Dzisiejszy artykuł jedynie pośrednio dotyka spraw naukowych, ale jest bardzo ważny w kontekście dyskutowania o nich. Napiszę o coraz bardziej nasilającym się moim zdaniem problemie, który uniemożliwia prowadzenie rozmów, a za to często prowadzi do niepotrzebnych kłótni. Chodzi o doszukiwanie się na siłę różnych negatywnych zjawisk tam, gdzie ich zdecydowanie nie ma, takich jak transfobia, obraza uczuć religijnych, fat-shaming czy homofobia.

dyskryminacja groźba

Dla dokładniejszego zarysowania problemu posłużę się kilkoma przykładami. Niedawno opublikowałem na Facebooku mój artykuł o tym, czy para jednopłciowa mogłaby mieć wspólne, biologiczne dziecko. Chodziło o dwie osoby tej samej płci w porządku biologicznym-genetycznym, który należy rozróżniać od porządku społecznego i płci kulturowej czy charakterystycznych płciowych ról społecznych. Pisałem o sytuacji, kiedy oboje z partnerów produkują te same gamety (lub są zdolni do ich produkcji; mogliby je produkować gdyby np. nie leki hormonalne czy usunięcie narządów rozrodczych itd., nie wgłębiając się w skrajnie rzadkie, zawiłe sytuacje prowadzące do niepłodności lub bezpłodności) czyli plemniki lub oocyty. Za używanie takich pojęć, jak płeć biologiczna czy płeć genetyczna zostałem wówczas oskarżony o transfobię, czyli dyskryminowanie osób transpłciowych. Trudno znaleźć uzasadnienie dla takiego podejścia, bo ani transseksualistów nie obraziłem, ani nie odmawiałem im człowieczeństwa czy prawa do leczenia poprzez korektę płci, a nawet w ogóle o pojęciu transseksualizmu nie pisałem. Mam świadomość tego, że mówienie do osoby zmieniającej płeć (lub po korekcie płci) według jej biologicznej-genetycznej płci jest nie na miejscu (czyli mówienie do kobiety transseksualnej per „Pan” i do mężczyzny transseksualnego per „Pani”) i może być krzywdzące, tyle że ja tego nie zrobiłem i sam to potępiam. Z kolei realnym problemem dyskryminacji osób transpłciowych – często wynikającym z niewiedzy, a nie złej woli, co też trzeba mieć na uwadze – może być np. utrudniony dostęp do niektórych badań, takich jak mammografia.


Inny, głośniejszy przykład dotyczył mojego postu na Facebooku o normalizacji nadwagi i otyłości oraz artykułu, który kilka dni później na ten temat opublikowałem, by pogłębić i doprecyzować temat. Napisałem w nim, że otyłość jest chorobą, a nadwaga nie jest prawidłowym stanem organizmu i może się wiązać z problemami zdrowotnymi oraz zwiększać ryzyko zachorowania na otyłość; że promowanie pozytywnej wizji bycia otyłym jest szkodliwe. Przytoczyłem badania sugerujące, że dążenie do postrzegania nadwagi i otyłości jako czegoś normalnego, prawidłowego i właściwego (co nazywa się normalizacją) może skutkować pogłębianiem się tych problemów w społeczeństwie. Zaznaczałem jednocześnie, że nie chodzi o piętnowanie ludzi z nadmiarem masy tkanki tłuszczowej. Zacytowałem też badania pokazujące, że młodzież myśląca, że ma nadwagę lub faktycznie ją mająca, częściej rozważa próby samobójcze, co zrobiłem aby nie podsycać niechęci do ludzi z takimi problemami oraz pokazać absurdalność zarzutów, że chodziło mi o wzbudzenie nienawiści. Podkreślałem również, że dyskryminacja kogoś ze względu na nadwagę i otyłość jest czymś niewłaściwym. Mimo to wylała się na mnie fala mowy nienawiści, włącznie z groźbami pobicia oraz nazywaniem mnie faszystą chcącym mordować otyłych. Sytuacja, choć z mniejszym nasileniem, powtórzyła się gdy popularny profil feministyczny „Dziewuchy Dziewuchom” opublikował serię dezinformujących grafik o tym, że otyłość nie powoduje innych chorób itp., co również krytycznie skomentowałem.


transfobia

Jest jeszcze jeden tego rodzaju wątek, który powtarza się na moim profilu regularnie, a dotyka kwestii uczuć religijnych. W tym wypadku moi krytycy, przeciwnicy i hejterzy z reguły pochodzą bardziej z „prawej” strony niż z „lewej” (jak w poprzednich przykładach), ale zasadniczo robią z reguły to samo, tak samo i w tym samym lub podobnym celu. Wystarczy, że wrzucę cokolwiek nawiązującego do religii – choćby zdjęcie, infografikę czy mem, które krytykują lub obśmiewają religijną pseudonaukę związaną np. z kreacjonizmem (negowaniem zachodzenia zjawiska ewolucji biologicznej) albo homoseksualizmem (twierdzeniem, że homoseksualizm to choroba i że można go leczyć) – i od razu pojawiają się zarzuty o dyskryminację katolików, chrześcijan lub o obrazę uczuć religijnych. W przypadkach tych również dochodzi o nadinterpretacji, a nawet dopowiedzeń, tak jak w sprawie rzekomej transfobii i fat-shamingu. Ciekawe jest, że gdy publikowałem wartościowe cytaty z Biblii (np. na temat miłości), tzw. „wojujący” ateiści zarzucali mi promowanie religii i dyskryminację ateistów. Zdarzenie to także po części wiążę z opisywanym przeze mnie w niniejszym artykule zjawiskiem.


Naciągane dopatrywanie się czegoś negatywnego, czego nie ma, albo wręcz bezpośrednie oskarżanie o to, może mieć różne przyczyny. Czasem jest to po prostu narzędzie – instrumentalne wykorzystanie fałszywych zarzutów ze względu na konflikty personalne. Niektórzy robią tak, aby ukryć w ten sposób swój brak argumentów lub zasłaniają się poczuciem rzekomej dyskryminacji, by przykryć złe wrażenie czegoś co zrobili lub powiedzieli, a z czego trudno im się wycofać (np. obrażenie kogoś, a potem usprawiedliwianie sobie tego pod pretekstem rzekomego bycia ofiarą obrazy uczuć religijnych). Dla innych charakterystyczne jest ciągłe wmawianie sobie wbrew faktom, że jest się ofiarą kogoś lub czegoś albo poczucie moralnej wyższości z zarzucania komuś homofobii czy obrazy uczuć religijnych („oni to robią, a ja tego nie robię, więc jestem lepszy”). W grę może wchodzić też zwykły fanatyzm i radykalizm, bezrefleksyjne powtarzanie po podsycających spory „autorytetach”, szczera wiara, że takie czepianie się o wszystko na siłę jest czymś dobrym i może zapobiec złu, regularne popadanie w błędy poznawcze, niedoświadczenie rzeczywistej dyskryminacji i brak umiejętności oceny co nią jest, a co nie, oraz różne inne powody, zależne od konkretnej osoby i sytuacji. Część motywacji wynika z dobrych intencji, część nie, a część jest po prostu powtarzaniem za autorytetami czy grupą, do której się przynależy. Nikt nie jest wolny od takich zaburzeń w postrzeganiu rzeczywistości, ja również, jednak problemem jest, gdy stają się one usystematyzowanym mechanizmem zachowania i dyskutowania przez wiele osób.

antykatolik obraza uczuć religijnych

Domyślam się, że znajdą się tacy, którzy będą bronić opisanych przeze mnie wyżej postaw. Będą usprawiedliwiać osoby stosujące takie „argumenty” (np. że mamy większy problem z faktyczną homofobią niż z bezpodstawnymi zarzutami o nią, co jest oczywiście zdaniem prawdziwym), deprecjonować ich szkodliwość (np. że może i jest to niewłaściwe, ale to w zasadzie nic takiego i przymknijmy na to oko) albo wyszukiwać ich zalet (np. że dzięki temu niektóre osoby o faktycznych poglądach homofobicznych boją się wprost o nich mówić). Pytanie tylko, czy pozytywne skutki takiego zachowania przeważają nad tymi bardziej oraz mniej oczywistymi, negatywnymi efektami? Moim zdaniem to, co dobre, można osiągnąć bez niepotrzebnych i bezzasadnych oskarżeń.


Doszukiwanie się obrażania, dyskryminacji itp. wbrew faktom oraz intencjom osoby krytykowanej czy atakowanej, niezależnie już od przyczyn stosowania takiej retoryki, jest po prostu złe dla dyskusji i antyspołeczne. Najbardziej oczywisty niekorzystny skutek takiego zachowania to zmniejszenie rangi i siły pojęć, słów i definicji takich jak „obraza uczuć religijnych”, „transfobia” czy „fat-shaming” (ale także wielu innych). W efekcie, kiedy faktycznie dochodzi do takich zjawisk, trudniej jest na nie zwrócić uwagę, bo od bezpodstawnego „krzykactwa” wielu straciło już na nie wrażliwość i gdy o nich słyszy lub czyta, łatwiej je lekceważy. Znamy to doskonale z wzajemnego oskarżania się polityków o hitleryzm, przez co już prawie nikt nie traktuje takich zarzutów na poważnie.

fat shaming

Problem widzę też w tym, że ofiarami takich ataków za rzekomą dyskryminację nie raz padają porządni, uczciwi ludzie, którzy wcale homofobami czy katofobami nie są. Wystarczy wyrwanie jakiegoś zdania czy gestu z kontekstu, nadinterpretacja oraz dopowiedzenie czegoś i już wylewa się szambo na kogoś, kto w zasadzie nie zrobił nic złego. W pełni rozumiem, że są osoby, które przez doznaną w przeszłości krzywdę mogą być przewrażliwione i mogą dopatrywać się czegoś, czego nie ma, a co im się kojarzy z przykrą przeszłością. Ja też mam takie doświadczenia, związane choćby z homofobią (a prawdziwą obrazę uczuć religijnych czy nieurojony fat-shaming też widziałem i w obu przypadkach zareagowałem w obronie obrażanych), ale to nie jest dla mnie powód do widzenia we wszystkim homofobii i plakietkowania kogoś z byle powodu jako „homofoba”. Byłoby to zwyczajnie nieuczciwe. Na marginesie tematu, zdarzyło mi się być zaczepianym i nazwanym „homofobem” za użycie słowa „homoseksualizm”, bo rozmówca preferował słowo „homoseksualność”. Do takich absurdów potrafi doprowadzić pokrętna logika osób doszukujących się we wszystkim dyskryminacji. Oprócz tego zachowanie takie kojarzy mi się z angielskim powiedzeniem „Penny wise, pound foolish”, czyli skupianiem się na nieistotnych lub mało istotnych drobiazgach i czepianiu się ich, przy jednoczesnym ignorowaniu lub lekceważeniu spraw dużo istotniejszych albo zwracaniu na nie mniejszej uwagi.


Ważne jest też, że wtrącenie się do dyskusji osób, których celem jest bezpodstawne lub naciągane zarzucanie komuś dyskryminacji, zwykle kończy się tzw. „gównoburzą”. Na przykład gdy publikuję artykuł lub post krytykujący religijny kreacjonizm, spora część debaty wywędrowuje z tematyki popularnonaukowo-biologicznej do konfliktu między osobami twierdzącymi „to obraża moje uczucia religijne” i osobami, które uważają „to nie obraża niczyich uczuć religijnych”. Oprócz tego mam wrażenie, że gdy chcemy przekonać kogoś do społecznej tolerancji, to wyzywanie go i oskarżanie będzie raczej nieskuteczne. Zapewne wręcz go zniechęci, a inne osoby, sprzyjające promowaniu tolerancji, nie chcąc być kojarzonymi z kłótniami i „antydyskryminacyjnym awanturnictwem” (bo chodzi nie o zwykłe zwrócenie uwagi na problem, tylko przypuszczanie ataków i oskarżeń oraz wywoływanie awantur), będą bardziej powściągliwe w racjonalnym, nieradykalnym wyrażaniu pozytywnych poglądów. Nie chodzi o to, by nie nazywać rzeczy po imieniu. Zupełnie przeciwnie, piszę właśnie o tym, by coś co jest homofobią albo obrazą uczuć religijnych tak właśnie nazywać, ale nie nadużywać i nie naciągać tych pojęć.


Takie nieuzasadnione wykluczanie kogoś z dyskusji, bo nie stosuje podobnie absurdalnych i przejaskrawionych, groteskowych standardów, często totalnie oderwanych od rzeczywistości, a także wmawianie mu złej woli, jest niczym innym jak nietolerancją wobec osób, które nikomu nie robiąc krzywdy, mają inne zdanie. Które mogą być słabiej wykształcone i nie znają mądrych i wyszukanych słów takich jak fat-shaming albo po prostu mają odmienne doświadczenia i oskarżanie o dyskryminację z byle powodu uznają za niedorzeczne. Nawet jeśli chce się zwrócić uwagę na realne, niewydumane problemy dyskryminacji (kto obserwuje i śledzi moje artykuły i posty w mediach społecznościowych ten wie, że sam niejednokrotnie do nich nawiązuję) to takie wywyższanie się osób „antydyskryminacyjnych” będzie po prostu kontrskuteczne. Należy też pamiętać, że zdanie wyrażane przez świat nauki ze swej natury jest chłodne, nawet pomimo starań naukowców by było jak najmniej stygmatyzujące czy dołujące. Nauka i fakty nie obrażają i nie dyskryminują, one po prostu są i trzeba je akceptować, uczciwie się do nich odnosić i merytorycznie je komentować.

Przeczytaj także: Kobiety biolodzy – najwybitniejsze biolożki

Prowadzenie bloga naukowego wymaga ponoszenia kosztów. Merytoryczne przygotowanie do napisania artykułu to często godziny czytania podręczników i publikacji. Zdecydowałem się więc stworzyć profil na Patronite, gdzie w prosty sposób można ustawić comiesięczne wpłaty na rozwój bloga. Dzięki temu może on funkcjonować i będzie lepiej się rozwijać. Pięć lub dziesięć złotych miesięcznie nie jest dla jednej osoby dużą kwotą, ale przy wsparciu wielu staje się realnym, finansowym patronatem bloga, dzięki któremu mogę poświęcać więcej czasu na pisanie artykułów.

Łukasz Sakowski. Czytaj więcej
    Skomentuj na blogu
    Skomentuj na facebooku

11 komentarze :

  1. Oj tak, tak. Przykład z FB. Często oznaczałem przez "Lubię to" posty publikowane przez stronę Nowy Obywatel, bo uważałem że zwracają uwagę na bardzo ważne tematy. Czasem próbowałem o nich rozmawiać, jak wtedy, kiedy twierdzili że nie ma inflacji. Próbowałem z tym twierdzeniem polemizować z zachowaniem zasad kultury dyskusji i podając konkretne liczby z mojego portfela (robię zakupy, płacę rachunki, widzę co widzę). Dostałem za to bana, bo najwyraźniej - zgodnie z mechanizmami, które opisujesz - uznali mnie za jakiegoś przeciwnika. W efekcie FB nie wyświetla mi już postów Nowego Obywatela. Nie mogę więc ich "lubić" ani tym bardziej udostępniać. Szkoda dla mnie, bo je ceniłem, ale też szkoda dla nich, bo odcięli sobie jedno ze źródeł zwiększających dostępność. Czy ktokolwiek na tym zyskał w jakikolwiek sposób? No chyba nie. Bez sensu.

    OdpowiedzUsuń
  2. W moim odczuciu tego typu (jak opisane w tekście) reakcje są nie do uniknięcia. Ich przyczyna nie są (przynajmniej w większości przypadków; nie kwestionują wyjątków sterowania emocjami dla doraźnych celów) żadne "złe intencje", ale fakt "wyprzedzania" przez autorów popularnych w społeczeństwie poglądów, czyli jakiś rodzaj "społecznej inercji", której uniknąć się nie da i która niekoniecznie i nie zawsze jest zła. To taki analogon "naukowego sceptycyzmu", który tez bywa szkodliwy czy nieprzyjemny. Taki jest los wszystkich wychodzących przed szereg, a walka z tym zjawiskiem przynosi więcej szkód niż pożytków. Brak jest być może jakiegoś sensownego "interfejsu" miedzy nauka a społecznie akceptowanym szeroko rozumianym światopoglądem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeśli chodzi o "biologiczną" kobietę czy "biologicznego" mężczyznę chodzi tu tylko i wyłącznie o dobór słów. Przymiotnik "biologiczny" był i jest bardzo często używany przez jawnie transfobicznie osoby w celu zaprzeczenia kobiecości czy męskości danej osoby. Tu można kłócić się o znaczenie w ogóle tego słowa. Co oznacza "biologiczny" według danej osoby. Chromosomy? Układ rozrodczy? Budowę mózgu? Z braku wiedzy użyłeś po prostu słowa o bardzo złej sławie, na które bardzo duża część osób, zarówno cis i trans jest uczulona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to, że transfobiczne osoby używają określenia płci biologicznej nie oznacza, że każdy kto go używa jest transfobiczny. Osoby transfobiczne zapewne jedzą też ziemniaki, oddychają powietrzem i używają słowa "gej", ale to że ktoś robi to samo nie znaczy, że jest transfobem.

      Usuń
    2. Może najpierw zdefiniuj słowo "transfobia", bo tak nim rzucasz na lewo i prawo jakby pasowało do wszystkiego.

      Usuń
    3. W języku angielskim, w którym toczy się przeważająca część dyskursu wokół tożsamości płciowej jest rozróżnienie na "biologically male/female", "[a person] assigned male/female at birth" ("AMAB/AFAB") oraz "man/woman" - ostatnie z tych pojęć odnoszą się do płci kulturowej/psychologicznej. Powiedzenie "biological man/woman" w tamtym kontekście jasno implikuje uznawanie biologicznej płci za jedyną podstawę społecznej/tożsamości płciowej - ktoś, kto użyje takiego sformułowania zrobi to właśnie w tym celu. Oczywiście są radykałowie, którzy sprzeciwiać się będą nazywaniu np. transpłciowego mężczyzny "biologically female", ale zdecydowana większość osób transpłciowych nie ma z tym problemu. W języku polskim nie przyjęło się jednak określać ludzi jako "samca/samicę", co byłoby bezpośrednim odpowiednikiem angielskich słów na określenie płci biologicznej - przydałoby się tu jakieś inne sformułowanie, mniej rażące dla polskich uszu, ale pozbawione tych konotacji, jakie ma "biologiczna kobieta/biologiczny mężczyzna". Co więcej, użyte przez ciebie słowo "transseksualista" przyczynia się do pomieszania płci biologicznej i kulturowej - ostatecznie nikt z czysto biologicznego punktu widzenia nie zmienia płci np. z męskiej na żeńską, tylko co najwyżej osiąga stan jakiejś indukowanej interseksualności - tyle jest na razie technicznie osiągalne. Określenie "transpłciowy" odnosi się do społecznego funkcjonowania takiej osoby. Twoje wypowiedzi z pewnością nie były transfobiczne - bo o tym decyduje intencja. Nie znaczy to jednak, że nie były językowo niefortunne - i to w momencie, gdy dyskurs polskojęzyczny jest jeszcze w powijakach.

      Usuń
  4. Witamy w internecie. Oskarżenia o transfobię, homofobię, rasizm, antysemityzm i fat shaming są popularne, ponieważ rzucić jest je łatwo i nie grożą żadne konsekwencje, gdy takie oskarżenia są fałszywe. Strasznie mnie korci, by napisać więcej (z pozycji prawaka co rusz oskarżanego o wszystko, co się tylko da), ale podejrzewam, że nie uznałby Pan takiego komentarza za wartościowego i wnoszącego cokolwiek do dyskusji. Życzę więc tylko uporu i odwagi w przedstawianiu własnej pozycji i mam nadzieję, że nie spotkamy się kiedyś w jednej celi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapamiętajmy:
      Wszystko co się rusza jest rasizmem i nazizmem ;)

      Usuń
  5. "Nie jestem rasistą, ALE..."

    OdpowiedzUsuń
  6. Specjalistami w oskarżeniach są osoby co obierają jajka ze skorupki od szerszej strony

    OdpowiedzUsuń