Kategorie:

5 najgłupszych publikacji naukowych

Świat nauki obfituje w fascynujące odkrycia naukowe. Nowe informacje ze świata przyrody. Innowacyjne metody leczenia. Technologie, które ułatwiają życie (przynajmniej wtedy, gdy nie są w rękach ogromnych korporacji, a ich twórcy mają na celu nie tylko zarobek, ale też dobro ludzi czy środowiska). Jednakże środowisko akademickie produkuje niestety również masę bezsensownych badań, źle zaprojektowanych, niepotrzebnych czy z założenia, u podstaw, mających błędy merytoryczne. W dzisiejszym tekście chcę napisać o kilku takich najbardziej absurdalnych przykładach.

 

Artykuł napisałem dzięki wsparciu moich Patronów i Patronek. To dzięki nim blog ten może istnieć i się rozwijać, a publikowane tutaj teksty i artykuły są niezależne. Jeśli chcesz wesprzeć moją działalność, możesz to zrobić na moim profilu Patronite.

 

najgłupsze badania naukowe
Obrazek za: Tumisu/Pixabay i DigitalEyePhotography/Pixabay, z późn. zm.

 

Hydroseksualizm i miłość do krewetek solankowych

Pod koniec 2024 roku świat obiegła wiadomość, że czasopismo naukowe „Journal of Agricultural and Environmental Ethics” opublikowało pracę naukową o kochaniu krewetek solankowych, czyli solowców, zwanych też z angielska małpkami morskimi. Chodzi o krewetki z rodzaju Artemia, zamieszkujące m.in. Wielkie Jezioro Słone w stanie Utah w USA.

 

Można by się spodziewać, że praca będzie o rozmnażaniu się krewetek solankowych albo o miłości do hodowania ich w akwarium. Ewentualnie o postrzeganiu tego rodzaju krewetek przez np. grupy akwarystyczne. Ale nie, autorka Ewelina Jarosz z Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, zajmuje się w swojej pracy naukowej czymś, co sama ujęła następująco. Otóż wprowadza ona „koncepcję hydroseksualności (…) wzbogacając w ten sposób feministyczne wodne posthumanistyki i biologię feministyczną poprzez praktyki oparte na sztuce i wspieraniu queer”. Biologię feministyczną?

 

Jeżeli brzmi Wam to jak bełkot gorszy od gadania o chodzeniu po wodzie, rzucaniu klątw, podróżowaniu przez światy astralne czy rozmawianiu z duchami, to macie całkiem dobre skojarzenia. Autorka podaje, że inspirację do swojej pracy naukowej czerpała ze „studiów nad śmiercią queerową”. Całość jest też opowiedziana w kontekście zmian klimatycznych i białego koloru skóry. Chyba nie trzeba dodawać, że tego rodzaju „naukowcy” ośmieszają klimatologię i biologię, a prawdziwi klimatolodzy, hydrolodzy czy biolodzy odcinają się od tego typu twórczości.

 

W międzynarodowym świecie biologów o pracy Eweliny Jarosz było bardzo głośno, a wspomniany uniwersytet z Krakowa stał się kompletnym pośmiewiskiem. Krytykowanym zarówno przez młodych genetyków, takich jak dr Collin Wright, jak i starszych ewolucjonistów, jak prof. Jerry Coyne. Sam rodzaj takiej „analizy kulturowej” został spopularyzowany przez Judith Butler (cytowaną zresztą w tej publikacji), a stworzony przez postmodernistów Jacquesa Derridę czy Michela Foucaulta.

 

Metoda ta polega na używaniu jak największej liczby abstrakcyjnych, niespójnych i nielogicznych pojęć przy jednoczesnym dekonstruowaniu znaczenia zjawisk obiektywnych i uniwersalnych. Efekt wygląda tak, że najprawdopodobniej sami autorzy takich „badań” nie wiedzą, o co im chodzi. Judith Butler, główna twórczyni gender studies, nie bez powodu wygrywała nagrody na najgorsze eseje, prozę czy najbardziej nielogiczne teksty naukowe, co zabawnie i zgrabnie wyśmiewa psycholog prof. Steven Pinker w książce „Piękny styl”. Pierwotnie, gdy stosował ją Foucault, czasami udawało się w ten sposób rozpracować coś bezsensownego, co poprzez tradycję było niepotrzebnie utrzymywane. Ale z czasem dekonstrukcyjna analiza kulturowa przyjęła groteskową formę negowania faktów oraz wymyślania nieistniejących zjawisk.

 

„Wewnątrz Obsydianowego Domu”, czyli psychoanalityczne warstwy czasu

Chociaż niektóre elementy psychoanalizy czy psychodynamicznego podejścia do terapii mają sens i są udokumentowane – zwłaszcza w kontekście wpływu określonych, silnie emocjonalnych wydarzeń z dzieciństwa na psychikę – to bardzo duża część tej dziedziny oparta jest na nowoczesnej mitologii i domniemaniach. Co gorsza, terapie psychodynamiczna i psychoanalityczna są jednymi z najmniej skutecznych. Nie trudno odpowiedzieć na pytanie dlaczego. Od chodzenia i gadania z terapeutą o dzieciństwie czy dojrzewaniu możesz zidentyfikować niektóre przyczyny Twoich obecnych problemów, ale na pewno ich w ten sposób nie naprawisz. A możesz je jeszcze niepotrzebnie rozdrapać.

 

Żeby nie było, cenię wkład psychologów i psychoterapeutów tego nurtu zwłaszcza w debatę publiczną o psychologii i psychoterapii. Jednak jednocześnie rozumiem, jak w praktyce metody takie okazują się być nieskuteczne lub nawet uwsteczniające. Chyba, że łączy się je z metodami poznawczo-behawioralnymi, emocjonalnymi i pracą z ciałem, ale to już są nowoczesne terapie „trzeciej fali”, od których tradycyjni psychoanalitycy zwykle się odcinają.

 

 

Wracając do tematu, w listopadzie 2025 roku w czasopiśmie „Psychoanalytic Inquiry” opublikowano pracę naukową pt. „Inside the Obsidian Home”. Autorką jest Nicole Nelson Warner, licencjonowana psychoterapeutka American Board of Psychoanalysis z Kalifornii. W swojej publikacji zajmuje się ona „strukturą relacji terapeutycznych z klientem, które zostały wymazane pod względem emocjonalnym i rasowym”. Bada ona także „dialektykę centrowania, decentrowania i recentrowania”.

 

Ciężko powiedzieć, czym jest to całe centrowanie i decentrowanie. Autorka nie ułatwia sprawy, bo opisuje je tak: „Recentrowanie obejmuje wypełnianie przestrzeni wyłaniającymi się formami ekspresji naszego bytu poprzez umożliwienie naszym ciałom mówienia w języku, który jeszcze nie istnieje”. Swoją pacjentkę/klientkę opisuje jako zanonimizowaną rasowo „one/ich”. Pewnie nie będę jedynym, któremu relacja terapeutyczna takiej pary kojarzy się z powiedzeniem „Wiódł ślepy kulawego”. Ale ponieważ tutaj „ślepym” jest ponoć wykwalifikowana terapeutka, to bardziej jest to smutne aniżeli śmieszne.

 

Szczepionka MMR, zapalenie jelit i podobno autyzm

Szeroko komentowanym badaniem był eksperyment brytyjskiego lekarza Andrew Wakefielda na 12 dzieciach, u których po podaniu szczepionki MMR (na świnkę, odrę i różyczkę) miał występować autyzm oraz nieswoiste zapalenie jelit. Początkowo publikacja w „The Lancet” wzbudziła obawy wobec szczepienia, jednak z czasem zaczęły wychodzić na jaw dużo bardziej niepokojące informacje.

 

Badanie miało kilka filarów. Jednym z nich były kwestionariusze ankietowe od rodziców badanych dzieci, którzy mieli za zadanie ocenić występowanie objawów autyzmu. Oprócz tego dzieciom robiono kolonoskopię, punkcje lędźwiowe i badanie krwi. Wydawało się więc, że eksperyment ma solidne podstawy do obiektywnej weryfikacji medycznej. A jednak okazało się, że nie. Dlaczego?

 

Wakefieldowi udowodniono, że fabrykował dane do swojego badania. Na przykład gdy objaw autyzmopodobny (który wcale nie musiał świadczyć o autyzmie, bo jest też szereg innych zaburzeń, chorób i okoliczności życiowych, przez które ludzie zachowują się „jakby mieli autyzm”, o czym pisałem niedawno w innym artykule, tutaj) występował kilka miesięcy po szczepieniu, Andrew Wakefield w tabelach wpisywał krótszy czas. Tak, aby móc skorelować to ze szczepionką.

 

Co więcej, okazało się, że na badania krwi, punkcje lędźwiowe i kolonoskopie nie miał zgody komisji etycznej. A o ile pobranie krwi nie jest potencjalnie niebezpieczne, to kolonoskopia – chociaż współcześnie też bardzo bezpieczna – może jednak nieść ryzyko perforacji jelit i poważnych powikłań. Dlatego powinna być wykonywana, gdy są do tego wskazania medyczne. A nie na zasadzie, bo pan lekarz chciał na siłę znaleźć coś przeciwko szczepionce.

 

To i tak nie wszystko, bo ujawniono też, że Andrew Wakefield pobierał krew badanym dzieciom… na imprezie urodzinowej swojego syna. I dawał im za to 5 funtów. Chyba nie trzeba tłumaczyć, jakie to nieprofesjonalne. Brytyjski odpowiednik Naczelnej Izby Lekarskiej, czyli General Medical Council, wszczął dochodzenie ws. Andrew Wakefielda, potwierdził dowody przeciw niemu i odebrał mu prawo wykonywania zawodu lekarza w UK. Natomiast publikacja z „The Lancet” została wycofana, bo było jasne, że jej wyniki są częściowo sfabrykowane, a częściowo uzyskane w sposób uniemożliwiający ich interpretację.

 

Rakotwórcza kukurydza, która nie powoduje raka

W roku 2012 opublikowano badanie algierskiego genetyka (od lat pracującego we Francji) na temat wpływu kukurydzy na zdrowie szczurów szczepu Sprague Dawley. Gilles-Éric Séralini, bo o nim mowa, karmił swoje szczury kukurydzą wyhodowaną tradycyjnie oraz kukurydzą zmodyfikowaną genetycznie, z podziałami na różne podgrupy. Ogółem miał 100 samic i 100 samców w dziesięciu grupach, czyli po 10 osobników obu płci na próbę.

 

W badaniu wyszło mu, że osobniki karmione kukurydzą GMO miały wielkie guzy, a te otrzymujące bardziej naturalne warzywo były zdrowsze. Jednak szybko pojawiły się zarzuty wobec badania Séraliniego. Poza małą próbą badawczą wyszło na jaw, że nie miał w ogóle grupy kontrolnej. To znaczy, w jego eksperymencie nie znalazło się 10 samców i samic otrzymujących zwykłą paszę laboratoryjną dla szczurów. W efekcie nie było do czego porównywać wyników i tym samym badanie nie miało zbytnio sensu.

 

Blog ten istnieje dzięki wsparciu Patronów i Patronek w serwisie Patronite. Jeśli chcesz dołożyć cegiełkę do jego rozwoju, możesz to zrobić tutaj.

 

Dodatkowo, szczury wykorzystane w badaniu – mowa o szczepie Sprague Dawley – zostały wyhodowane tak, aby rozwijać nowotwory. Są one bowiem wykorzystywane właśnie do eksperymentów nad rakiem. Zatem tak naprawdę obojętnie czym nie byłyby karmione, ryzyko rozwoju nowotworu miały bardzo wysokie. Brak odniesienia do grupy kontrolnej oraz grupy, która otrzymywała by coś antynowotworowego, rzeczywiście przekreśla uzyskane wyniki.

 

Do tego wszystkiego dochodzi fakt, że Séralini już wcześniej był aktywistą „anty-GMO”. Co więcej, powiązanym z organizacją Greenpeace, która także skupia się na zwalczaniu organizmów zmodyfikowanych genetycznie. To natomiast, tak jak w każdym aktywizmie, rodzi poważny konflikt interesów i budzi dodatkowe obawy o rzetelność. Oczywiście publikacja naukowa Gilles-Érica Séraliniego została wycofana z czasopisma po wyjaśnieniu wszystkich błędów, bo nie miała żadnej wartości merytorycznej.

 

„Okaleczenie żeńskich narządów” jako określenie „stygmatyzujące”

Byłem w ciężkim szoku, gdy zobaczyłem, że dość prestiżowe czasopismo medyczne „The British Medical Journal” opublikowało bełkotliwą pracę bioetyków z całego świata – w tym z UE, Kanady, USA i Australii – w której ci przekonują, że… nazywanie obrzezania kobiet jest dyskryminujące i stygmatyzujące względem muzułmanów i islamu. Jest to oczywiście przykład skrajnego konstruktywizmu społecznego (do czego jeszcze wrócę pod koniec artykułu).

 

W podejściu tym patrzy się bardzo subiektywnie na różne aspekty społeczne, kulturowe czy rodzinne. Odrzuca się obiektywną prawdę na dany temat, na rzecz perspektywy badanej osoby lub społeczności. W efekcie powstają właśnie takie prace jak ta. Albo broniące psychopatów i narcyzów z powodu ich trudnego dzieciństwa. Tudzież głośno było o pracy naukowej, wedle której nazywanie pedofilów „pedofilami” jest stygmatyzujące i należy ich nazywać „MAP”, od angielskiego określenia minor attracted person. Ciężko wprost przetłumaczyć to na język polski, ale słowo „attracted” oznacza „przyciągany”. To jasno sugeruje, że pedofile według tego podejścia są „przyciągani” przez dzieci, co językowo przenosi ciężar winy z oprawców na ofiary.

 

Tak samo jest w przypadku omawianej pracy o okaleczaniu dziewcząt i kobiet. Już sam tytuł publikacji – „Harms of the current global anti-FGM campaign” – mówi o „krzywdzie”, ale nie tej wyrządzanej przez okaleczanie, lecz tej powodowanej światową kampanią walki z okaleczaniem. Rozumiecie? To nie pozbawianie organizmu jego części i funkcji jest krzywdą. Zdaniem autorów jest nią zwalczanie tegoż okaleczania. Zwracam na to uwagę nie tylko dlatego, że logika jest tu odwrócona, a biologiczna rzeczywistość zignorowana. Sam jako gej doskonale wiem, że w wielu krajach islamskich mógłbym za to być prześladowany, pójść do więzienia, zostać przymuszonym do zmiany płci lub w pojedynczych państwach nawet zabity, i to w świetle prawa.

 

Jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe, jak akademicy ze świata Zachodu mogą taką pokrętną logiką uzasadniać działania skrajnie nieetyczne. I jeszcze tłumaczyć je rzekomą bioetyką. Autorzy narzekają przy tym na „nieproporcjonalny nadzór prawny nad rodzinami migrantów”. Ponieważ praktyki okaleczania narządów płciowych często są praktykowane przez muzułmanów, a ci w Europie są w zdecydowanej większości albo imigrantami albo dziećmi imigrantów, to nic dziwnego, że to do nich jest kierowana polityka przeciwdziałania takim okaleczeniom.

 

Badacze piszą też, że dyskurs przeciwdziałania okaleczeniom jest „napędzany silnie rasowymi i etnocentrycznymi ramami”. To oczywiście dobrze znana erystyka: gdy brak argumentów, chwyta się „argumentu rasizmu”. Zauważmy, że jest to obrazą dla ludzi, którzy walczą z faktycznym rasizmem. I że to właśnie okaleczanie ciemnoskórych dziewczynek często jest przejawem nie tylko rzeczywistego rasizmu, ale i łamania praw dziecka. Mam nadzieję, że wezwanie tej grupy naukowców do „bardziej zrównoważonego i opartego na dowodach dziennikarstwa, polityki i dyskursu publicznego — takiego, który uwzględnia złożoność kulturową i unika redukcyjnej i stygmatyzującej siły terminu >>okaleczenie<<” zostanie odrzucone.

 

 

Czy te publikacje nie powinny się ukazać?

Jestem przeciwnikiem cenzury i uważam, że nawet takie bezsensowne treści mogą i powinny zostać poddane dyskusji. Zastanawiam się tylko nad tym, czy czasopisma naukowe są do tego odpowiednim miejscem. Dlaczego? Ponieważ to niszczy zaufanie do nauki. Gdy po raz kolejny z rzędu w danym roku widzę, że „The Lancet”, „The British Medical Journal” czy „Nature” publikują stek farmazonów bez ładu i składu, bądź ideologicznie nacechowane wezwania, za każdym razem ogarnia mnie nie tylko zażenowanie, ale i zwątpienie w renomę tych i innych pism. Oczywiście nadal w większości tematów są one zazwyczaj dobre, ale taka erozja jakości i zaufania z czasem robi swoje. A ja i tak niuansuję. Dla wielu ludzi pismo, które choć raz opublikowało antyszczepionkowy bełkot czy wezwanie do zaprzestania walki z okaleczaniem dzieci, zostanie już na stałe zapamiętane jako nierzetelne.

 

I na koniec: wyróżnia się cztery główne paradygmaty w filozofii nauki. Są nimi postpozytywizm, pragmatyzm, konstruktywizm i aktywizm. Kolejność jest nieprzypadkowa, ponieważ podejście postpozytywistyczne uznaje istnienie obiektywnej rzeczywistości i zajmuje się jej eksplorowaniem i opisywaniem. Często badania podstawowe mają charakter postpozytywistyczny. W przypadku pragmatyzmu chodzi o wynalezienie czegoś konkretnego, dla z góry założonego celu. Na przykład leku na jakiś rodzaj nowotworu, antybiotyku itd. To również ma sens, prawda?

 

Rzecz się komplikuje przy konstruktywizmie, o którym pisałem kilka akapitów wcześniej. Bo rzecz jasna warto wiedzieć, jak różne sprawy subiektywnie postrzegają pewne kultury, subkultury, grupy czy osoby. Jednak nie należy nigdy mylić ich perspektywy i wewnętrznych odczuć z rzeczywistością. A to zrobili choćby autorzy od pracy o okaleczaniu dziewcząt. Zastąpili fakty o okaleczeniu tym, jak owe okaleczenie postrzegają muzułmanie. Co gorsza, połączyli to z aktywizmem, a więc ostatnim podejściem w filozofii nauki. Polega ono na uprawianiu przez naukowców aktywizmu (tutaj apel do dziennikarzy o zaprzestanie krytyki okaleczania i używanie bardziej „inkluzywnych” określeń). Chociaż aktywizm zakorzenił się w niektórych naukach (zwłaszcza społecznych), to jak wskazuje np. Stuart Richtie w „Science fictions” wyd. PWN, jest to z definicji sytuacja konfliktu interesów. Bo naukowiec będący aktywistą może chcieć zmanipulować swoją publikację naukową na rzecz tezy sprzyjającej aktywistycznemu celowi, zamiast zbadania, jak jest naprawdę. I rzeczywistość pokazuje, że u naukowców-aktywistów bardzo często tak właśnie jest.

 

Moja działalność nie byłaby możliwa bez wpłat na Patronite. Dlatego serdeczne podziękowania kieruję do Patronek i Patronów wspierających mnie w sposób szczególny. Są to: Marcin, Piotr, Miłosz, Agnieszka, Milena, Olaf, Grzegorz, Katarzyna, Daniel, Krzysztof, Tomasz, Paulina, Tomek, Magdalena, Tomasz, Marek, Andrzej, Michał. Zachęcam do dołączania do tego grona, bo tylko to daje mi swobodę i niezależność w tworzeniu.

 

 

Najnowsze wpisy

`

4 komentarze do “5 najgłupszych publikacji naukowych

  1. „Jest to oczywiście przykład skrajnego konstruktywizmu społecznego (do czego jeszcze wrócę pod koniec artykułu).

    W podejściu tym patrzy się bardzo subiektywnie na różne aspekty społeczne, kulturowe czy rodzinne. Odrzuca się obiektywną prawdę na dany temat, na rzecz perspektywy badanej osoby lub społeczności”

    W klasycznym rozumieniu prawdy chodzi o to, żeby twierdzenia zgadzały się z faktami, najlepiej takimi, które można sprawdzić empirycznie. To podejście dobrze sprawdza się w naukach przyrodniczych, gdzie zjawiska można zmierzyć, powtórzyć i jednoznacznie potwierdzić. Problemy zaczynają się wtedy, gdy próbujemy stosować je wprost do życia społecznego.

    W świecie społecznym prawda nie sprowadza się do prostego odzwierciedlenia faktów. Ma charakter intersubiektywny – powstaje w wyniku uzgodnień między ludźmi i opiera się na wspólnych znaczeniach oraz praktykach. Jest też mocno zależna od kontekstu historycznego i kulturowego – epoki, języka, norm czy relacji władzy. Często bywa też funkcjonalna, a nie absolutna: uznaje się ją za prawdziwą, bo pomaga porządkować doświadczenia, regulować relacje społeczne lub utrzymywać pewien porządek, a nie tylko dlatego, że dokładnie odpowiada faktom.

    W tym kontekście warto wspomnieć Stevenа Pinkera, któremu właśnie zarzuca się scjentyzm, bo często powołuje się na dane empiryczne, np. statystyki pokazujące długofalowe trendy społeczne. Sam fakt, że dane są empiryczne, nie rozstrzyga jednak o ich znaczeniu – interpretacja wymaga już przyjęcia określonych założeń i uwzględnienia kontekstu społecznego i historycznego.

    Dlatego w świecie społecznym prawda jest raczej czymś negocjowanym niż niezmienną daną. Z tego powodu klasyczne, empiryczne kryteria prawdziwości w naukach społecznych często nie wystarczają i trzeba je odpowiednio uzupełnić.

  2. „Co gorsza, terapie psychodynamiczna i psychoanalityczna są jednymi z najmniej skutecznych.”

    Nie do końca tak to wygląda. Twierdzenie, że terapie psychodynamiczna i psychoanalityczna są „nieefektywne”, często wynika z tego, że naukowcy mierzą skuteczność tylko tymi metodami, które łatwo da się policzyć (postpozytywizm?) – jak CBT. Tymczasem psychoterapia psychodynamiczna działa na zupełnie innych poziomach, bo zajmuje się emocjami, relacjami, procesami nieuświadomionymi i subtelnymi zmianami w sposobie myślenia o sobie i innych. To nie są rzeczy, które da się szybko policzyć w tabelce czy zmierzyć testem. Dlatego „niskie skuteczności” w statystykach wcale nie oznaczają, że terapia nie działa – po prostu działa inaczej, głębiej i dłużej, a tradycyjne badania tego często nie wychwytują.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *