niedziela, 7 maja 2017

Jak mówić o nauce?

Dziś chciałem napisać coś szczególnego – artykuł o popularyzacji nauki. Tym, jak ja ją widzę i co moim zdaniem jest w niej ważne, co należałoby poprawić, a co wyeliminować. Będzie o memach naukowych, o ruchach antynaukowych i pseudonaukowych, o „soft altmedzie” czyli pseudopopularyzacji nauki, (ale bez srogich bzdur), o subkulturach, kreowaniu wizerunku określonych poglądów naukowych i o marginalizowaniu pseudonauki.

teoria naukowa

W Polsce i na świecie wciąż dużo osób wierzy w teorie spiskowe promujące pseudonaukę. Poniższy wykres, przygotowany przez fanpage Neuropa pokazuje jaki procent badanych Polaków wierzy w konkretne pseudonaukowe i spiskowe teorie. (Poszczególne testy robiono w latach 2006-2017, to ważne, bo od 2006 roku trochę czasu minęło i postawy mogły się zmienić, dodatkowo niektóre z badań nie były najwyższej jakości, niestety czasem zwyczajnie brak innych i nowszych sondaży, więc posługujemy się tym, co mamy – stąd potraktujcie te wyniki jako luźną wskazówkę). O ile rezultat dla GMO nie zaskakuje przy powszechnej dezinformacji na ten temat, tak zdziwił mnie na przykład dosyć wysoki procent dla homeopatii czy kreacjonizmu (Człowiek został stworzony) oraz negowania globalnego ocieplenia, którego skutki przecież wyraźnie odczuwamy.


teorie spiskowe
Neuropa

Żeby wyplenić pseudonaukowe poglądy u ludzi, trzeba edukować. Szkoła to jedno, mam na nią znikomy wpływ. Dużą rolę odgrywa jednak popularyzacja w Internecie, a to już moja działka. Portale, czasopisma i blogi popularnonaukowe mają za zadanie przybliżyć przeciętnej osobie, amatorowi w danej dziedzinie, jakiś temat tak, by go zrozumiał. Wiąże się z tym kilka problemów – czasami trzeba uproszczeń, które na pewnym poziomie uogólnienia są słuszne, ale już na bardziej szczegółowym mogą tracić funkcję pełnienia analogii. Mogę na przykład powiedzieć, że telomery, czyli końcówki chromosomów, są jak końcówki sznurowadeł, zabezpieczające przed pruciem i jest to dobre porównanie, by zrozumieć o co chodzi. Jednocześnie traci ono ważność, gdy zagłębiamy się w szczegóły. Spełnia rolę edukacyjną do pewnego momentu. Istnieją też metafory, porównania i obrazowe pojęcia, które są z gruntu fałszywe (np. porównanie oka do „nieredukowalnej złożoności”, czyli systemu, który nie działa, jeśli usunie się z niego jakiś element; pojęcie to służy wyznawcom inteligentnego projektu do negowania wyników badań naukowych z genetyki, biochemii czy anatomii; samo oko zaś ewoluowało od światłoczułych komórek, które umieszczone następnie w zagłębieniu i z kolejnymi przysłonami pozwalały na czulsze i ostrzejsze widzenie, z czasem również dostrzeganie barw - rozpatrywanie ukształtowanego już oka po milionach lat ewolucji, z usunięciem poszczególnych elementów, całkowicie traci sens, stąd wspomniany fałsz) i nie należy się nimi posługiwać. 

Czasami spotykam się z brakiem zrozumienia stosowania ogólnie poprawnych metafor i porównań, zwłaszcza gdy odbiorcami są specjaliści, zajmujący się ściśle daną działką nauki. Osoby takie nie rozumieją, że specjalistyczną terminologią nie dotrze się do laików tak, by załapali o co w danej sprawie chodzi. Choć taka postawa jest moim zdaniem zła w kontekście popularyzowania nauki, to po części rozumiem o co chodzi takim ludziom. Kiedyś sam wyznawałem podobną filozofię, co zresztą widać po moich starszych tekstach, które często są naszpikowane specjalistycznym słownictwem, będącym nie do zrozumienia dla przeciętnego Internauty. Z tego też się biorą pewne problemy. Gdy do telewizyjnej debaty ze znachorem czy antyszczepionkowym działaczem wybierani są naukowcy i lekarze nie mający styczności z popularyzacją nauki i nie dyskutujący regularnie w Internecie na poruszane tematy, łatwo dadzą się wyprowadzić w pole erystycznymi zagrywkami i skrajnie absurdalnymi argumentami, na które bez wcześniejszego przygotowania nie wiadomo jak odpowiedzieć. Dlatego naczelny polski znachor-celebryta tak łatwo pokonuje niemal w każdym programie całe grona naukowców. Sprowadza dyskusję do swojego poziomu, a potem wygrywa doświadczeniem.

Jerzy Zięba
Polskie Radio Katowice, z późn. zm. Kłamstwa Jerzego Z.

Czasami celowo popularyzując naukę nie przedstawia się pełnego obrazu sytuacji. Jest to może trochę zaskakujące, ale bardzo racjonalne, co już wyjaśniam. Dawno temu moje teksty wyglądały tak, że opisywałem oschle wyniki różnych badań, także tych in vitro czy na zwierzętach (więcej o metodologii nauki, zwłaszcza w medycynie – tutaj), nie dodając jednocześnie komentarza, że nie mają one większego znaczenia, bo na ogół nie przekładają się na organizm człowieka – owszem, były robione, ale bez przełożenia na efekty kliniczne. Teraz albo o takich nie wspominam w ogóle – czyli pomijam ten domniemany „pełen obraz” – bo w kontekście omawianego tematu (np. skuteczności leku) nie ma to żadnego znaczenia, albo nawiązuję do tego w potrzebnym dla zrozumienia sprawy odniesieniu (np. kwestia badań na szczurach, które rzekomo dowiodły szkodliwości GMO, a które były zwyczajnie sfałszowane i zostały wycofane z publikacji).

Gdyby za każdym razem opisywać tego typu zbędne rzeczy, to przeciętny odbiorca nie znający się na temacie mógłby wywnioskować, że skoro w pojedynczych badaniach in vitro czy na zwierzętach ta marihuana czy inna kurkuma zadziałała, to nie ma opcji, że nie może działać u ludzi. Efekt jest odwrotny od zamierzonego – promujemy w ten sposób pseudonaukę, a nie naukę. Ma to znaczenie szczególnie przy tematach kontrowersyjnych (dla społeczeństwa zwłaszcza). Przykład: mamy mnóstwo badań i obserwacji dowodzących występowaniu globalnego ocieplenia i temu, że jego przyczyną oraz powodem szybkiego tempa wzrostu średnich temperatur jest działalność człowieka. Wiemy, że tak właśnie jest i nie możemy temu dłużej zaprzeczać. Jednocześnie w jakimś lokalnym badaniu otrzymano by wyniki sugerujące ochłodzenie. Osoba popularyzująca skupiając się na takim badaniu mogłaby świadomie lub nie dać tym do ręki fałszywy argument denialistom klimatycznym, podczas gdy cała sprawa wymagałaby przeanalizowania przez naukowców, odniesienia do globalnych mechanizmów sterujących klimatem i merytorycznie poprawnej interpretacji i dopiero w kontekście tego wszystkiego - przedstawienia w formie popularnej dla przeciętnych odbiorców. Inaczej przedstawiona wiedza mogłaby mieć charakter zafałszowany, a już niemal na pewno taki też obraz odebrałoby wiele czytelników nie znających się na klimatologii. 

globalne ocieplenie
Wzrost średnich temperatur na przestrzeni ponad 100 lat, NASA

Jeszcze jeden przykład, jaki mi się z przeszłości przypomina to delfinoterapia, gdzie przy braku dowodów na skuteczność opisywano poszczególne, rzekome przykłady jej pozytywnego działania. Przeciętny odbiorca wyniesie z tego tyle, że delfinoterapia działa, podczas gdy okazuje się, że tak nie jest, że brakuje dowodów (a dodatkowo taka terapia sama w sobie jest oceniana z uwagi na dobrostan zwierząt jako nieetyczna). Wniosek? Jeśli przedstawia się jakieś eksperymenty i robi się to dla większego grona odbiorców, należy zapoznać ich z szerszym kontekstem tematu, bo oni sami – nie będąc naukowcami siedzącymi w tym od lat – się tego nie domyślą. Stąd też cała masa sprzecznych informacji w mediach, które podburzają zaufanie opinii społecznej do naukowców – bo jakiś portal czy blog poinformuje o wstępnych czy anegdotycznych (pojedynczych) wynikach, które wydają się rewolucyjne i zrobi to bez odpowiedniego wprowadzenia. Są tematy, których nie da się ot tak pojąć – najpierw trzeba przyswoić pewne podstawy i pojęcia.

Z powszechnym i szczegółowym rozumieniem tematu wiąże się kolejny problem, który nazwałem warsztatowo „przenaukowieniem” lub odwróceniem do góry nogami argumentów bazujących na logiczności. Na przykład często piszę o tym i podkreślam, że korelacja nie oznacza przyczynowości, co przekłada się zwykle na wyjaśnienie, że wystąpienie objawów autyzmu u dziecka blisko daty zaszczepienia nie oznacza, że to szczepionka powoduje autyzm. Jeśli pójdę z dzieckiem do parku na spacer, a po kilku dniach dostrzegę, że dziecko zachowuje się jakoś inaczej, to czy to będzie oznaczało, że spacer w parku spowodował autyzm? Oczywiście nie, ale samo zjawisko korelacji jest podczas stawiania hipotez naukowych i poszukiwania rozwiązań badanych problemów bardzo ważne. Jeśli chcemy coś sprawdzić, nie mając pewności, to szukamy korelacji, jako punktu wyjścia do dalszych eksperymentów. Jest to jasne i potrzebne w rozwoju nauki. Jednocześnie na poziomie teorii naukowych i powszechnego ich rozumienia korelacja bez wykazanej zależności nie ma znaczenia. Może pełnić rolę ciekawostki, gdy zapoznamy odbiorców z jej szerszym kontekstem, ale to wszystko. Wspomniane „przenaukowienie” polega na negowaniu znaczenia korelacji nawet tam, gdzie ten sens jest – przy rozważaniu nierozwiązanego jeszcze problemu i bez zaprzeczania wcześniejszym, potwierdzonym ustaleniom. Mamy więc dwie strony jednego medalu - błędne odbieranie korelacji w nauce na zasadzie deprecjonowania jej tam, gdzie jest ważna i wyznawania jej istotności tam, gdzie nie ma znaczenia. 

Błędnie rozumiana korelacja - powiązanie wzrostu handlu organiczną żywnością z wykrywanym autyzmem

Jeśli ktoś naopowiada w Internecie głupot na tematy medyczne nie będąc lekarzem czy farmaceutą, na ogół nie spotkają go za to żadne konsekwencje. Dobrze znamy przykłady takich osób. Prawdziwy popularyzator nauki powinien mieć świadomość wszystkiego tego o czym wyżej i brać to pod uwagę, gdy zajmuje się danym tematem. Czasami ważne jest też wtrącenie swojego zdania na tzw. sprawy światopoglądowe. Brzmi jak naukowa herezja? No to co powiecie na negowanie i krytykowanie przez genetyków podstaw rasizmu, przez neurobiologów seksizmu, przez psychiatrów homofobii czy przez biologów ewolucyjnych Muzeum Stworzenia (muzeum kreacjonistów)? Istnieją tematy, w których nauka tak bardzo wiąże się ze sprawami światopoglądowo-politycznymi, że aby uczciwie ją popularyzować trzeba dodać coś ważnego w tych rzekomo kontrowersyjnych kwestiach. Bywa to problemem wśród bardzo dobrych skądinąd popularyzatorów, takie silenie się na „neutralność”, która w efekcie przeradza się w nic innego, jak niepełne przedstawianie istotnego wątku tematu.

Gorzej, jeśli ktoś zamiast zwalczać faktami naukowymi szkodliwe ideologie, próbuje robić coś odwrotnego – swoimi poglądami ideologizuje naukę. To znaczy, uważa na przykład, że Ziemia jest żywym organizmem, rozumiejąc hipotezę Gai dosłownie i stara się wywrzeć na naukowcach presję, by pod tym kątem badali zachodzące w przyrodzie zjawiska, a na swoim polu popularyzatorskim promuje taki właśnie, niepotwierdzony i wręcz absurdalny pogląd. Bliższy nam, świeży przykład takiej działalności pochodzi z polskiego Youtube. Autor kanału Pod Mikroskopem (wcześniej Neti Aneti) wypuścił nagranie, w którym podawał nieprawdziwe, czasem wręcz sprzeczne z wynikami poważnych badań, skutki uboczne antykoncepcji hormonalnej. Po dokładniejszym zbadaniu jego materiałów m.in. przez Nauka, głupcze okazało się, że także w wielu innych nagraniach naginał rzeczywistość (choć trzeba przyznać, że pojedyncze filmiki miały wartość merytoryczną, to takie wymieszanie faktów z mitami i przedstawianie obu jako prawdy może być nawet groźniejsze od promowania samych bzdur) i co gorsza, oszukiwał odbiorców co do swojego wykształcenia i wykonywanego zawodu (podawał się za lekarza specjalistę z tytułem doktora). Przyparty do muru zamiast przeprosić i przestać nagrał materiał, w którym... chwalił się ocenami z liceum i mętnie usprawiedliwiał swoje występki. Zamiast jednoznacznie za nie przeprosić, częściowo także dalej brnąc w to nieporozumienie i strasząc tych, którzy ujawnili sprawę. (Cała sytuacja konkretniej i ze screenami dokumentującymi kłamstwa, manipulacje i przekłamania autora kanału Pod Mikroskopem, została opisana tutaj, tutajtutaj i tutaj).

Pod Mikroskopem Neti Aneti
Cytat z kanału Pod Mikroskopem, film o hormonalnej antykoncepcji, w którym autor wymieszał
prawdziwe skutki uboczne (jak zwiększone ryzyko zakrzepów) ze zmyślonymi i niepotwierdzonymi
(niektóre nowotwory, autyzm), https://www.youtube.com/watch?v=eZnvlIrWD1o

Powyższa kompromitacja Patryka z Pod Mikroskopem jest typowym przykładem ideologizowania nauki i dopowiadania sobie nieistniejących kompetencji (przypomnę, że to samo lecz biernie, robił Jerzy Zięba, nie poprawiając dziennikarki nazywającej go błędnie biochemikiem), ale nie każda kończy w ustach ośmieszonych samozwańców. Sporo zarzutów wobec teorii ewolucji i ogólnie biologii ewolucyjnej pada ze strony osób, które błędnie utożsamiają darwinizm społeczny z ewolucją biologiczną. Darwinizm społeczny rozpowszechnił się przede wszystkim jako ideologia, według której najsilniejsi w społeczeństwie przetrwają. Była ona w dużej mierze przeciwstawna do humanitaryzmu, pacyfizmu czy praw człowieka (wówczas jeszcze nieklasyfikowanych tak, jak obecnie). Karol Darwin nie miał z nią nic wspólnego, jego działania świadczą o poglądach wręcz przeciwnych (był abolicjonistą – działał na rzecz zniesienia niewolnictwa, poważnie narażając się wysoko postawionym osobom). Mimo to wykorzystano jego sławę do promowania tej koncepcji (darwinizmu społecznego), a która po części przyczyniła się do wymyślenia ideologii totalitarnych XX wieku. To wyrazisty przykład tego, co się może stać, gdy nauka jest ideologizowana.

Pseudonaukowa ideologia wykreowała obraz teorii ewolucji Darwina (i Wallace’a), mocno jej szkodząc i czyniąc z niej przez pewien czas niemalże temat tabu w niektórych krajach Europy. Pamiętajmy jednak, że każdy kij ma dwa końce. My możemy wykorzystać podobny mechanizm, ale bez merytorycznych przekłamań i ideologizacji. Nie chodzi mi tutaj o naginanie faktów pod tezy, lecz kreowanie wizerunku. Chcąc nie chcąc, wiele osób nie czyta całych tekstów, nie ogląda filmów. Sugerują się tytułami artykułów czy obrazkami. Gdy wrzucę na fanpage link do artykułu, dostanie on zwykle około 100-200 reakcji i ma zasięg na 10-20 tysięcy osób. Jeśli dodam post z obrazkiem o podobnej tematyce, memem czy jakąś satyryczną grafiką (np. kpiącą z fałszywych argumentów antyszczepionkowców), zbierze on tysiąc reakcji, około stu komentarzy, a jego zasięg wyniesie ponad 50-100 tysięcy osób. Odpowiednie memy, cytato-grafiki itp., są więc dobrym sposobem, na dotarcie do szerszej liczby osób. Trzeba tylko pamiętać, by nie były jedynym elementem popularyzatorskiej działalności, bo wówczas staje się ona mocno spłycona. Natomiast kreowanie wizerunku pseudonauki w taki właśnie sposób to także ważny element popularyzacji, przede wszystkim w tematach społecznie kontrowersyjnych (ale oczywistych dla naukowców). 

antyszczepionkowcy
Mem kpiący z nieudanej reklamy antyszczepionkowców

Do popularyzacji nauki i skutecznej walki z pseudonaukowymi ruchami potrzeba czegoś więcej, niż kilkanaście blogów, vlogów i zaangażowanych portali internetowych oraz kilku czasopism. Marzy mi się, by w Polsce powstała swego rodzaju pronaukowa subkultura. Nie tylko zaangażowanych naukowców, ale także nauczycieli, studentów, popularyzatorów nauki i jej pasjonatów. Aktywna społecznie grupa ludzi z całego kraju, być może z czasem zrzeszona w ogólnopolską organizację. Podczas gdy w wielu państwach na całym świecie, 22 kwietnia (w dzień Ziemi) odbywały się marsze „March for Science”, mające być wyrazem poparcia dla naukowców i nauki, a pierwotnie także sprzeciwem wobec antynaukowych działań nowego prezydenta USA, w Polsce wydarzenie to się nie odbyło, poza symbolicznym spotkaniem grupki aktywistów. Zorganizowana społeczność pronaukowa mogłaby to w przyszłych latach zmienić. Tysiące osób skupionych już teraz wokół różnych blogów, vlogów i portali popularyzujących naukę to potencjał nie do przecenienia.

Pomysł na ten tekst przyszedł mi do głowy spontanicznie, gdy kilka tygodni temu parę osób skrytykowało wrzucane na fanpage memy kpiące z argumentów antyszczepionkowców. Odpowiedź na nie zebrałem wraz z innymi przemyśleniami na powiązane wątki w tym temacie i tak powstał ten artykuł. Pozwala on spojrzeć na całą sprawę popularyzacji nauki z nieco innej strony i trochę ją usystematyzować. Tak jak na najlepszych światowych uniwersytetach zajęcia z rozumienia i metodologii nauki (ang. public understanding of science) są jednymi z podstawowych, prowadzone często przez wybitnych profesorów, tak u nas taki przedmiot praktycznie nie istnieje. Owszem, metodologia nauk przyrodniczych pojawia się gdzieś po drodze na studiach, ale prawie wszędzie jest prowadzona na odczepnego, bez odpowiedniego przygotowania i powagi podejmowanego tematu. Oby i to się z czasem zmieniło. Jeżeli jako społeczeństwo chcemy się rozwijać, to stopniowa poprawa działania różnych sektorów związanych z rozumieniem i popularyzacją nauki jest konieczna i tak czy inaczej wydaje się być w obecnym świecie - rozwoju nauki i technologii - nieunikniona. 

Chcesz wesprzeć rozwój mojego bloga? Możesz to zrobić zostając jego patronem tutaj.

10 komentarzy:

  1. Patryk | Blog o żywieniu zbiorowym8 maja 2017 23:30

    Hm, fajnie, że o tym piszesz. Fajnie, gdyby Polsce były liczne organizacje, które zajęły by się nauką i jej popularyzacją, a niestety tak nie jest. Za to u nas są organizacje, gdzie promują szkodliwość GMO, szczepionek, edukacji seksualnej etc. Zgadzam się z Tobą, że szkołach powinien być przedmiot, który dotyczy metodologii badań. Z edukacją jesteśmy do tyłu, szczególnie moa o edukacji żywieniowej i seksualnej. Wielokrotnie organizacja zajmująca się edukacją seksualną młodzieży "Ponton" zwracała uwagę na edukację seksualną młodzieży w szkołach. Obecna edukacja jest zazwyczaj oparta na stereotypach niż na faktach, zgodnie z obecnym stanem wiedzy medycznej. Również stoimy z edukacją żywieniową. Dzisiejsza młodzież ciągle kieruje się dietami odchudzającymi, które szkodzą a nie pomagają. Niestety, ale dużo osób na siłę neguje fakty naukowe, chociażby związane z GMO. Na YouTubie jest bardzo dużo różnych filmów, gdzie na siłę narzucają opinię odbiorcy. Dotyczy to głównie filmów dotyczących szkodliwości GMO, aspartamu, szczepionek etc.

    Pozdrawiam,
    Patryk

    OdpowiedzUsuń
  2. "Czym jest to, co zwiemy nauką?" A. Chalmers
    Lektura obowiązkowa w szkole ponadpodstawowej i problem z głowy :)

    Pozdrawiam
    Łukasz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A tak, to byłoby niezłe rozwiązanie :)

      Usuń
  3. Wiem, że wątek stary, ale dopiero niedawno znalazłem czas, aby trochę poczytać.

    Tak po prawdzie to nie mam się czego przyczepić, ale mam takie jedno małe ale ;-)

    "No to co powiecie na negowanie i krytykowanie przez genetyków podstaw rasizmu..."

    Czy dobrze mi się wydaje, że chodzi ci o biologiczne podstawy rasizmu? (skoro negują je konkretnie genetycy? - bo nie tylko genetycy krytykują rasizm, rzecz jasna).

    Wydaje mi się, że mijasz się całkowicie z sednem problemu pisząc to zdanie. Podstawy rasizmu są natury etycznej, nie zaś biologicznej: ludzi zaliczanych do tzw. ras innych niż ta, do której należy rasista uważa się za gorszych aż do uznania ich przez niektórych rasistów wręcz za zwierzęta.

    Nie jest rasistą natomiast ten, kto uważa że istnieją rasy ludzkie, ale ludzie należący do różnych ras są sobie równi pod względem tzw. ludzkiej godności - nawet, jeśli się myli w kwestii istnienia owych ras, jak sugerujesz.

    A przy okazji - jeśli mnie pamięć nie myli, to miałeś kiedyś napisać o tym coś więcej (no chyba że już napisałeś, ale jakoś umknęło to mojemu czytnikowi RSS).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiele osób rasizm próbowało i próbuje usprawiedliwiać genetyką i biologią ewolucyjną.

      Usuń
    2. To prawda. W takim ujęciu rzeczywiście masz racje.

      Problem w tym, że (w takim wypadku) to tylko jedna z podstaw rasizmu - i w dodatku jako że to tylko usprawiedliwienie już posiadanych opinii, nie jest ona zbyt ważna.

      Szczególnie że rasiści próbujący usprawiedliwiać swoje uprzedzenia za pomocą nauki mają tę naukę tak naprawdę głęboko gdzieś - i jeśli będzie ona przeczyć ich poglądom, najzwyczajniej w świecie ją zignorują. Wystarczy spojrzeć z resztą na podobny przypadek: homofobię.

      Ale mimo wszystko, jeśli rzeczywiście nie można w żaden obiektywny sposób mówić o rasach naszego gatunku, to jest to kolejny gwóźdź do trumienki rasizmu, co mnie osobiście bardzo cieszy :-)

      Usuń
  4. Wiele osób uważanych za wybitnych naukowców za bardzo wysokie (zamówione opinie czy badania) honoraria po prostu "sprzedają się", by właśnie im uwierzyć. Dlatego, że rządzi pieniądz - nic nie jest pewne!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Obecna nauka w wiekszości przypadków nie jest żadną nauką, praktycznie niczego nie uczy, sprowadza nas ludzi do poziomu zwierzat hodowlanych, a jakakolwiek proba zmiany tej sytuacji jest natychmiast nisczona prze te naukę i "naukowców" ktorym sie wydaje , że są wielkimi atorytetami w swojej dziedzinie. A w sumie nie są. Przykładów są tysiące, jak działa czyli nie działa nauka, nauka jako nowa forma indoktrynacji, nowa religia, czym bardziej zawiła i nie zrozumiał tym bardziej tajemnai ogłupiajca ludzi. Szkoda czasu na taka naukę jej teorie i badania nic,albo bardzo niewielenie wnoszące do naszego życia. Lekarze nie leczą, nauczyciele nie uczą, technika marnotrawi nasze zasoby na Ziemi. To jest nauka. Chyba nie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Potężny minus za mieszanie tutaj tematów politycznych nie mających związku ani z nauką, ani z pseudonauką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. >myślenie, że istnieją tematy apolityczne, zwłaszcza w nauce

      Usuń