Kategorie:

GMO, patenty, glifosat, CETA i naturalne GMO – czy jest się czego bać?

Debata o GMO na poziomie ogólnym, w przestrzeni publicznej, poza murami uczelni i konferencji naukowych, napiętnowana jest często już z gruntu błędnymi przekonaniami. Sama nazwa GMO (genetycznie modyfikowane organizmy) budzi wątpliwości, a to dlatego, że genetyczne modyfikacje nie oznaczają z gruntu, że były one sztucznie wykonane rękami człowieka. Co to są więc naturalne GMO? Czym się różnią zasadniczo od „typowych” GMO? Czy jest się czego bać?
GMO Monsanto

Pytanie zarówno w tytule, jak i
pod koniec poprzedniego akapitu jest prowokacyjne, stąd nie będę się kłócił,
jeśli ktoś zarzuci mi subtelny clickbait.
Modyfikacje genetyczne powstają cały czas. W naszych komórkach, w komórkach
innych zwierząt, w komórkach roślin,
grzybów, bakterii, pierwotniaków, archeanów. Nasz genom różni się od genomu
przeciętnego człowieka sprzed kilkunastu tysięcy lat, bo cały czas pojawiały
się w nim i utrwalały (poprzez przekazywanie z pokolenia na pokolenie) różnego
rodzaju mutacje. Utrata jakiegoś odcinka DNA albo zdublowanie go? Czemu nie.
Jeśli okaże się przydatny bądź neutralny, ma szansę przejść do następnych
pokoleń. Usunąć bądź dodać jakiś fragment DNA możemy także sztucznie, wektorem lub redagowaniem genomu.
Wówczas nazwiemy organizm z taką zmianą GMO. Czym się różni? Poza tym, że
modyfikacja wykonana została precyzyjnie i świadomie, to na fundamentalnym
poziomie różnic nie ma. I tu i tu jest zmiana sekwencji (i ewentualnie długości) DNA.
Mutacje to nie wszystko, mamy
jeszcze rekombinację genetyczną, która zachodzi podczas mejozy (crossing-over) między chromosomami homologicznymi
(czyli parami chromosomów) oraz podczas łączenia się DNA męskiego i żeńskiego w
komórce jajowej. Każdy z nas już na początku swojego życia zarodkowego został
genetycznie zmodyfikowany i to w sposób masowy, choć na ogół losowy. Co czyni
modyfikacje naturalne lepszymi od tych sztucznych, świadomie przez naukowców
wykonanych? Zasadniczo nic. Wszystko dalej zależy od intencji, celu, potrzeb,
zachowania standardów etycznych i tak dalej.
No dobrze, ale ktoś powie, że co
innego mieć wymieszane DNA od swoich rodziców albo stracić, zyskać lub
podmienić jakiś fragment swojego DNA we własnym zakresie (mutacja), a co innego
mieć całkowicie obce DNA, które wyewoluowało w jednym organizmie, a potem
zostało przeniesione do innego. Na przykład kukurydza z genem bakterii. Od razu
trzeba więc donieść, że takie zjawisko, jak transfer genów między gatunkami,
często bardzo odległymi ewolucyjnie, zwany horyzontalnym transferem genów,
występuje od bardzo, bardzo dawna. Czynią go na przykład wirusy, wbudowując się
w sekwencję naszego DNA. Robią to bakterie za pomocą małych, kolistych
DNA-plazmidów. Jeśli żywa komórka pobierze pokarm zawierający DNA, to ten może
zostać wbudowany w jej genom. I na tej samej zasadzie robi się modyfikacje
genetyczne w biotechnologii – podaje się gen, który nas interesuje, do wirusa,
następnie infekuje się wirusem docelowy organizm, który przyswaja ów gen i mamy
modyfikację genetyczną, która równie dobrze mogłaby powstać przypadkowo. Nie
robimy niczego, czego natura nie wymyśliła.
GMO
Genetyczne modyfikacje u roślin robione są od wielu lat, jeszcze zanim odkryto metodę bezpośredniego, precyzyjnego zmieniania genomu wektorami. Bombardowane mutagennym, jonizującym promieniowaniem nasiona mutują. Losowo, przez co nie znamy efektu końcowego dopóki ich nie wysiejemy i nie zobaczymy. Nowsze, dokładniejsze metody pozwalają zrobić to precyzyjnie, bez zbędnych strat. Mutagenom poddawano także psy w celu różnicowania ras, bo co logiczne, im więcej mutacji, tym „szybsza” ewolucja (oczywiście o ile nie są one letalne, ale te odsiewa selekcja).
Obawy wobec GMO dotyczą także
patentów. Straszenie Monsanto (zwane potocznie MonSatanem) jest jednak
populistyczne. Dlaczego? Po pierwsze, ekologiczne odmiany roślin czy zwierząt,
uzyskane przez sztuczną selekcję, a nie bezpośrednie modyfikacje sekwencji DNA,
także są patentowane, a zwykle wojowniczy przeciwnicy GMO są jednocześnie
obrońcami odmian i upraw ekologicznych. Po drugie, rolnicy czerpią korzyści z
wysiewania nasion GMO. Zyskuje firma biotechnologiczna, rolnik, a także
środowisko, w tym my sami, z uwagi na mniejsze zapotrzebowanie na szkodliwe
opryski. Działacze antyGMO straszą również glifosatem, którym spryskuje się uprawy
GMO. Dlaczego to robią? Twierdzą, że działa rakotwórczo. Dlaczego tak twierdzą?
Ponieważ wykazano to w badaniach in vitro (przez co Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem umieściła glifosat na liście prawdopodobnie rakotwórczych – na tej samej liście znajduje się masa związków, których używamy na co dzień, często naturalnych; po prostu nazwa listy groźnie brzmi, ale niekoniecznie wszystkie związki na nią wpisane są niebezpieczne).
Szkoda też, że przeciwnicy glifosatu są wybiórczy, bo istnieją również badania in vitro dokumentujące przeciwne efekty działania, przeciwnowotworowe. Temat rozbija się o to, że badania in vitro są niemiarodajne. W takich
warunkach (in vitro, na hodowli komórkowej) to i odpowiednie stężenie soli zabije komórki nowotworowe, a
odpowiednie stężenie witaminy C może spowolnić ich
wzrost. Nie ma wiarygodnych dowodów na szkodliwość glifosatu. Agencja Ochrony Środowiska USA również stwierdziła w obszernie uzasadnionym dokumencie, że glifosat nie jest rakotwórczy. 
Warto też pamiętać, że GMO to nie
tylko dwa razy większe i szybciej rosnące łososie czy pomidory, które wolniej
się psują. GMO to również produkcja leków. Insulina, z której korzystają
cukrzycy powstaje dzięki sztucznie wykonanym modyfikacjom genetycznym. Do
bakterii Escherichia coli wprowadzono
ludzki gen kodujący insulinę, o sekwencji zmodyfikowanej uprzednio tak, by jej
produkt (czyli insulina) działała jak najskuteczniej i o jak najmniejszym
ryzyku wystąpienia efektów ubocznych. Oto mamy lek z GMO. Terapia genowa,
mogąca ratować życie, również bazuje na modyfikacji genetycznej – pobieramy
komórki np. szpiku kostnego od chorego, zmieniamy sekwencje ich genów, by
następnie wprowadzić je z powrotem do ciała. Naprawiamy to, co losowymi
mutacjami zepsuła natura.
CETA
https://web.facebook.com/fundacja.inspro
Na sam koniec chciałbym nadać
temu tekstowi lekko politycznego akcentu. W Parlamencie Europejskim
przegłosowana została umowa pomiędzy Unią Europejską, a Kanadą – CETA. Za byli
posłowie z wielu ugrupowań, w tym te o wizerunku najbardziej między sobą
antagonistycznym – PO i PiS. O ile nie podejmę się oceny całego handlowego
sojuszu, bo zwyczajnie się na tym nie znam, tak zauważyłem, że największe
oburzenie dotyczy faktu, że ułatwi on sprowadzanie produktów GMO na rynek
europejski (choć dotychczasowe prawo poszczególnych państw i tak nadal będzie obowiązywać). Nie muszę już chyba tłumaczyć dlaczego krytyka umowy CETA w tym
zakresie jest generalnie bezzasadna, antynaukowa i populistyczna. Domaganie się znakowania produktów GMO oznacza brak znajomości prawa, bo na początku XXI wieku wyszła dyrektywa Unii Europejskiej nakazująca znakować żywność, zawierającą powyżej 0,9% GMO. Pomimo tego, że de facto to, czy produkt jest GMO czy nie, nie ma znaczenia, bo cząsteczki DNA i tak są trawione enzymami (nukleazami) w naszym przewodzie pokarmowym – obojętnie, czy jest to DNA powstałe naturalnie, ze zwykłego pomidora, czy sztucznie, z tego GMO. Niestety mało co mobilizuje ludzi do działania tak, jak poczucie zagrożenia. W tym wypadku fałszywe – syndrom oblężonej twierdzy, atakowanej tym razem przez kanadyjskie GMO, którego nie ma się co bać.
Literatura

Authority, E. F. S. „Conclusion on the peer review of the pesticide risk assessment of the active substance Pepino mosaic virus strain CH2 isolate 1906.” EFSA Journal 13.1 (2015).
Douglas J. Futuyma. Ewolucja. Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego. Warszawa 2008.
Hieronim Bartel. Embriologia. Wydawnictwo Lekarskie PZWL. Warszawa 2012.
Winter P., Hickey I., Fletcher H. Krótkie wykłady. Genetyka. Wydawnictwo Naukowe PWN. Warszawa 2013.

 

Najnowsze wpisy

`

22 myśli w temacie “GMO, patenty, glifosat, CETA i naturalne GMO – czy jest się czego bać?

  1. Chyba przeciwnicy GMO nie mają pojęcia, że ludzi na świecie jest coraz więcej. I za 100 lat może nie starczyć żywności dla wszystkich, ba doprowadzimy ziemię do zagłady czerpiąc z niej coraz więcej. A skoro genetyczne modyfikacje pozwalają na większe plony mniejszym kosztem to czemu z tego nie korzystać ?

    1. GMO na razie nie pozwala na zwiększenie plonów. Może kiedyś.
      Główne odmiany to Roundup Ready, co zwiększa koszty. Trzeba kupić nasiona i Roundup.
      Oczywiście Roundup Ready ma pewne zalety, nie trzeba się martwić o dawkowanie, nawet zbyt duże dawkowanie nie zrobi krzywdy roślinom i nie trzeba pilnować termów.

    2. Chyba zwolenniczko GMO nie masz pojęcia,że jedzenia i terenu pod jego uprawy jest baaardzo dużo.GMO niech ewentualnie wprowadzają za te twoje 100 lat,po przebadaniu wpływu na organizm ludzki.

    3. Zwłaszcza gdy GMO i opryski dostarcza Mosanto, firma która kłamie i oszukuje w swoich pseudonaukowych badaniach o nie szkodliwości ich własnych produktów.

    4. I gdzie są te nieskończone połacie ziemi do uprawy i te nieskończone zbiorniki słodkiej wody ? Bo jakoś na globusie ich nie znajduje.

  2. A ta umowa CETA dotyczy tylko żywności GMO? Można coś o tym rzetelnego przeczytać, bo w google wyszukuje tylko wzmianki o GMO o których powiedziałeś

    1. Innymi słowy jest przyczółkiem dla US koncernów w podboju rynku w UE. Ciekawe czy dotyczy też prywatnych sądów arbitrażowych dzięki którym koncerny pozywają państwa o odszkodowanie za domniemaną utratę zysków w przypadku gdy dane państwo wprowadzi prawo mające chronić jego obywateli przed szkodliwymi lub krzywdzącymi produktami/usługami koncernów. Jak dotąd żadne państwo, w tym Polska, nie wygrało w takich sądach. Polska ma taką umowę chyba z Holandią. W sądzie siedzą prawnicy koncernu i nieliczni przedstawiciele pozwanego kraju więc rezultat jest z góry przesądzony.

    2. CETA to pewne ułatwienia ale też regulacje. Na przykład – producent chcący skorzystać z ułatwień handlowych musi tak przygotowywać produkt, aby spełniał normy drugiego kraju. Czyli na przykład amerykańskich kurczaków na hormonach nie da się tą drogą sprowadzić, bo prawo UE ich nie dopuszcza.

      Sądy arbitrażowe to ostateczność, także dla wielkich koncernów, bo te równie często w nich przegrywają. Tak, dobrze czytacie, państwa wygrywają z koncernami w arbitrażu. Kilka lat temu Polska wygrała z Mercuria Energy Group, żądającą 700 mln dolarów za zerwanie umowy. Wcześniej wygraliśmy z niemieckim Nordzuker (180 mln dol roszczeń) i amerykańską Karma Foods (500 mln roszczeń).

  3. Jakkolwiek popieram ogólną wymowę wpisu, to trochę nie bardzo mi pasuje nazywanie mutacji i krzyżowań GMO. To wygląda na erystyczny wykręt w stylu, że nie można mówić że zdrada żony jest zła bo od wieków istnieje prostytucja i przygodny seks a zwierzęta często zmieniają partnerów…

    1. Hmm, nie bardzo rozumiem. Prędzej czepiałbym się pojęcia GMO w kontekście typowo prawnym, ignorując funkcjonalne. 😉

    2. @Kuba Grom – ten erystyczny wykręt raczej ma za zadanie przypomnieć, że modyfikacje genetyczne nie są czymś obcym, sztucznym, stworzonym tylko i wyłącznie przez człowieka. Ponieważ szeroka publiczność, nieinteresująca się naukami ścisłymi (okay, zaliczmy biologię do nauk ścisłych :D) właściwie nigdy nie pamięta, że modyfikacją w DNA podlegają wszystkie organizmy w każdym pokoleniu. Odwołując się do Twojej metafory – odpowiednie modyfikacje również mogą być złe, tak jak i zdrada żony. Mimo, że istnieje prostytucja (czytaj – ewolucja), to niewłaściwe zastosowanie będzie miało przerażające skutki. Z GMO też tak jest, jak i z właściwie każdą technologią. Czepiając się metafory, możemy powiedzieć, że właściwie stosowanie GMO, czyli takie, z którego czerpiemy korzyści przy minimalnych skutkach negatywnych, jest jak seks małżeński 😀

  4. Intryguje mnie tylko dlaczego oni tak bardzo uparli się na ten glifosat ? innych herbicydów zabrakło ? Trochę dobrej praktyki rolnej, mniej agresywny środek i było by po sprawie 😉 Swoją drogą ja tu dopatrywała bym się szkodliwości tego środka, chwasty mimo wszystko odgrywają ważną rolę w uprawach i nie zawsze są szkodliwe. Co do samych roślin GMO przypomina mi się historia gdzie studentom dawano do spróbowania jabłka ekologicznie i GMO (oczywiście to były te same jabłka) po czym proszono o wypełnienie ankiety – najczęstszą odpowiedzią przy jabłkach GMO było coś w stylu "wyczuwalny posmak obcego DNA".

  5. Dobra a teraz napisz albo podaj jakieś źródło dotyczące produktów chemicznych/spożywczych wytwarzanych przez organizm modyfikowany. Bo pierdu, pierdu a o najważniejszym nie napisano ani słowa.

  6. Proszę mnie poprawić, jeżeli napisze coś źle, ale z tego co czytałem, problem z glifosatem polega głownie na tym, ze jest to środek bardzo agresywny, który niszczy wszystko poza roślinami, ktore zostały w drodze genetycznych modyfikacji na niego uodpornione – a więc niszczy praktycznie cały ekosystem roślinny w okolicy, w której został zastosowany. Podobno też bardzo długo się rozkłada, przez co kumuluje sie w glebie. Efekt tego jest taki, że po kilku latach (z tego co czytałem, po 7) na polu, na którym intensywnie stosowany był glifosat, już nic nie chce rosnąć (nawet rosliny GMO), tak więc takie pole trzeba zostawić jako nieuzytek i przenieśc się z uprawami gdzie indziej.
    Tak duża agresywność środka – na mój zdrowy rozum – zapewne powoduje też, że trudno wyeliminować jego ślady z gotowej już żywnosci wykonanej z roślin spryskiwanych tym środkiem. A spożywanie tego srodka prawie na pewno będzie dla ludzi szkodliwe. Może akurat nie będzie powodowac raka (czemu autor znowu tak się uparł na tego raka, podobnie jak w artykule o mikrofalach, jakby to była jedyna choroba?), ale raczej trudno uwierzyc w zapewnienia, że środek tak agresywny wobec roślin (i działający na nie zupełnie niewybiórczo) mogłby być zupełnie nieszkodliwy dla ludzi…
    Co do patentów i firmy Monsanto – podobno Monsanto zarzuciło już ten proceder, ale na początku swojej działalności w zakresie GMO firma stosowała szkodliwe i absolutnie nie do przyjęcia praktyki rynkowe. Po pierwsze, modyfikowała rośliny genetycznie w taki sposób, że ich nasiona nie były zdolne do rozwoju (tzw. "suicide seeds") w związku z tym rolnik, który zdecydował sie na taką uprawę, nie mógł zostawic sobie części nasion na przyszłoroczny wysiew, tylko musiał co roku kupowac nowe (a stosowanie glifosatu sprawiało, że juz nie bardzo mógł na tym polu siać cos innego – patrz powyżej). Czyli wpadał w klasyczny tzw. "vendor lock-in". Po drugie, wszelkie prawa do handlu takimi nasionami rezerwowała sobie firma Monsanto i surowo karała za dystrybucję nasion bez zgody firmy. W związku z tym rolnik, który np. kupił za dużo nasion i chciałby zbywającą mu częśc odsprzedać, nie mógł tego zrobić bez narażania się na proces ze strony Monsanto. Po trzecie, firma potrafiła traktować jako nielegalną dystrybucję i domagac się kar nawet taki przypadek, gdy rolnik przypadkowo zaprószył trochę nasion na sąsiednie pole, nie należące do kogoś, kto miał umowę na wysiew nasion Monsanto, jeżeli cos z nich przypadkiem wyrosło. To wszystko słusznie spowodowało przylgnięcie do firmy bardzo negatywnej opinii i nie ma co sie dziwić, że nadal sie ona za nią ciągnie.
    Trudno zaufać komuś, kto rozpoczął biznes na z gruntu nieuczciwych, bandyckich zasadach, ze teraz jest już uczciwy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *