Burzliwa debata o powstaniu elektrowni jądrowej w Polsce, oraz zmianie miejsca i planów budowy po utworzeniu nowego rządu, skłoniła mnie do przeprowadzenia wywiadu na ten temat z Urszulą Kuczyńską: ekspertka ds. transformacji energetycznej Instytutu Sobieskiego, a także autorka książki „Atom dla klimatu”.

 

Wywiad ukazał się dzięki wsparciu moich Patronów i Patronek. To dzięki nim blog ten może istnieć i się rozwijać, a publikowane tutaj teksty i artykuły są niezależne. Jeśli chcesz wesprzeć moją działalność, możesz to zrobić na moim profilu Patronite.

 

Ula Kuczyńska
Urszula Kuczyńska w niemieckiej telewizji RBB, z późn. zm.

 

Łukasz Sakowski: Zadam to pytanie na początek: czy to prawda, że Polska potrzebuje elektrowni jądrowej?

Tak [śmiech]. I jest to jasne od dosyć dawna.

 

Dlaczego?

Bo od dawna jest przecież jasne, że zasoby krajowego węgla brunatnego i kamiennego nie są wieczne. Od dość dawna jest też jasne, w jakim kierunku zmierza nie tylko europejska, ale w ogóle światowa polityka klimatyczna, i że zmierza w kierunku konieczności dekarbonizacji, czyli odejścia od spalania węglowodorów kopalnych, w tym na użytek produkcji energii elektrycznej. Ale zaczęliśmy od końca, więc może wróćmy do początku?

 

Czyli do kiedy?

Do początku polskich planów atomowych. Bo Polska chciała wkroczyć w erę atomu już na samym jej początku. Pierwszy polski reaktor jądrowy, reaktor badawczy EWA, ruszył w 1958 roku pod Otwockiem. Nie produkował energii elektrycznej, ale wytwarzano w nim radiofarmaceutyki na użytek medycyny i prowadzono badania naukowe. EWA wykształciła pokolenia fizyków, chemików i inżynierów jądrowych, bo pierwszą polską elektrownię jądrową planowano wybudować już w latach 60-tych ubiegłego wieku.

 

W 1974 roku w Świerku zaczął działać drugi reaktor doświadczalno-produkcyjny Maria. Mniej więcej wtedy ruszył też projekt budowy Elektrowni Jądrowej Żarnowiec i rozpoczęły się prace przygotowawcze do budowy Elektrowni Jądrowej Warta Klempicz. Wiemy jednak, co było dalej. Decyzją ministra Syryjczyka z 1991 roku, realizację ukończonego już w 40% obiektu w Żarnowcu porzucono. Jako kraj na skraju zapaści gospodarczej uiściliśmy wówczas całość należnej za niego kwoty zagranicznym partnerom: w rublach transferowych i dolarach, a jedyne, co z tego pozostało to straszące w pięknym zakątku Kaszub ruiny po zaprzepaszczonej szansie na modernizację polskiej energetyki już cztery dekady temu. Porzucenie budowy Żarnowca przedłużyło działanie monokultury węglowej w polskiej energetyce. Żarnowiec porzucono pomimo, że w dokumentach strategicznych już wtedy znalazło się jasne wskazanie, że z uwagi na kurczące się krajowe zasoby węgla i rosnące podejrzenie, że jego spalanie prowadzi do zmian klimatu Ziemi, elektrownia jądrowa w Polsce będzie musiała powstać i tak, i będzie musiała dołączyć do systemu elektroenergetycznego po 2000 roku. Tymczasem mamy 2024…

 

Czyli zrezygnowano z odejścia od węgla lata temu.

Nie odejścia. Porzuciliśmy możliwość dywersyfikacji źródeł wytwarzania energii, czym to odejście skutecznie żeśmy odwlekli w czasie i jeszcze skuteczniej sobie utrudnili.

 

Przypuszczam, że nie jesteś jedyną specjalistką, która uważa, że to był duży błąd.

Tak, to był jeden z fundamentalnych błędów polskiej transformacji ustrojowej, choć warto pamiętać, w jakich okolicznościach i w otoczeniu jakich nastrojów społecznych decyzję o porzuceniu budowy Żarnowca podjęto. Nie zmienia to jednak faktu, że była to decyzja całkowicie gospodarczo nieracjonalna, i że to, co będzie pierwszą polską elektrownią jądrową, bo powstaje w Lubiatowie-Kopalinie jako realizacja ogłoszonego w 2014 roku Programu Polskiej Energetyki Jądrowej, jest naszym drugim podejściem do wdrożenia atomu w polski miks energetyczny. Warto podkreślić też, że jest to projekt ponad podziałami politycznymi. Prace przy nim prowadził poprzedni rząd Platformy Obywatelskiej, rząd PiS zmienił podejście projektowe, ale prace kontynuował, a potrzebę budowy elektrowni jądrowej ugruntował w świadomości społecznej jako część polskiej racji stanu. I słusznie, zwłaszcza, że pomogły mu w tym okoliczności.

 

Niektórzy twierdzą, że projekt elektrowni jądrowej jest przeszarżowany, że go nie zrealizujemy. Snute są wizje nieudacznictwa i katastrofy, jest nawet w sejmie grupa zajmująca się „przeskalowanymi” projektami, w tym elektrownią jądrową czy centralnym portem komunikacyjnym.

Nie wiem, co miałoby być przeszarżowanego czy przeskalowanego w elektrowni jądrowej… Zwłaszcza w elektrowni jądrowej wyposażonej w trzy reaktory AP-1000. Łącznie dadzą one tylko nieco więcej energii niż dzisiaj z węgla produkuje Elektrownia Opole, której łączna moc zainstalowana to 3342 MW, a nieco mniej niż produkuje Elektrownia Kozienice, czyli około 4015 MW! Czy te elektrownie ktokolwiek nazwałby „przeskalowanymi”? To też moc porównywalna z fińską elektrownią jądrową w Olkiluoto, która nie jest przecież jedyną „atomówką” w tym niewielkim pod kątem populacji kraju. Słowackie Mochovce, czeski Temelin, węgierki Paks: obiekty w tych miejscach mają moc po około 2000 MW, a przecież zarówno Słowacja, Czechy, czy Węgry mają nieporównywalnie mniejsze potrzeby energetyczne niż gospodarka liczącej 38 milionów mieszkańców Polski.

 

Pomimo dynamicznego rozwoju sektora tzw. OZE, czyli morskiej i lądowej energetyki wiatrowej oraz fotowoltaiki, w naszym systemie już wkrótce pojawi się gigantyczna wyrwa: z uwagi na wyczerpanie się złoża i kierunek polityki klimatycznej będzie trzeba wyłączyć np. elektrownię w Bełchatowie, która dzisiaj zapewnia nam nawet 20% dostępnej na rynku energii. I zapewnia ją stale, bez względu na warunki pogodowe. Źródła OZE z natury rzeczy produkują energię w sposób stochastyczny, zależny od czynników zewnętrznych, na które nie mamy wpływu. Postępujące zmiany klimatu dodatkowo sprawiają, że coraz bardziej nieprzewidywalna staje się pogoda, a tej i tak nigdy nie byliśmy przecież w stanie prognozować ze 100-procentową pewnością.

 

Tymczasem energia elektryczna to dzisiaj dobro podstawowe, kluczowe dla funkcjonowania nie tylko pojedynczych osób i gospodarstw domowych, ale całej krajowej gospodarki: od transportu kolejowego i opieki medycznej, po przemysł, który potrzebuje stabilnych dostaw energii, w dającej się przewidzieć i zaplanować cenie. Jako cywilizacja jesteśmy głęboko zależni od stabilnych dostaw energii elektrycznej, a wysokość podaży dostępnej cenowo energii per capita jest ważnym wskaźnikiem rozwoju gospodarczego i poziomu życia w danym kraju. Mało tego, wszystkie prognozy jasno pokazują, że zapotrzebowanie na energię elektryczną będzie stabilnie rosło, zwłaszcza, gdy wziąć pod uwagę panujący trend elektryfikacji innych gałęzi gospodarki jak np. indywidualny transport samochodowy oraz prądożerne programy komputerowe, zwane potocznie sztuczną inteligencją.

 

Sceptyk zapytałby pewnie, czy moglibyśmy importować prąd zza granicy.

Częściowo na pewno byśmy mogli i nie tylko to robimy, ale i będziemy robić, bo jako kraj jesteśmy częścią europejskiego systemu energetycznego, do którego niedawno dołączyła też Ukraina. To zabezpiecza nas, zabezpiecza każde państwo uczestniczące w tym systemie, na przykład Litwę, która po wymuszonym przez UE wyłączeniu Elektrowni Jądrowej Ignalina ma realne kłopoty w pokryciu swojego zapotrzebowania na energię elektryczną. Ale stabilność tego systemu opiera się jednak na założeniu, że każdy uczestnik dąży do możliwie wysokiego stopnia niezależności i do możliwie wysokiego stopnia stabilności, w tym również do nie przeciążania systemu nieprzewidzianymi nadwyżkami. Takie nadwyżki powstają, kiedy np. panują sprzyjające warunki pogodowe i morskie wiatraki Szwecji pracują pełną parą zamiast na założone 30% mocy zainstalowanej.

 

Energia elektryczna to specyficzny rodzaj energii: aby system pozostał w równowadze powinniśmy jej produkować tyle, ile jej się w danym momencie zużywa, bo nie istnieją skuteczne, wielkoskalowe i międzysezonowe możliwości jej magazynowania. To dlatego tak ważne jest, aby operator systemu miał u siebie wachlarz tak zwanych źródeł dyspozycyjnych, czyli takich, których moc można regulować, zależnie od potrzeb. Taką możliwość mają, w różnym zakresie, elektrownie konwencjonalne, zwłaszcza gazowe i elektrownie jądrowe.

 

Rozwiń wątek importu.

No, import wiąże się z zależnością i z bezpieczeństwem energetycznym. Konieczność importu oznacza zależność energetyczną, zależność od innych. Najlepiej to widać na przykładzie Japonii, która po Wielkim Trzęsieniu Ziemi w Tohoku, które wywołało awarię elektrowni w Fukushimie, wycofała się całkowicie z wykorzystania energii jądrowej i skończyła wydając większość swojego PKB na zakup surowców energetycznych importowanych z całego świata. Sama nimi nie dysponuje. Rozległe wdrożenie i wykorzystanie odnawialnych źródeł energii tylko nieznacznie poprawiło sytuację. Japonia po cichu, bez fanfar, po kolei uruchamia zatrzymane i wyłączone przedwcześnie reaktory jądrowe.

 

Na naszym podwórku też to zresztą wspaniale było widać po napaści Rosji na Ukrainę. Bo importować na cele energetyczne można przecież nie tylko samą energię, ale też surowce energetyczne do spalania w kotłach. Wprowadzenie sankcji na rosyjską ropę i węgiel z kierunku wschodniego poważnie zachwiały gospodarkami krajów zależnych od importu, zachwiały bezpieczeństwem energetycznym. Im bardziej dany kraj był od importu zależny, tym mocniejsze było zachwianie. Zaistniało realne ryzyko, że poszczególne kraje nie będą w stanie zaspokoić potrzeb własnych gospodarek i obywateli, a wskaźniki ubóstwa energetycznego wystrzelą. Przez ten kryzys stosunkowo suchą stopą przeszła Francja, produkująca większość potrzebnej jej energii w elektrowniach jądrowych.

 

Energetyka jądrowa
Urszula Kuczyńska przy elektrowni jądrowej Grohnde w Niemczech. Archiwum prywatne.

 

Tak samo jak Szwecja. Niemniej jednak uranu w Europie za bardzo nie ma.

Tak, ale kraje, które są jego największymi producentami to kraje w miarę stabilne politycznie, jak Australia, Kanada, Kazachstan. No i uran, w porównaniu z węglowodorami kopalnymi, ma nieporównywalnie większą gęstość energetyczną, największą z odkrytych przez ludzkość źródeł energii. Potrzeba go bardzo mało, by wyprodukować bardzo wiele, również w przeliczeniu na jednostkę potrzebnego terenu. Dla ilustracji: jedna elektrownia jądrowa w niemieckim Philippsburgu produkowała rocznie tyle samo energii, co wszystkie wiatraki Danii – na lądzie i na morzu – razem wzięte. A cała elektrownia zajmowała raptem 1,5 ha powierzchni! I pracowała non stop, niezależnie od warunków pogodowych. Paliwo jądrowe, przed włożeniem do reaktora, jest mało aktywne, słabo promieniuje. Można je bezpiecznie gromadzić i przechowywać. Z tego co wiem na przykład ukraińskie elektrownie jądrowe posiadają zapas wystarczający na pięć lat pracy, francuskie na dwa.

 

 

To jednak technikalia, bo najważniejsze jest co innego: obrót rudą uranu i materiałami rozszczepialnymi służącymi do produkcji paliwa jądrowego jest kontrolowany bardzo szczegółowo, na najwyższym szczeblu, przez powołaną specjalnie do tego celu Międzynarodową Agencję Energii Atomowej. Ta powstała w 1957 roku właśnie jako globalna izba rozrachunkowa dla materiałów rozszczepialnych, której najważniejszym zadaniem jest czuwać nad pokojowym wykorzystaniem energii zaklętej w jądrze atomu. MAEA spełnia swoje zadanie skutecznie jako agenda odpowiadająca bezpośrednio przed Radą Bezpieczeństwa ONZ.

 

To jak oceniasz zmiany terminów budowy elektrowni jądrowej przez obecny rząd?

Na poziomie politycznym je rozumiem, bo rozumiem potrzebę uważnego przyjrzenia się temu, co robili i jak robili poprzednicy. Wiem jednak, że czas płynie tylko w jednym kierunku i że mamy go dramatycznie mało. Nie tylko, by sprostać celom klimatycznym, ale aby nie zachwiać bezpieczeństwem energetycznym własnego kraju w perspektywie najbliższych 10-12 lat. W warunkach działającej demokracji, energetyka jądrowa nie ma łatwo, bo nie przynosi szybkich i łatwych korzyści: ci, którzy najwięcej zaryzykują i najbardziej się napracują, często nie będą w stanie skonsumować korzyści płynących z włożonego przez siebie wysiłku. Mówiąc wprost: ryzyko, że czerwoną wstęgę i polityczne profity z sukcesu przedsięwzięcia zgarnie ktoś inny jest niestety dość wysokie. Bo te projekty trwają. Ale w działającej demokracji rządzący rozumieją nie tylko interes własny, ale też interes wspólnoty, która ich wybrała na swoich reprezentantów. I na to poczucie odpowiedzialności trzeba liczyć i warto się do niego odwoływać. Zwłaszcza, że bliższe przyglądanie się działaniom poprzedników, czasem prowadzi do, hmmm, zaskakujących wniosków [śmiech]. Tak było z pytaniem o możliwość zmiany lokalizacji pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce, o którą wniosła pani wojewoda województwa pomorskiego.

 

Słusznie wyskoczyła nagle z tą zmianą?

Zawsze warto pytać, bo kto pyta nie błądzi. Jej pytanie spowodowało niemałe zamieszanie, zwłaszcza, że pani wojewoda powołała się na sprzeciw mieszkańców, którego nie odzwierciedlają wyniki badań opinii publicznej, w tym lokalne. Te pokazują, że mieszkańcy okolicy, również samej gminy Choczewo, są gremialnie za powstaniem takiego obiektu na swoim terenie. Przeciwnicy to zdecydowana mniejszość, która jednak z uwagi na emocjonalną siłę argumentów, którymi się posługuje, znajduje posłuch i przychylne ucho dziennikarzy.  Jednak nie ma tego złego, bo dzięki całemu poruszeniu mogliśmy się z ogólnopolskich mediów dowiedzieć, dlaczego elektrownia powstanie w Lubiatowie-Kopalinie a nie tam, gdzie mogłoby się wydawać, że będzie to lepsze i bardziej logiczne, czyli w miejscu, gdzie straszą ruiny Żarnowca.

 

Urszula Kuczyńska Żarnowiec
Urszula Kuczyńska na tle ruin po niedokończonej elektrowni jądrowej w Żarnowcu. Archiwum prywatne.

 

To dość powszechny mechanizm, że głośne czy agresywne grupki robią szum wokół jakiegoś tematu i na tej podstawie próbują przepchnąć swoje postulaty, nawet jeśli większość jest im przeciwna. Ale swoją drogą, czemu Żarnowiec byłby dziś gorszym miejscem?

Po bliższym przyjrzeniu się sprawie okazało się, że z punktu widzenia ochrony środowiska byłoby to gorsze. Opinię instytucji państwowych i inwestora zresztą potwierdza tutaj choćby komentarz ekspercki przyrodników z FOTA4Climate do raportu z oceny oddziaływania na środowisko dla tej inwestycji. Choć żal będzie przez najbliższe lata myśleć o tym, że na pięknym skrawku polskiego wybrzeża trwa budowa, wybrane miejsce okazuje się najmniej nieidealne ze wszystkich nieidealnych, a rozważanych pod tę budowę. To, niestety, zawsze jest rachunek zysków i strat. Naturę musimy chronić przede wszystkim, zwłaszcza w realiach 2024 roku. Nie bez znaczenia był też tutaj zapewne argument kosztów, które wzrosłyby przy konieczności prowadzenia projektu w miejscu, z którego najpierw należałoby usunąć wystawione na działanie żywiołów ruiny sprzed czterech dekad, jak i argument potrzebnego na taką operację czasu. No i argument z dostępu do wody chłodzącej: planowane pierwotnie w Żarnowcu reaktory miały mniejszą moc niż to, co ma powstać na wybrzeżu według bieżących planów.

 

Przy tak dużym zapotrzebowaniu na moc, i to rosnącym, zastanawiam się nad sensem małych reaktorów jądrowych, czyli SMRów. Raczej nie produkują one za dużo prądu elektrycznego?

Reaktory SMR, czyli small nuclear reactors, to ogólne określenie na reaktory o mocy ok. 300-400 MW. To określenie bardziej zwyczajowe, niż klasyfikacja techniczna czy technologiczna. SMR-y są odpowiedzią sektora jądrowego na główne zarzuty, jakie mu się dzisiaj stawia. A te główne zarzuty to wielkość obiektów i, co za tym idzie, wysokie koszty i długi czas realizacji projektów. Zejście z mocy 1400 MW, jaką ma francuski EPR, czy z 1200 MW, jaką ma AP-1000 Westinghouse, do poziomu tych 300-400 MW ma pozwolić na lepszą skalowalność i redukować koszty. Modułowa konstrukcja z, powiedzmy potocznie, prefabrykowanych części składanych na miejscu, ma dodatkowo skracać czas budowy.

 

I to ma sens, duży sens. Jako pomysł to też przecież nic nowego. To, co miało stanąć w Żarnowcu, a co do dziś z powodzeniem pracuje w słowackich Mochovcach, czeskim Temelinie, węgierskiej elektrowni Paks, czy fińskim obiekcie Loviisa, to rosyjskie reaktory VVER-440, o właśnie takiej mocy i produkowane de facto seryjnie. Koncept jest więc znany i sprawdzony. SMR to zatem po prostu odwrócenie trendu na maksymalizację mocy pojedynczych reaktorów. SMRy zresztą w zamyśle będą oparte o technologie bliźniacze wobec nowoczesnych reaktorów pełnoskalowych, będą musiały też sprostać takim samym wymaganiom bezpieczeństwa i spełnić analogiczne normy. Mają być po prostu mniejsze. Ale jest pewien szkopuł.

 

Elektrownia jądrowa Urszula Kuczyńska
Urszula Kuczyńska w Czarnobylu. Archiwum prywatne

 

Jaki?

Szkopuł tkwi w tym, że one zaczęły funkcjonować w debacie publicznej i w wyobraźni wielu osób jako alternatywa dla obiektów pełnoskalowych, zaczęły stanowić argument przeciwko ich budowie. Po co wydawać więcej, jak można wydać mniej? Po co budować dłużej, skoro można krócej? Prawda? To zasadne pytania. Tylko, że energia elektryczna to nie towar jak każdy inny. Jeśli w Polsce wyprodukujemy mniej czerwonych skarpetek, to po prostu ludzie zaczną kupować zielone. Z energią elektryczną tak nie jest i nie będzie. Będziemy potrzebować zarówno tej wyprodukowanej w pełnoskalowych obiektach, jak i tej wytworzonej w elektrowniach wyposażonych w planowane reaktory SMR. Będziemy potrzebować jej całej i to w dużej ilości, tak samo jak sprawna firma kurierska potrzebuje zarówno ciężarówek, jak i mniejszych samochodów dostawczych. One zawsze służą temu samemu: przewozowi przesyłek, produkcji energii elektrycznej, po prostu zaspokajają trochę inne kontekstowo potrzeby.

 

To też zahacza o wątek prywatyzacji, bo o ile duże elektrownie jądrowe powinny być projektami publicznymi, to te małe mogą być częściowo realizowane prywatnie, tak?

Ta reguła nie jest do końca prawdziwa, bo czy Orlen, który wszedł w partnerstwo z Synthosem i ogłosił 7 projektów SMR, to naprawdę jest sektor prywatny? A PGE PAK Energia Jądrowa, który planuje postawić duży reaktor we współpracy z koreańskim KHNP w Pątnowie to podmiot państwowy? Ale rozumiem ten tok myślenia. Być może to faktycznie będzie tak, że kto inny będzie w nie inwestował. Jedno jest pewne: projektami SMR bardzo zainteresowane są polskie samorządy. Aktywnie zainteresowane. Nie tylko jako potencjalni inwestorzy, choć to akurat jest świetną informacją. Samorządy przekonały się, że nawet jeśli same nie myślą o atomie, to jeszcze nie znaczy, że atom nie myśli o nich [śmiech].

 

Władze kilku polskich miast, już nie mówiąc o ich mieszkańcach, z prasy dowiedziały się, że ktoś ma plany postawić u nich w regionie reaktor jądrowy. Nieduży, ale jednak. I o ile jest prawdopodobne, że co do zasady nie miałyby z tym problemu, o tyle takie postępowanie idzie wbrew przyjętym w branży jądrowej praktykom. Jest też kontrskuteczne, zwłaszcza w Polsce: w kraju, gdzie nie byłaby to po prostu kolejna inwestycja jądrowa, ale w zasadzie zupełne novum. Przyjęta w energetyce jądrowej praktyka wymagałby najpierw podjąć komunikację z samymi zainteresowanymi i pracować nad akceptacją społeczną dla inwestycji w regionie. Odwracając tę kolejność, potencjalny inwestor sam stawia się w trudnej sytuacji.

 

 

Czym konkretnie różnią się konwencjonalne elektrownie jądrowe od SMRów, poza rozmiarem?

Poza rozmiarem różnica jest w zasadzie tylko jedna: to co powszechnie obecnie rozumie się przez reaktor SMR jeszcze nigdzie nie działa. Co nie oznacza, że to jakaś nowa i nieznana technologia, nie, zupełnie nie. To po prostu oznacza, że do tej pory nikt nie widział potrzeby stosowania nowoczesnych technologii reaktorowych w skali mniejszej niż pozwalają na to możliwości techniczne i posiadane przez nas umiejętności. No, chyba, że na użytek wojskowy lub na użytek produkcji energii w rejonach tak odizolowanych jak Kamczatka, gdzie energia z pełnoskalowego reaktora poszłaby w dużej mierze w gwizdek, bo nie byłoby nikogo, kto mógłby ją odebrać i zużyć.

 

Na koniec, co byś powiedziała premierowi Donaldowi Tuskowi jako ekspertka od energetyki?

Żeby pamiętał, że przyszłość nadejdzie. I że to, jak ona będzie wyglądać, w dużej mierze zależy od tego, co robi i jakie decyzje podejmuje dziś. Panie Premierze, czas wbić pierwszą łopatę i wylać pierwszy beton. Przyszłość na nas nie poczeka.

 

Jeżeli podoba Ci się mój artykuł, jak i szerzej moja działalność pronaukowa, dziennikarska i analityczna, zachęcam do dołączenia do grona moich Patronów. Dzięki ich wsparciu mogę utrzymywać i rozwijać tego bloga. Szczególne podziękowania dla najhojniejszych osób, a są to: Marcin, Grzegorz, Marcin, Małgorzata, Łukasz, Kacper, Mariusz, Miłosz, Agnieszka, Magdalena, Tomasz, Paweł, Katarzyna, Jacek, Andrzej, Marek, Adam, Radosław, Daniel, Wojciech, Michał.

 

 

Najnowsze wpisy

`

Jeden komentarz do “Ekspertka od atomu do Tuska: czas wbić łopatę i wylać beton

  1. W wywiadzie brakuje dwóch drobiazgów: informacji o bezpieczeństwie elektrowni jądrowych i kosztach produkcji. Powołam się na pracę inż. M. Zadrożniaka „KOMPENDIUM WIEDZY O ELEKTROWNIACH wiatrowych, słonecznych, węglowych i atomowych”.

    Na temat bezpieczeństwa pisze m. in.:
    „Na ogólną liczbę 434 reaktorów energetycznych pracujących na koniec 2012 r., aż 6 uległo zniszczeniu: 1 w Three Mile Island w Pensylwanii, USA, 1 w Czarnobylu w ZSSR, 4 w EJ Fukushima Dai-ichi w Japonii, co stanowi 1,38% z ogólnej liczby zainstalowanych”.

    A o kosztach tak:
    „Z zestawienia prof. A. Zaporowskiego, jednostkowe, zdyskontowane
    koszty wytwarzania energii elektrycznej są równe:
    • elektrownie węglowe = 200 zł/MWh,
    • elektrownie jądrowe = 360 zł/MWh”
    (tak na marginesie: elektrownie fotowoltaiczne = 630 zł/MWh)
    A to już ode mnie:
    Elektrownia w Ostrołęce byłaby w stanie zastąpić kilka najstarszych węglowych i byłaby znacznie mniej szkodliwa dla środowiska. Podobnie jak kilka kolejnych, które nie powstaną, bo szaleńcy od walki ze złowrogim CO2 tak postanowili. I co? I nic. W Związku Sowieckim nikt nie pytał po co zawraca się bieg rzeki. Teraz w zasadzie też nikt nie pyta poza kilkoma szurami, którzy jeszcze potrafią liczyć i nie wierzą w współczesnego Łysenkę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *