Kategorie:

Coraz więcej nowych badań, coraz mniej nowej wiedzy

Z pewnością znacie archetyp XVIII- czy XIX-wiecznego naukowca, który jedną publikacją dokonuje rewolucji w nauce. Jak choćby Edward Jenner na temat szczepionki przeciw ospie prawdziwej pod koniec XVIII wieku, Karol Darwin i Alfred Wallace z teorią ewolucji w XIX wieku albo Albert Einstein na początku XX wieku z szczególną, a potem ogólną teorią względności. To spektakularne przykłady, ale te znacznie mniej przełomowe prace często też były ważne dla rozwoju naukowego. Dotyczyły na przykład odkryć antybiotyków, pestycydów, praw genetyki itp. Współczesny system naukowy cierpi natomiast na coś, co przez samych naukowców zostało nazwane bańką scjentometryczną. Czyli na coraz gorszą proporcję przyrostu publikacji naukowych względem przyrostu faktycznej wiedzy.

 

Artykuł napisałem dzięki wsparciu moich Patronów i Patronek. To dzięki nim blog ten może istnieć i się rozwijać, a publikowane tutaj teksty i artykuły są niezależne. Jeśli chcesz wesprzeć moją działalność, możesz to zrobić na moim profilu Patronite.

 

bańka scjentometryczna
Obrazek za: geralt/Pixabay, z późn. zm.

 

Coraz więcej nowych publikacji, coraz mniej nowej wiedzy

W XXI wieku doszło do niespotykanego wcześniej wzrostu liczby publikacji naukowych. I pomijam już te dotyczące wątpliwych metodologicznie i empirycznie dziedzin typu teologia, gender studies czy kalām. Nie twierdzę, że są one całkiem bezwartościowe, ale mimo elementów naukowości mają w sobie też dużo ideologicznych założeń, subiektywnych domysłów, błędów logicznych i poznawczych, czy zwyczajnie sprzeczności z prawami przyrodniczymi).

 

Prac z zakresu chemii, biologii, medycyny, psychologii, socjologii i innych pełnoprawnych dziedzin przybywa. Jednocześnie są one często jedynie powielaniem wcześniej dostępnych informacji albo bazują na mizernych lub bezsensownych eksperymentach. W efekcie mamy rekordowy przyrost publikacji naukowych, ale nie nie jest on wprost proporcjonalny do przyrostu wiedzy ludzkości o świecie przyrodniczym czy społecznym.

 

Ta „współczesna choroba nauk akademickich, która polega na ogromnym wzroście liczby publikacji naukowych bez odpowiedniego postępu wiedzy” – jak piszą autorzy pracy „Bańka scjentometryczna uważana jest za szkodliwą” w czasopiśmie Science and Engineering Ethics – bierze się z kilku źródeł.

 

System akademicki

Naukowców jest coraz więcej, więc logiczne, że ich prac też. Jednak obecny system naukowy w wielu instytucjach jest mocno generyczny. Czasem wręcz ma formę narzucaną z góry, jak gdy licencjuszom i licencjuszkom odgórnie każe się robić pracę dyplomową o czymś już znanym i zbadanym. Odkrywanie nowych rzeczy jest ograniczone.

 

Kolejna sprawa to system nadawania stopnia doktora, w którym konieczne jest opublikowanie kilku prac naukowych. Aby czymś ten wymóg zapełnić, studenci doktoranccy niemal taśmowo piszą generyczne przeglądówki na dany temat. To samo w sobie jest całkiem sensowne dla rozwoju naukowego doktoranta. Jednak konieczność publikowania takich prac w oficjalnych czasopismach sprawia, że są one zalewane powtarzającymi się wynikami. Coś trochę jak w dziennikarstwie, gdy jedną informację z danej gazety lub notki prasowej kopiują potem wszystkie portale, nie mając prawie żadnego własnego wkładu ani nowych wieści w temacie.

 

Wartość naukowców i punktoza

Inflację jakości artykułów naukowych podbija wszechobecna punktoza. Wartość naukowców jest oceniana oczywiście przez pryzmat kilku kwestii. Rozpoznawalność i reputacja (kto by nie chciał mieć na swoim uniwersytecie wykładającego Erica Kandela, Richarda Dawkinsa, Shoshany Zuboff, czy małżeństwa Moserów?). Otrzymywanie grantów na badania (co też jest obiektem krytyki, bo powstał cały rynek grantowy, gdzie niejednokrotnie lepiej radzą sobie bajeranci lub osoby z koneksjami w instytucjach grantodawczych). Odkrywanie przynoszących zyski wynalazków. Jakość nauczania i przyciągania młodych talentów. Jednak w tym wszystkim bardzo duże znaczenie ma to, ile prac naukowych opublikuje dany naukowiec, aby zdobyć punkty z wysokim impact factor.

 

 

Wiem, że jest to męczące dla samych naukowców. Wielu, przypuszczam że większość, wolałaby się skupić na swoich badaniach i nie marnować czasu na dodatkowe publikowanie generyków i poniekąd pierdół, aby zdobywać takie punkty. A system ten tym bardziej zafałszowuje obraz, że pozwala osobom „twórczym” na szybkie, choć naukowo bezwartościowe wybicie się na wielkie szychy świata naukowego. Jest to szczególnie powszechne w dziedzinach społecznych, humanistycznych, czy interdyscyplinarnych, ale zdarza się wszędzie.

 

Deklaracja DORA z San Francisco

Problemowi temu próbuje się zaradzić, a głosy krytyki wobec punktozy i inflacji nauki słychać z wielu uniwersytetów i innych instytucji naukowych. W roku 2013 ogłoszono Deklarację z San Francisco (San Francisco Declaration on Research Assessment – DORA). Jej autorzy postulują, aby ocena naukowców i ich pracy bazowała na jakości ich badań, a nie na tym, jaki impact factor ma czasopismo, gdzie zostały opublikowane. Bo teraz jest tak, że przełomowe prace trafiające do periodyków niszowych lub średniego zasięgu dają punktowo mniej, niż generyczne lub półgeneryczne prace z czasopism typu Nature, Science, Cell itd. A to dodatkowo tworzy pewien oligopol paru grup wydawniczych, co ma kolejne negatywne konsekwencje.

 

Poza odejściem od impact factora autorzy Deklaracji DORA zwracają uwagę, że powinno się doceniać naukowców za szerszy kontekst ich pracy. Przykładowo, stworzenie lub współstworzenie bazy danych o wirusach czy zgromadzenie wielu cennych preparatów botanicznych w dobrym stanie to coś, co nie zostanie raczej opublikowane w formie typowej, punktowanej publikacji naukowej. Nie chodzi zarazem o to, aby całkowicie odejść od znaczenia publikacji naukowej, lecz by traktować to jako coś pobocznego.

 

Chociaż Amerykańskiemu Towarzystwu Biologii Komórki udało się tą deklaracją zwrócić uwagę na sprawę, a poparło ją wiele instytucji oraz redakcji naukowych z całego świata (w Polsce zrobił to np. NCN i Fundacja na Rzecz Nauki Polskiej), to ponieważ organizacjami przyznającymi punkty są najczęściej uniwersytety – problem punktozy dalej istnieje. Przy czym trzeba przyznać, że są uczelnie np. w Holandii czy Francji, które uwzględniły rekomendacje DORA w swoich placówkach. Przykładowo, Uniwersytet w Utrechcie ogłosił, że nie będzie brał pod uwagę impact factora przy zatrudnianiu i awansowaniu pracowników.

 

Jednocześnie rozwiązanie szerszej jeszcze kwestii, którą jest bańka scjentometryczna i ogólna inflacja nauki, wymagałoby znacznej restrukturyzacji systemu szkolnictwa wyższego, w tym tworzenia prac dyplomowych, studiów doktoranckich, walki z czasopismami drapieżnymi, odrzuceniem pseudodziedzin mających dziś setki swoich czasopism „naukowych”, edukacją czy kładzeniem nacisku w etosie naukowca na wkład własny, twórczość naukową i niechęć do niepotrzebnej generyczności.

 

Moja działalność nie byłaby możliwa bez wpłat na Patronite. Dlatego serdeczne podziękowania kieruję do Patronek i Patronów wspierających mnie w sposób szczególny. Są to: Marcin, Piotr, Miłosz, Agnieszka, Milena, Olaf, Grzegorz, Katarzyna, Daniel, Krzysztof, Tomasz, Paulina, Tomek, Magdalena, Tomasz, Marek, Andrzej, Michał. Zachęcam do dołączania do tego grona, bo tylko to daje mi swobodę i niezależność w tworzeniu.

 

 

Najnowsze wpisy

`

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *