeśli zaś chodzi o agresję wśród mężczyzn, można ją tłumaczyć postawą antyspołeczną, nie męskością”.

 

Podsumowując, książka Debry Soh pt. „Gender bez emocji” jest wolna od bigoterii i uprzedzeń, ale też od nacisków ideologicznych ze strony fanatycznych aktywistów. Z oczywistych powodów oba skrajne ruchy atakują autorkę. Ja natomiast zachęcam do przeczytania jej książki. Bez oglądania się na opinie aktywistów, kapłanów czy publicystów.

 

Jeśli podoba Ci się mój tekst, zachęcam do wejścia na Patronite, gdzie w prosty sposób można ustawić comiesięczne wpłaty na rozwój bloga. Prowadzenie go wymaga ponoszenia kosztów, poświęcania czasu oraz przygotowania, a wszystko to jest możliwe dzięki Patronom i Patronkom.

 

 

 

Najnowsze wpisy

`

19 komentarzy do “Gender bez emocji. Co nauka mówi o płci i tożsamości płciowej? [recenzja]

  1. Miałbym parę uwag odnośnie tekstu i byłbym bardzo wdzięczny każdemu, gdyby zechciał/a je skomentować.

    Tematem w zasadzie wogóle się nie interesuję (jak już to bardziej z punktu widzenia walki o prawa człowieka) i swoją wiedzę zbieram w zasadzie okazjonalnie, czytając m.in. teksty na blogach (jak tu 😉 ).

    Poszczególne uwagi będę umieszczał w osobnych komentarzach, dla czytelności.

    Pierwsza taka uwaga-pytanie jest następująca. Łukasz pisze, że:

    „Gender natomiast odnosi się do ról płciowych pełnionych w społeczeństwie i tożsamości płciowej: męskiej bądź żeńskiej.”

    Czyli gender to w rzeczywistości 2 odrębne rzeczy? 1 – to role płciowe, a 2 – „inny” gender dotyczy tożsamości płciowej? Jeśli tak, to używanie tego samego pojęcia do określania dwóch różnych rzeczy też jest mylące i błędne, tak jak używanie zamiennie pojęcia „płeć” i „gender”, dobrze mówię? Może powinno się wymyślić w takim razie odrębne nazwy?

    1. Preferowane role płciowe wynikają z tożsamości płciowej. To nie są rozłączne zjawiska. Przy czym tak naprawdę nomenklatura tematyki genderowej jest sama w sobie mocno chaotyczna i sami badacze zajmujący się tym tematem często stosują różne definicje i słowa.

      1. „Preferowane role płciowe wynikają z tożsamości płciowej.”

        Teraz zauważyłem, że piszesz o rolach płciowych – a ja w sumie myślałem o rolach społecznych.

        Tak, w zasadzie to, że role płciowe wynikają z tożsamości płciowej wydaje mi się w miarę jasne. Jeszcze tylko parę pytań:

        Czy role społeczne (jeśli wogóle jest coś takiego) nie mają nic wspólnego z gender?

        Taka rola jak „głowy rodziny” (chodzi do pracy i utrzymuje rodzinę) vs. „gospodyni”/”gospodarza” (opiekuje się domem i rodziną) albo np. taki kapłan/kapłanka (w niektórych religiach rezygnuje z prywatnego życia rodzinnego i poświęca się opiece jakiejś tam społeczności) czy coś takiego istnieje? Czy to są role płciowe (wydaje mi się, że historycznie owszem, zależą one od płci ale w praktyce coraz rzadziej), czy może role społeczne (zakładając, że coś takiego istnieje).

  2. Cytujesz Debrę Soh :

    „Powinniśmy rozmawiać o tym, że osoby z chorobami psychicznymi należy traktować z miłością, szacunkiem i akceptacją, zamiast udawać, że to, z czym się one mierzą, nie ma żadnego wpływu na umysł ani związku z nim”.

    Czy dobrze rozumiem, że to się odnosi do osób transseksualnych?

    Ale jeśli tak, to dalej piszesz, że transseksualność nie jest uznawana za problem psychiczny, tylko seksualny. Nawet nie choroba, tylko problem. Jeśli dobrze myślę, to ten cytat nie stawia w dobrym świetle wiedzy tej pani i w związku z tym nie zachęca zbytnio do przeczytania tej książki.

    1. Cytat jest ogólny, autorka odnosi się tam do ruchów postmodernistycznych, które dążą do emancypacji osób z różnymi chorobami, chcących by traktować ich członków jak osoby zdrowe. I zwraca uwagę, że choroby i zaburzenia psychiczne też wpływają na osobowość, charakter i doświadczenia, więc nie można udawać, że tego nie ma. Co jest oczywiste, bo cechy biologiczne i doświadczenia życiowe determinują bardzo wiele.

      Jeśli chodzi o to czy transpłciowość to problem psychiczny czy seksualny to zależy od nomenklatury i semantyki. Do 2021 był wg ICD problemem psychicznym, a od 2022 problemem seksualnym. Stricte faktograficznie dotyczy i jednego i drugiego.

      1. Mimo wszystko dalej nie podoba mi się cytat tej pani.

        Nie potrafię tego dokładnie wyrazić, ale z jednej strony przychodzą mi na myśl osoby kalekie, które chociaż nie są przecież w 100% zdrowe, nikt nie nazywa ich chorymi (nawet, jeśli technicznie są?) a wręcz staramy się je traktować właśnie jako osoby normalne (z uwzględnieniem ich niepełnosprawności, ułatwiając im w miarę możliwości funkcjonowanie w społeczeństwie).

        Z drugiej zaś strony przychodzą mi na myśl homofoby, które za wszelką cenę chcą wszystkich przekonać do tego, że homoseksualizm to choroba właśnie, czy wręcz zboczenie seksualne.

        No i o ile kwestia tego, czy jest to problem psychiczny czy seksualny to rzeczywiście może być kwestia nomenklatury i semantyki, to różnica między chorobą a problemem już chyba nie za bardzo.

  3. „A także, by była dostępna dla osób pełnoletnich na żądanie, bez diagnostyki medycznej. ”

    Osobiście – czemu nie? Pod warunkiem, że wszystkie wydatki związane z zabiegami medycznymi z tym związanymi (w tym leczenie powikłań) będzie finansowane prywatnie przez taką osobę. To jak z chirurgią plastyczną.

    Jeśli taka osoba ma jednak realny problem, to zawsze przecież może iść do odpowiedniego specjalisty i uzyskać skierowanie na takie leczenie finansowane z ubezpieczenia, prawda?

    1. Dlatego, że to poważna ingerencja w zdrowie i funkcjonowanie takiej osoby i jej najbliższego otoczenia. Zrobienie tranzycji bez diagnozy dramatycznie zwiększa ryzyko, że taka osoba wcale nie jest trans i zamiast sobie pomóc, tylko się okaleczy. Do tego dochodzi masa aspektów społecznych, jak np. zmienianie płci w celach otrzymania lepszej/szybszej emerytury, pójścia do więzienia dla kobiet zamiast mężczyzn, oczekiwania specjalnego traktowania.

      No i wraz z tym postulatem bardzo często idzie też postulat, aby to było refundowane z środków publicznych. Do tego coraz częściej jest też postulowane, szczególnie przez queeraktywistów (transaktywiści są wręcz temu zwykle przeciwni) by zmiana płci była możliwa bez żadnych zmian fizycznych, na zasadzie że „totalny” mężczyzna każe się traktować jako kobietę, mimo iż nie zażywa hormonów ani nie zrobił żadnych operacji, i na odwrót z kobietą twierdzącą, że jest mężczyzną. A to rodzi masę konfliktów społecznych, bo mało kto będzie taką osobę traktował wedle płci, z którą się deklaratywnie utożsamia.

      1. No tak, w zasadzie masz rację – nie brałem pod uwagę możliwych skutków społecznych takich zabiegów, skupiałem się tylko na osobistej wolności takiego osobnika (na zasadzie: jak sobie chce zrobić krzywdę, jego sprawa).

        Ok, rozumiem i się zgadzam z tobą.

      2. W Danii można zmienić prawnie płeć bez żadnej diagnozy i społeczeństwo się nie rozpadło. A hormony i tak sporo osób trans sprowadza z np. Brazylii, tajlandii, czy Indii bez większych problemów. Z kolei operację można wykonać na podstawie opinii psychiatry w dajmy na to Serbii, nie trzeba nic zmieniać w dokumentach.

  4. „…agender, bigender, gender fluid, gender moon, demigender i innymi…”

    Ja też uważam że więcej tu subkultury niż rzeczywistych zjawisk. Ale mam pytanie – czy rzeczywiście wszystkie takie tożsamości płciowe są tylko wytworami kultury?

    Jestem w stanie całkowicie zrozumieć kogoś, kto utożsamia się przykładowo jako agender. Nie chodzi przecież o płeć – tylko o tożsamość. Ja sam przykładowo nie identyfikuję się jako mężczyzna. Żeby było jasne: wiem, że jestem mężczyzną. Nie kwestionuję tego w żaden sposób. Po prostu nie jest to część mojej tożsamości. Nie przywiązuję do tego żadnej wagi. Żeby odwołać się do prześmiewczego mema – to jak z posiadaniem czegoś, np. samochodu. Ja wiem, że mam samochód, ale nie jestem swoim samochodem 😉 . A nie należę przecież do żadnej subkultury 😉

    Może to co opisuję jest normalne i ja to po prostu źle interpretuję, ale z obserwacji innych ludzi wiem, że nie wszyscy do tego tak podchodzą (bo rozmów na ten temat żadnych nie przeprowadzałem). Niektórzy przywiązują bardzo dużą wagę do swojej płci.

    Analogicznie istnieje też wśród orientacji seksualnych aseksualność, prawda? Więc powtórzę może pytanie – czy tożsamości płciowe nie mogą rozciągać się trochę szerzej, niż binarne spektrum?

    1. Szukałem badań, które empirycznie by potwierdzały istnienie takich tożsamości płciowych. Nie ma. To oczywiście nie znaczy, że nie istnieją, ale póki co to jest palcem na wodzie. Samo zjawisko tożsamości płciowej męskiej i żeńskiej też nie jest bardzo ścisłe, to wciąż obszar badań neurobiologicznych.

  5. Cóż. Nic dziwnego, że transfobowi podoba się transfobiczna książka. Już samo twierdzenie, że ktoś chciałby przenieść się z grupy uprzywilejowanej do pokrzywdzonej bo to fajne, jest kopem w logikę. Ludzie na ogół wolą jak im dobrze.

    Warto też wspomnieć o tym cytat: „Mężczyzna może utożsamiać się jako kobieta i chcieć pełnić kobiece role, ale nadal będzie mężczyzną. Podobnie, jak kobieta identyfikująca się jako mężczyzna” trudno o większą ignorancję. Gdyby autor zechciał pochylić się nad tematem merytorycznie i rzeczowo wiedziałby, że nie można w takim przypadku mówić o tym, że mężczyzna chce być kobietą i pełnić kobiece role. W ogóle role społeczne to inny temat. Dla autora ważniejsze od psychiki człowieka jest jego ciało. Nie przyjmuje do wiadomości, że z umysłami osób trans wszystko jest ok i gdy mówią, że są kobietami chociaż mają penisy to znaczy, że to ciało rozwinęło się błędnie i w sposób nie przystający do tożsamości płciowej mózgu.

    Nie trzeba znać się na wszystkim, ale wtedy nie należy wygadywać bzdur, tylko się na temacie poznać. Bo to naprawdę wstyd dla osoby, która mówi o sobie, że nauka jest tak ważna, ignorować jej dorobek. Być może warto poza popularnonaukową literaturą sięgnąć po fachową.

    1. „Nic dziwnego, że transfobowi podoba się transfobiczna książka”

      -> Czyli zaczynamy od erystyki?

      ***

      „twierdzenie, że ktoś chciałby przenieść się z grupy uprzywilejowanej do pokrzywdzonej bo to fajne, jest kopem w logikę”

      -> Według obecnych norm i trendów identyfikowanie się jako niebinarny/a sprawia, że jest się w grupie uprzywilejowanej. Osoby takie mają w coraz większej liczbie państw i regionów specjalne przywileje, kwoty na uczelnie czy szkolenia zawodowe, społeczne przyzwolenie na więcej, bo uchodzą za „ofiary”, więc „trzeba” być wobec nich bardziej wyrozumiałym itd. Poza tym nie bardzo wiem, w jaki sposób osoby niebinarne są pokrzywdzone?

      ***

      „Gdyby autor zechciał pochylić się nad tematem merytorycznie i rzeczowo wiedziałby, że nie można w takim przypadku mówić o tym, że mężczyzna chce być kobietą i pełnić kobiece role.”

      -> Czyli chce być mężczyzną i pełnić role męskie? Czy chodzi o klasyczną manipulację faktami, że mężczyzna identyfikujący się jako kobieta jest kobietą, a nie mężczyzną (i na odwrót wobec kobiet), niezależnie od faktów?

      ***

      „Dla autora ważniejsze od psychiki człowieka jest jego ciało.”

      -> To Twoje dopowiedzenie, ja nigdzie tego nie pisałem. Po prostu o płci decyduje ciało, a nie umysł. Nie zakłamujmy rzeczywistości w imię jakiegoś fałszywego deprecjonowania ciała lub psychiki.

      ***

      „Nie przyjmuje do wiadomości, że z umysłami osób trans wszystko jest ok i gdy mówią, że są kobietami chociaż mają penisy to znaczy, że to ciało rozwinęło się błędnie i w sposób nie przystający do tożsamości płciowej mózgu.”

      -> Błędne rozwinięcie się ciała występuje w zaburzeniach rozwoju płciowego, czyli przy interseksualizmie. Mylisz transseksualizm z interseksualnością (/ciami, bo to w gruncie rzeczy masa różnych chorób i zaburzeń genetycznych, anatomicznych i fizjologicznych).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.