czwartek, 19 października 2017

Poznaj badacza: Stanisław Czachorowski

Druga część z serii tekstów „Poznaj badacza” będzie poświęcona biologowi z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, profesorowi Stanisławowi Czachorowskiemu. Zajmuje się on entomologią i hydrobiologią oraz popularyzacją nauki. Po przeczytaniu wywiadu zachęcam do zapoznania się z blogiem Stanisława Czachorowskiego „Profesorskie gadanie”, który jest regularnie prowadzonym, ciekawym dla przyrodników miejscem. Pierwszą część „Poznaj badacza” z wywiadem z profesorem Pawłem Golikiem znajdziecie tutaj.

Stanisław Czachorowski
fot. Grzegorz Wadowski

Czy zawsze interesowała Pana biologia? Czy miał Pan w życiu takie momenty, kiedy chciał Pan robić coś całkowicie innego? Choćby takiego stereotypowego dla nastolatków, jak marzenie o zostaniu aktorem, piosenkarzem, policjantem? A może takie wątpliwości co do naukowej kariery pojawiły się nawet później, podczas studiów?


Przyrodą interesowałem się od wczesnego dzieciństwa, więc można powiedzieć, że „od zawsze”. Wynikało to z miejsca życia i kontaktu z wiejską przyrodą. Wiele lat żyłem w małym miasteczku i na wsi, a od wczesnego dzieciństwa wszystkie wakacje i ferie zimowe spędzałem w Silginach (wieś „na Mazurach”). W dużym stopniu zainteresowanie przyrodą rozbudzał dziadek i wujek. Obserwacja ptaków, wycieczki do lasu i zbieranie grzybów, brodzenie w rzece, łowienie ryb na kij leszczynowy, zbieranie skamieniałości. Potem zainteresowania owadami.  W czasie nauki szkolnej chyba nigdy nie myślałem o pracy naukowej. Brakowało mi tak zwanego kapitału naukowego: nigdy nie widziałem żywego naukowca ani laboratorium. To były jedynie wzorce z książek fantastyczno-naukowych czy podróżniczych. Do paleontologii inspirowała książka o polskiej wyprawie na pustynię Gobi. Ale i wtedy dobrych książek popularnonaukowych po prostu brakowało. Różnorodne książki rozbudzały ciekawość, ale nie w kontekście by zostać naukowcem. Wyidealizowany, nierealny obraz szalonego naukowca z rozwianymi włosami. Lub naukowca podróżnika obserwującego przyrodę.

Bardziej myślałem o zostaniu artystą, malarzem, poetą, może pisarzem, potem w szkole średniej nauczycielem. Nawet na studiach, gdy udzielałem się aktywnie w kole naukowym, gdy wyjeżdżaliśmy na obozy naukowe i konferencje, nie pojawiała się myśl, by rozpocząć karierę naukową. Na uczelni zostałem niejako przypadkiem. Najpierw, na trzecim roku studiów, przeżyłem kryzys. Rozczarowanie studiami i przerostem wkuwania pamięciowego nad autentycznym poszukiwaniem, skłoniły mnie do myśli o rzuceniu studiów. Za radą mądrych ludzi z uczelni, wziąłem urlop dziekański i zacząłem pracę jako laborant. Gdy trochę psychicznie odpocząłem to wróciłem na studia i w ramach indywidualnego toku ukończyłem w terminie. Praca w laboratorium chemicznym trwała rok. Była ciekawa, ale nie skłaniała do pracy na uczelni. Bardziej myślałem o zawodzie nauczycielskim, nawet gdzieś daleko na prowincji, w przysłowiowych „Bieszczadach”.

Pod koniec studiów zaproponowano mi pracę asystenta w Katedrze Ekologii i Ochrony Środowiska. Zacząłem jeszcze przed otrzymaniem dyplomu, porzucając plany nauczycielskie (już sobie przygotowywałem miejsce i jeździłem na wstępne rozmowy kwalifikacyjne, jakbyśmy to teraz nazwali).

Rozczarowania uczelnią i codzienną pracą naukowca pojawiały się także i później. Rozmijały się wyobrażenia o nieskrępowanym poszukiwaniu prawdy i wiedzy z codziennością instytucji i ludzkimi przywarami. Także i teraz myślę, że trzeba coś w instytucjach uniwersyteckich i naukowych zmienić. Nie wszystko idzie dobrze, np. permanentna „punktoza”, pomijając przywary ciągnące się od lat. Zderzenie młodzieńczego idealizmu z szarą codziennością i pozanaukowymi problemami życia społecznego. Moje odczucia i kryzysy nie są odosobnione. Pewien znajomy profesor, gdy był asystentem i adiunktem co jakiś czas składał podanie o zwolnienie (uważał, że się nie nadaje). Jego mądry szef wkładał rezygnację do szuflady by po kilku, kilkunastu dniach wspomniany kolega odzyskiwał sens swojej pracy naukowej, a podanie lądowało w koszu. Mądry szef dużo może. Przypomina mi się lwowska szkoła matematyków i Stefan Banach.

Co najbardziej interesuje Pana w biologii i dlaczego? Pytanie krótkie, ale spodziewam się długiej odpowiedzi. Chodzi też o pasję do Pana specjalizacji.

Książki, które zacząłem czytać w szkole średniej (albo i wcześniej – w liceum wybrałem profil biologiczno-chemiczny, bo wiązał się z moimi zainteresowaniami), ukazywały złożoność i niezwykłość świata żywego. W tym także rozważania o istocie życia, czym ono jest i jakie (gdzie) ma swoje granice. Czy możliwie jest życie na innych planetach i jak będzie wyglądał świat przyszłości, gdy ludzie podróżować będą w kosmosie i kolonizować nowe planety. Marzyłem, żeby zostać takim kosmicznym podróżnikiem i kolonizatorem nowych planet. Czasy studencie to kolejne lektury, w większości poza programem. Fascynacja życiem i różnorodnymi teoriami. Nie tylko w kursowych podręcznikach akademickich, co w różnorodnych tak zwanych „popularnonaukowych”. Raczej były to dobre, naukowe eseje, niż popularyzacja. Wiedza naukowa dobrze opowiedziana. I komunikatywnie. To rozbudzało zainteresowania i chęć poznawania tajemnic życia. Chęć ich zgłębiania i rozwiązywania.

Bezkręgowce zaintrygowały mnie od dzieciństwa. Po pierwsze małe skamieniałości znajdowane w piaszczystej, małej rzeczce Liwnej, potem na różnych żwirowiskach ze „strzałkami piorunowymi” włącznie. Zainteresowania filatelistyczne ukierunkowały się na florę i faunę – bo takie znaczki pocztowe najbardziej mnie pociągały (mam je w zbiorach do dzisiaj). Było także hodowanie rybek w akwarium, a potem owadów wodnych w akwarium na balkonie. I kupiona książka „Mały atlas chrząszczy”. Mam ją do dzisiaj. W zeszycie notowałem obserwacje, robiłem szkicowe rysunki, liczyłem ślimaki, znakując je ołówkiem i próbując sprawdzić dokąd wędrują w czasie wakacyjnych zabaw w Indian.

profesor Czachorowski

Na studiach, w kole naukowym, niejako automatycznie skierowałem swoją aktywność na owady. Z racji opiekuna naukowego były to owady wodne. A chruściki wybrałem przypadkiem. Miałem zająć się jętkami w czasie rozpoczętych badań makrozoobentosu źródeł Łyny. Ale w pierwszej próbie nie było jętek. Były chruściki. I tak już zostało.

Specjalizacja ekologiczna i hydrobiologiczna z chruścikami (Trichoptera) w centrum nie spowodowały, że zarzuciłem swoje pierwotne rozważania o istocie życia i ewolucji. Momentami moja aktywność kierowała się bardziej w kierunku filozofii przyrody i filozofii nauki. I do dzisiaj gdzieś pozostaje w kręgu zainteresowań.

Czym jest życie? I na czym polega ewolucja? Czym jest ogólna teoria systemów? A w gruncie rzeczy, mimo pracy na uczelni, w głębi siebie pozostałem nauczycielem. Do kontaktu ze szkołami przywiązuję dużą wagę. I do jakości dydaktyki, bo student jest dla mnie  podmiotem a nie przedmiotem (zapewniającym godziny, a wiec i etat).

Jaki był Pana największy sukces podczas studiowania, a jaki w trakcie typowej już pracy naukowej po studiach? Spoglądając na to z perspektywy czasu i doświadczeń, wyrobił Pan w sobie jakieś cechy, które pomagają osiągnąć sukces naukowy?

Największym sukcesem… była praca w studenckim Klubie Docent i Radiu Emitor. Natomiast w sensie naukowym aktywność w Kole Naukowym Biologów, zorganizowanie kilku obozów naukowych (marzyła się nam wyprawa do Afryki), udział w studenckich i nie tylko studenckich konferencjach naukowych oraz pierwsza publikacja. Oczywiście o chruścikach, tym razem ze źródeł Wyżyny Miechowskiej.

Po studiach największym sukcesem była wygrana w międzynarodowym konkursie na pracę naukową z zakresu hydrobiologii. Pisałem z zacięciem nieco filozoficznym. Nagroda miliona lirów  (ok. tysiąc dolarów) była podstawą mojego życia – mieliśmy pieniądze na wykupienie wkładu w domu asystenta (budowany przy wkładzie samych zainteresowanych). I zakup mebli. W tamtych czasach na mieszkanie czekało się tak… 40 lat. Nagroda dała samodzielność mieszkaniową i niezależność. Sukces naukowy w parze z materialnym. W sensie sukcesów naukowych wymieniłbym także opracowany przeze mnie model wyspy siedliskowej i model sukcesji oraz wskaźniki naturalności jako metodę monitoringu wód.  W wymiarze dydaktycznym ogromnie sobie cenię nagrodę za popularyzację nauki. W jakimś sensie zaskakujące jest to, że z dużo większym uznaniem spotykałem się na zewnątrz, niż we własnym, lokalnym środowisku.

Jeszcze w innym wymiarze za sukces uważam to, że moje pisanie na blogu zainspirowało pisarki do umieszczenia różnorodnych elementów rodem z popularyzacji nauki (Katarzyna Enerlich, Renata Kosin), a także uwzględnienie lokalnej bioróżnorodnośći na malowanych przystankach (artystka Anna Wojszel).

Cechy przydatne do sukcesu? Niepokorność, wolność i niezależność. Samodzielność w myśleniu. Z drugiej strony były to przeszkody w karierze. Zatem rzecz bardzo względna, co przynosi sukces.

Czy miał Pan jakieś poważne niepowodzenia? Wątpliwości co do dalszej pracy naukowej, ale nie wynikające np. z pociągu do innych zainteresowań, tylko przez poniesione porażki. I jak Pan sobie z tym poradził? Miło się słucha o sukcesach, ale każdy doświadczył i nie raz doświadczy dużych zawodów w pracy naukowej i podczas uczenia się. Co by Pan takim młodym uczniom, studentom, doktorantom, postdokom poradził?

Wątpliwości miałem kilkakrotnie i mam nadal. Niepowodzenia były różne. A wątpliwości wynikają z utraty sensu, z rozczarowania, że uczelniane poszukiwanie prawdy i wiedzy mocno skażone jest społecznymi przywarami człowieka, koteriami, nepotyzmem, biurokracją itd. Nauka nie jest szczęśliwą wyspą w społeczeństwie i nie składa się z ludzi idealnych.

Po doktoracie interesowałem się heterogennością w układach ekosystemowych. Zarówno wtedy jak i obecnie uważałem temat za ważny, płodny i przyszłościowy. Ale był nowatorski i ryzykowny. Zrezygnowałem z niego i skupiłem się na czymś standardowym, prostszym, pewnym. Do tematyki z heterogennością nigdy nie wróciłem już z pierwotnym zapałem. Rozczarowujące dla młodzieńczych ideałów jest również to, że awanse często nie wiążą się z rzeczywistymi kompetencjami i dorobkiem naukowym, a z czynnikami czysto społecznymi (międzyludzkimi). W dużym stopniu to kwestia niskiej kultury pracy w Polsce. Może kiedyś się to zmieni.

Niepowodzeniem bywały chwile złośliwych ataków personalnych w czasie konferencji naukowych. Bywają osobowości, które lubią atakować, zwłaszcza kogoś młodego i „z prowincji”, by wykazać swoją wyższość. To strasznie dołuje. Jeden z takich spektakli na kilka lat mnie przygasił i doprowadził do swoistego „wycofania”.  Z dużym zdziwieniem spotkałem się z całkiem innymi reakcjami na konferencjach zagranicznych: duża życzliwość i ciekawość, bez puszenia się i publicznego „dokopywania”. Dopiero wtedy przekonałem się, że to nasza polska specyfika. Teraz widzę to u młodych ludzi. Raczej boją się publicznie zabierać głos. Myślę, że właśnie z takiej złej kultury to wynika, może już ze szkoły to wynoszą, a na wielu uczelniach jest to utrwalane. Dworska uniżoność i usłużność…

Z niepowodzeniami można sobie poradzić wytrwałością i uporem. Ale nie ze wszystkimi sobie poradziłem. W życiu naukowym bywają klęski bez happy endu. Ale myślę, że jest tak w każdej dziedzinie życia i nauka nie jest ani wyjątkiem, ani szczęśliwą, idealną wyspą. Wewnętrzna energia i ciekawość świata zawsze znajdzie ujście. Jak rzeka, na której wybudowano tamę: zbierze się i znajdzie nowe koryto, gdzieś obok albo całkiem daleko. W sensie instytucjonalnym nie są to jakieś osobiste porażki, co właśnie klęski instytucji, tracących zapał ludzi zaangażowanych i kreatywnych. Widziałem osoby wartościowo naukowe odchodzące z pracy na uczelni. Ich miejsce wypełniali przeciętniacy (albo i gorzej).

Czy jest coś kontrowersyjnego w Pana dziedzinie naukowej Pana zdaniem? Można to podzielić na dwie odpowiedzi – jedna dotycząca kontrowersji wśród naukowców, a druga wśród przeciętnych ludzi, którzy nie są związani z nauką. Odpowiedzi zapewne będą inne?

Nauka składa się z kontrowersji. Wyszukiwanie paradoksów, białych plam czy luk mobilizuje do poszukiwań. To te kontrowersje są najciekawsze. Na różnym poziomie: drobnych szczegółów i rozwiązań czy teorii i paradygmantów.

W zakresie mojej specjalności kontrowersje dotyczą metod monitoringu i wykorzystania makrobentosu w ocenie jakości wód. Na wyższym poziomie brakuje na przykład dobrej definicji gatunku.  Możemy także scharakteryzować życie biologiczne, ale nie potrafimy jeszcze sformułować dobrej definicji życia. Najwyraźniej jesteśmy u progu dużego, teoretycznego przełomu. I to jest fascynujące.

Co jest najbardziej denerwujące i nudne w Pana pracy? Poza biurokracją, bo na to każdy narzeka, zwłaszcza w jednostkach państwowych.

Punktoza. Pogoń za punktami w perspektywie rocznej, krótkoterminowej. Spotykam się z koleżankami i kolegami i dowiaduję się za ile punktów opublikowali. Ale nie wiem co odkryli i czego dotyczy publikacja, jakie z niej wnioski wynikają…  Rytualne spotkania dla odbycia spotkań, a mało rzeczywistej dyskusji i ciekawości świata. A przecież tyle jest fascynujących tematów i nowych odkryć.

Czy sądzi Pan, że finansowanie nauki w Polsce powinno być wyższe, niż obecnie? Co Pana zdaniem powinno zostać w naszym systemie szkolnictwa wyższego poprawione?

Powinno być wyższe, bo współczesna gospodarka opiera się na wiedzy. Potrzeba specjalistów i wielu badań. I to nie tylko tych dla punktów, by być widocznym w nauce światowej (w części to schlebianie egoizmowi i samozadowoleniu samych naukowców, bo chcą być jakoś docenieni), ale i dla gospodarki lokalnej czy regionalnej. Te w tej chwili są poza jakąkolwiek „wartością”. W pewnym sensie dochodzimy do paradoksów, gdy polski podatnik finansuje badania, a publikacje kierowane są do kogo innego, do odbiorcy światowego. On do nich najczęściej nie ma dostępu. Bez wątpienia potrzebne są publikacje w czasopismach światowych, bo to gwarantuje kontakt intelektualny z głównymi nurtami badawczymi. Ale potrzebne jest także wdrażanie nauki na miejscu, lokalnie. I niekoniecznie w wielkich przedsiębiorstwach. Małe firmy, nawet te rodzinne, także potrzebują innowacji naukowych.

Co Pan sądzi o głębszej integracji szkolnictwa wyższego w ramach Unii Europejskiej, np. utworzenia specjalnych struktur, agencji, nadania większych kompetencji organom unijnym? Czy Pana zdaniem Brexit będzie dla rozwoju nauki niekorzystny?

Nauka jest uniwersalna sama w sobie. Od zawsze była światowa (jej zastosowania mogą być krajowe czy lokalne, ale wiedza jest uniwersalna). Współczesna nauka jest przede wszystkim zespołowa. Wymaga i dużych laboratoriów i licznych zespołów badawczych. Jak najbardziej sens mają zespoły europejskie i próby tworzenia zarówno finansowania europejskiego jak i tworzenie ponadnarodowych struktur. Brexit wpłynie negatywnie, bo każda bariera w przepływie kadry i współpracy będzie dla Unii Europejskiej przeszkodą. Najpewniej część kadry przeniesie się na kontynent. Niektóre ośrodki zyskają. Najbardziej straci Wielka Brytania, zmarginalizuje się.

Największym zagrożeniem dla nauki są obecnie wyznawcy teorii spiskowych? Populistyczni politycy? Może jeszcze inna grupa albo w ogóle coś innego?

Denialiści (społeczne i polityczne ruchy teorii spiskowych) nie są żadnym zagrożeniem dla nauki jako takiej. Są zagrożeniem dla społeczeństw. Po pierwsze deprecjonują naukę i zawód naukowca. Mniej będzie chętnych by wybrać zawód naukowca. Po drugie oznaczać to może mniej pieniędzy na naukę i więcej będzie marnowanych w pseudonaukowych przedsięwzięciach (co już teraz możemy obserwować). Skutkować to będzie słabszą pozycją danego kraju w gospodarce światowej. Bo ta opiera się na wiedzy. Nauka jako taka nie straci. Dalej będzie się rozwijać, bo wiele jest mózgów ludzkich zaangażowanych w odkrywanie tajemnic świata. Tyle tylko, że te odkrycia będą w mniejszym stopniu wykorzystywane w życiu gospodarczym, społecznych i technicznym. Pozwolę sobie na porównanie: samochód dalej będzie miał się dobrze, tylko, że częściej będzie stał w garażu zamiast wozić właściciela tegoż auta.

Co jest według Pana szczególnie ważne w popularyzacji nauki?

Uznanie, że popularyzacja nauki jest sposobem komunikowania się i efektywnego upowszechniania wiedzy, a nie gorszym, mniej wartościowym zajęciem. Dobrze opisuje to konektywizm – postrzeganie nauki jako zbiorowego, rozproszonego procesu, rozwijającego się dialogu, dyskusji, dobrej komunikacji. Popularyzacja to także dobry sposób przepływu wiedzy między… naukowcami różnych dyscyplin. Na przykład biolog uczy się fizyki i chemii od „popularyzatorów”, a nie specjalistycznej literatury fachowej. Zbyt dużo jest publikacji, by ktokolwiek był w stanie je przeczytać, nawet we własnej wąskiej specjalności. Popularyzacja to swoisty abstrakt danej dyscypliny czy problemu.  W tej chwili popularyzacja to zajęcie dla „gorszych naukowców”, dziennikarzy i osób przypadkowych (czasami niekompetentnych). Porządni naukowcy nie powinni się tym zajmować… Takie jest zbyt częste przekonanie. W karierze liczą się tylko punkty za publikacje. Zatem ktoś, kto chce zajmować się dobrym upowszechnianiem wiedzy skazuje się na boczny i marginalny tor. Staje się naukowcem drugiej kategorii. Albo i trzeciej.

Uważa Pan, że naukowcy powinni być zaangażowani w działalność społeczną? Co z działalnością polityczną?

Raczej nie. Prywatnie to każdy może robić co chce. Ale pod własnym nazwiskiem, bez używania stopni i tytułów naukowych (bo te dotyczą kompetencji w wąskiej specjalności). Tak jak w każdym innym zawodzie. Profesjonalność jest neutralna światopoglądowo i politycznie. Ale są nauki społeczne i wtedy zaangażowanie społeczne jest jednocześnie aktywnością na polu naukowym/badawczym. Nie tylko w zawodzie naukowca ważna jest rola eksperta. Ale wobec mocnej specjalizacji ekspertem jest się tylko we własnej dyscyplinie. Biolog nie jest ani fizykiem, ani politykiem. Na tamtych polach występuje w roli obywatela, a nie eksperta (nie powinien używać stopnia i tytułu przed nazwiskiem bo wprowadza w błąd słuchaczy, mogą myśleć, że występuje z pozycji eksperta). Ponadto czasem są takie okresy w historii, że chcąc nie chcąc trzeba zaangażować się i społecznie i politycznie. Po to, by można było obiektywnie uprawiać naukę. Nie można całkiem zamknąć się w laboratorium i być głuchym na to, co dzieje się wokół.

Co Pan robi poza nauką? Jakie są obecnie Pana pozanaukowe zainteresowania? Jak Pan spędza czas wolny?

Maluję stare, wyrzucone butelki, kamienie i dachówki. Z ludźmi na plenerach i dyskusjach o różnorodności biologicznej. Lubię także wycieczki piesze do lasu i dłuższe, turystyczne po całej Europie.

profesor Stanisław Czachorowski

Z jakim naukowym powiedzeniem chciałby Pan, aby Pana kojarzono?

Z chruścikami, jako niezwykłymi owadami wodnymi, i z ewolucją oraz ekologią, np. w nawiązaniu do starożytnych Greków „Wszystko ze wszystkiego i wszystko we wszystkim.” Kwintesencja ewolucji biologicznej i relacji ekosystemowych. 

1 komentarz:

  1. Lubię i pozdrawiam Pana Profesora ��

    OdpowiedzUsuń