Kategorie:

Poznaj badaczkę: Ewa Bartnik

Trzecia część z serii tekstów „Poznaj badacza” będzie poświęcona biolożce z Uniwersytetu Warszawskiego, profesor Ewe Bartnik. Zajmuje się ona biologią molekularną, w szczególności mitochondriami. Po przeczytaniu wywiadu zachęcam do zapoznania się z blogiem Stanisława Czachorowskiego, który jest regularnie prowadzonym, ciekawym dla przyrodników miejscem. Poprzednie części z serii Poznaj badacza/badaczkę znajdziecie tutaj.

Ewa Bartnik
Skąd Pani zainteresowanie biologią i genetyką? Dlaczego postanowiła się
Pani zająć badaniem mitochondriów, mtDNA, chorób mitochondrialnych?
Poza pierwszą i ostatnią klasą
chodziłam do szkoły amerykańskiej w Holandii, w high school (liceum) przedmioty
były roczne – rok biologii, rok chemii. Oba były świetne, a z chemii
najbardziej mi się podobał rozdział o biochemii. Ale bardzo też lubiłam
matematykę i po powrocie do Polski do klasy maturalnej wahałam się między
matematyką a biologią, a decyzję podjęłam leżąc w łóżku z grypą. Jedyną rzeczą,
którą czytałam z przyjemnością była książka „Z tajemnic biochemii” Bronisława
Filipowicza. Więc to tłumaczy biologię, na 3 roku wybrałam biochemię, a po
czwartym roku studiów wylądowałam na praktykach w ówczesnym Zakładzie Genetyki
i po tym wiedziałam, że chcę tam pracować. Mam mętne wspomnienia, że udałam się
do Piotra Węgleńskiego (wówczas jeszcze nie był ani profesorem ani rektorem) z
moim kolegą z roku (i z biochemii) Piotrem Stępniem i wyraziliśmy chęć pracy w
Zakładzie Genetyki, a po magisterium zostaliśmy oboje tam zatrudnieni (zresztą początkowo
na kontraktach jako pracownicy inżynieryjno-techniczni). Doktorat robiłam z
genetyki biochemicznej, ale obiektem badań był pewien grzyb, i po doktoracie
wyjechałam do USA, gdzie inżynieria genetyczna była młodziutka – to były lata
1976-1977. Po powrocie do Warszawy zajęłam się klonowaniem, potem
sekwencjonowaniem genów tego samego grzyba. Mój drugi wyjazd w 1986-1988 do
Kolonii był już ukierunkowany na ssaki, zajmowałam się metylacją i myślałam nad
porzuceniem mojego grzyba, co udało się przez przypadek – prof. Ewa Pronicka
szukała współpracowników do diagnostyki chorób mitochondrialnych, a mi się
trafiła świetna magistrantka – obecnie dr hab. Kasia Tońska. I tak zaczęły się
mitochondria.
Co istotnego znane jest z obszaru Pani badań dziś, a co było zagadką
lub czego w ogóle się nie spodziewano, gdy zaczynała Pani karierę naukową? I co
teraz jest taką tajemnicą, nad rozpracowaniem której się pracuje?
Ja kończyłam studia w 1971 r. My
nie wiedzieliśmy nic o tym, jak działają geny u organizmów nie będących
bakteriami. W czasie mojego doktoratu szukałam operonów u grzyba Aspergillus nidulans, bardzo się cieszę,
że nie znalazłam, bo ich nie ma w zasadzie u innych organizmów, niż bakterie. Dopiero
po wprowadzeniu technik inżynierii genetycznej zaczęto powoli rozgryzać
funkcjonowanie genów u organizmów eukariotycznych. To ciągle nie jest do końca
rozwiązane, bo jest bardzo skomplikowane. Poza wieloma poziomami regulacji
działania genów –  co i tak jest
skomplikowane – doszły różne klasy RNA, i ja czekam aż to się jakoś uprości.
Mogę się nie doczekać. Ale naprawdę okres burzliwego rozwoju biologii
molekularnej – większość tego była na moich oczach. Studia kończyłam w 1971 r.,
struktura DNA była znana, kod genetyczny też, ale inżynieria genetyczna dopiero
nadchodziła, sekwencjonowanie genów, a nawet genomów było sporo później. Różne
metody badania działania genów nie były znane, enzymy były tylko zbudowane z
białka, nie z RNA – mogę tak długo. A w tej chwili nawet coś, co zawsze
mówiłam, przez lata, że będzie może za 20 lat – terapia genowa – zaczyna też
mieć sukcesy i to dla szeregu chorób.
Jaki był Pani największy naukowcy sukces, a jaka najgorsza porażka?
Nie odczuwam, żeby była jakaś
straszna porażka. Co do sukcesów – chyba to, że choroby mitochondrialne są w
Polsce diagnozowane, może to nie jest sukces naukowy i może bardziej Kasi
Tońskiej niż mój, ale coś jest.
Czy ma Pani jakąś radę dla osób, które poniosły na swojej naukowej
drodze porażkę, ale chcą dalej pracować w tej branży?
Każdy świetnie funkcjonuje, kiedy
wszystko idzie dobrze. Problem jest, kiedy nie wychodzi. I nie wychodzi. Wtedy są
dwie możliwości – zacząć robić coś innego albo zacisnąć zęby i przeczekać.
Na ogół w którymś momencie zaczyna znowu iść.
Jeśli jest coś, co zmieniłaby Pani w polskim szkolnictwie wyższym, to
co i dlaczego?
Im jestem starsza tym realnie
więcej mam dydaktyki. Mój wykład liczy się tyle, ile go wygłaszam. Nie liczy
się czas na przygotowanie ani na przeprowadzenie egzaminów. To jest bez sensu,
nie powinno być tak, żeby profesor się cieszył, jak ma mniej studentów, bo mu
to zajmie mniej czasu. Moim zdaniem dobrze kształcimy studentów, mogą już w
czasie licencjatu pracować w laboratorium, czyli realnie spędzają do
magisterium 3 lata pracując dość samodzielnie. Są na ogół dobrze przygotowani
do pracy naukowej. Ale wydaje mi się, że system nie uwzględnia, ile kosztuje
czasu przygotowanie dobrego wykładu.
Co sądzi Pani o modyfikowaniu ludzkich zarodków metodami molekularnymi?
Jest teraz wiele dyskusji na ten
temat. Trzeba bardzo starannie oddzielić dwie kwestie – badania naukowe i
ewentualne modyfikacje kończące się implantacją modyfikowanego zarodka. Te
pierwsze to na razie kilka prac, w tym jedna dr Kathy Niakan dotyczyła badania
wczesnego rozwoju, pozostałe sprawdzają skuteczność modyfikacji techniką
CRISPR-Cas lub jej wariantami. Ale – i to nie ja wymyśliłam – czy ktokolwiek,
kto nie zaakceptuje badań prenatalnych (w czasie ciąży) lub przedimplantacyjnych
(po zapłodnieniu in vitro) mających
na celu wyselekcjonowanie zarodków nie obarczonych jakąś wadą genetyczną będzie
akceptować modyfikowanie zarodków?
Co jest według Pani największym bioetycznym wyzwaniem współczesnej
biologii?
Nie, to nie do mnie pytanie. Ja
kończę w grudniu 2017 drugą (i ostatnią) kadencję w Komisji Bioetycznej UNESCO,
ale ja jestem genetykiem, nie bioetykiem.
Jest Pani jedną z najbardziej znanych osób popularyzujących naukę w
Polsce, a gdy pytam kogokolwiek o to jakiego naukowca kojarzy z mediów, o ile
odpowiedź nie brzmi „żadnego” lub „świętej pamięci profesora Vetulaniego”, to
niemal zawsze pada Pani nazwisko. Jakie ma Pani zdanie na temat popularyzacji
nauki w Polsce? Czy uważa Pani ten element swojej kariery za ważny?
Ja zaczęłam to robić całkiem
późno w mojej karierze, byłam już profesorem – choć dość dawno, po raz pierwszy
media przyszły do mnie zapytać o owcę Dolly, wiosną 1997. Uważam, że to jest
bardzo ważne. Nigdy nie odmawiam ani wypowiedzi, ani wykładów o ile tylko
(wypowiedzi) jestem kompetentna, i (i wykłady i wypowiedzi) mam czas. Tylko
najbardziej lubię wykłady i radio – telewizja to na ogół dwa zdania wycięte z
kontekstu. A radio miało więcej czasu dla nauki kilkanaście lat temu, teraz na
ogół to jest parę zdań na jakiś aktualny temat.
Została Pani odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za
pracę na rzecz nauki. Jakie ma Pani podejście do takiego wyróżnienia? Jakie
emocje towarzyszyły Pani, gdy go Pani otrzymała?
Bo ja wiem, to było parę lat
temu. Ucieszyłam się. Mój wydział (bo to nie oni o to wystąpili) ma politykę
nie występowania o ordery, chyba, że ktoś przechodzi na emeryturę, więc
zdziwiłam się przed ucieszeniem się. Jestem bardzo wdzięczna osobie, która o to
wystąpiła.
Czy jest coś pozanaukowego, co dobrze Panią charakteryzuje albo co lubi
Pani robić? Jakieś kompletnie nie związane z nauką hobby?
Mam jedno od bardzo dawna. Opery,
nie wszystkie, od Mozarta do Szostakowicza, co obejmuje dość długi okres. Bardzo
lubię czytać i to dość różne rzeczy, głównie fantastykę, kryminały,
science-fiction. Lubię muzea, i to i obrazy i sztukę użytkową.
I jestem nałogowo uzależniona od
kawy, od paru lat od tzw. alternatyw – kaw robionych nie w ekspresach
ciśnieniowych tylko bez maszyn. Staram się mieć ulubioną kawiarnię wszędzie,
gdzie bywam i gdzie takie istnieją. Mam w domu odpowiedni sprzęt (z maszyn jest
tylko młynek) i dobrą kawę z ulubionej kawiarni.
Na pewno kojarzy Pani słynne powiedzenia biologiczne np. Dobrzańskiego
o znaczeniu ewolucji w biologii czy Harvey’a o tym, że wszystko co żyje,
pochodzi z jaja. Czy jest jakaś naukowa fraza, z którą Pani chciałaby być tak
ściśle kojarzona?
Oj nie. Poza tym warto pamiętać,
że o ile Dobzhansky miał rację, to jednak nie wszystko – choćby na przykład bakterie
– pochodzi z jaja. Nie, nie mam jakiejś frazy, która by mnie charakteryzowała.

W najbliższym czasie Ewy Bartnik można posłuchać na żywo. W czwartek 30 listopada 2017 o 18:30 odbędzie się debata Myślenie na Scenie z jej udziałem w ramach Śląskiego Festiwalu Nauki, a 1 grudnia 2017 w Wyższym Seminarium Duchownym w Tarnowie prof. Ewa Bartnik wygłosi referat Czy istnieją geny człowieczeństwa?


 

 

bioksiążka

 

Najnowsze wpisy

`

Liczba komentarzy: 4 na temat “Poznaj badaczkę: Ewa Bartnik

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *