Przeludnienie
Kategorie:

Przeludnienie Ziemi to mit? I jak to się ma do klimatu?

Wśród głosów na temat kryzysu demograficznego przebijają się często te mówiące o przeludnieniu. Odbierają one obecną sytuację w tych samych, pozytywnych barwach, w jakich Ursula von der Leyen opisywała ją w 2013 roku (jako „wspaniałą okazję do doświadczania życia przez starszych ludzi”), lecz z odmiennych powodów. Spadająca dzietność i liczba ludności w Europie miałaby stać się okazją – według tej narracji – do odbudowy środowiska i uratowania klimatu. Zanim więc zabrałem się do zbadania skutków europejskiej zmiany demograficznej na społeczeństwo, gospodarkę, infrastrukturę czy stosunki międzynarodowe, postanowiłem najpierw przyjrzeć się tej kwestii: czy na Ziemi mamy przeludnienie?

 

Jest to drugi artykuł z serii demograficznej.

Pierwszą część znajdziesz tutaj: „Czy Polskę i UE czeka kryzys demograficzny?

Trzecią część znajdziesz tutaj: „Katastrofa demograficzna w Europie i jej skutki” 

Czwartą część znajdziesz tutaj: „Europejki chcą mieć 2-3 dzieci, ale nie mają” 

Piątą część znajdziesz tutaj: „Jakie są przyczyny zapaści demograficznej w UE?” 

Szóstą część znajdziesz tutaj: „Czemu młodzi odkładają rodzicielstwo na potem?” 

Siódmą część znajdziesz tutaj: „Z czego wynika wypalenie rodzicielskie?” 

 

Przeludnienie

 

Na początku lat 90. XX wieku Unia Zaniepokojonych Naukowców opublikowała list [1], w którym przestrzegała światową opinię publiczną między innymi przed dalszym wzrostem liczby ludności na Ziemi. W roku 2017 ukazało się kolejne tego typu ostrzeżenie, ponawiające obawy o liczebność światowej populacji [2]. Choć tekst zawiera ogólne i nieprecyzyjne stwierdzenia na temat demografii, to podpisało go ponad 1500 naukowców z różnych części świata. Czy tak wiele wysoko wykształconych osób mogło się mylić? Czy przeludnienie grozi naszej planecie?

 

Populacja i maltuzjanizm

W 1798 roku angielski ekonomista i anglikański duchowny, Thomas Malthus, opublikował opracowanie pt. „Prawo Ludności i jak wpływa na przyszłą poprawę społeczeństwa” [3], wznawiane w pierwszej połowie XIX wieku. Zwracał w nim uwagę na wzrost ludzkiej populacji i na produkcję żywności mającą nie nadążać za demograficznym trendem. Wskazywał również na kwestie niedostosowania praw rynkowych do coraz ludniejszego społeczeństwa. Podkreślał znaczenie czynników ograniczających rozmnażanie się ludzi czy wprost obniżających liczebność, takich jak klęski naturalne. Sama koncepcja o przeludnieniu wynikającym z zaburzonego stosunku wzrostu populacji (zbyt szybkiego) do rozwoju w rolnictwie określana jest maltuzjanizmem.

 

Wielu naukowców i ekonomistów, a także filozofów oraz duchownych krytykowało podejście Malthusa. Silny sprzeciw wobec jego poglądów wyrażała też tradycyjna lewica, z Karolem Marksem i Friedrichem Engelsem na czele. Późniejsze dekady pozytywnie zweryfikowały ich przewidywania co do postępu naukowego i technologicznego w rolnictwie, unieważniającego wiele problemów artykułowanych przez Malthusa. Nie uwzględniał on bowiem w swoich bazujących na analogii do zwierząt wnioskowaniach, że istnieją ogromne różnice w zdolnościach i procesach poznawczych między człowiekiem, a innymi gatunkami. Nie potrafią one reagować na zastane bądź wyłaniające się kryzysy tak, jak ludzie. Jak stwierdził amerykański ekonomista Henry George w 1879 roku, sceptycznie komentując maltuzjanizm, „zarówno jastrzębie jak i ludzie jedzą kurczaki, ale im więcej jastrzębi tym mniej kurczaków, podczas gdy im więcej ludzi, tym więcej kurczaków” [4]. Thomas Malthus się mylił [5], a jego tezy i przewidywania okazały się błędne, także z powodów dotyczących rozwoju mieszkalnictwa, higieny, medycyny, środków antykoncepcyjnych czy zmian kulturowych.

 

Idee depopulacji w XX wieku

Jednak koncepcja maltuzjańska i tak zyskiwała na popularności wśród części środowiska akademickiego nie tylko ze względu na kwestie demograficzne. Przykładowo, proponowane przez Malthusa mechanizmy samoograniczania populacji wynikające z braku zasobów inspirowały Karola Darwina i Alfreda Wallace’a przy rozmyślaniach na temat prawa doboru naturalnego. Silnie czerpały z niej również stowarzyszenia proponujące politykę kontroli urodzeń (eugenikę). W pierwszej połowie XX wieku wyłonione przez Malthusa poglądy zostały podchwycone przez ruchy polityczne. Przekształcono je na potrzeby ideologii faszystowskich, a w drugiej połowie stulecia wykorzystano przez część aktywistów zatroskanych o stan dzikiej przyrody.

 

Być może nie jest przypadkiem, że były nazista, Konrad Lorenz, który na początku II Wojny Światowej prowadził w okupowanym Poznaniu studia rasowe, po wojnie oprócz nauki zajął się też ekoaktywizmem, a w roku 1973 (tym samym, w którym dostał Nagrodę Nobla z medycyny lub fizjologii) – już po wyparciu się poglądów nazistowskich – przekonywał, że przeludnienie jest problemem ludzkości [6]. W 2015 roku Uniwersytet w Salzburgu pośmiertnie odebrał mu za faszystowską przeszłość tytuł doktora honoris causa [7].

 

Neomaltuzjanizm

Maltuzjanizm wzbogacany o nowe idee przeradzał się więc w neomaltuzjanizm. Wyróżniał się od pierwotnych poglądów Malthusa na przykład tym, że propagował kontrolę urodzeń lub inne metody mające na celu depopulację. Opierając się na nim publikowano rozmaite opinie, szacunki i analizy. Wieszczono niedalekie wyczerpanie różnych surowców i dóbr naturalnych: ziem pod uprawę, paliw kopalnych, metali, zasobów biosfery. I pomimo iż się nie sprawdzały – stan zużycia rósł, wyeksploatowanie środowiska także, ale znacznie wolnej niż estymowano, a w przypadku niektórych materiałów wręcz na poziomie zaniedbywalnym – to intelektualiści zaniepokojeni o stan przyrody wciąż bili na alarm, a zainspirowani Malthusem pisarze science-fiction przedstawiali wizje przeludnionej planety.

 

Z drugiej strony, ale jeszcze w XIX wieku, negatywny wizerunek skrajnie egoistycznego Ebenezera Scrooge’a z „Opowieści wigilijnej” został wykreowany właśnie na podstawie poglądów Thomasa Malthusa, co było także zawoalowaną krytyką jego postawy [8].

 

Nietrafione przepowiednie i krytyka neomaltuzjanizmu

Zwolenników neomaltuzjanizmu nie zbijały z tropu kolejne porażki prognoz, wieszczących na przykład wyczerpanie zasobów ropy w USA w latach 70. XX wieku czy śmierć miliardów ludzi w pierwszych dekadach XXI wieku z powodu globalnego ocieplenia. Wątpliwości nie zasiała także zielona rewolucja z lat 60. XX wieku, która gigantycznie przyczyniła się do zmniejszenia głodu w biednych i rozwijających się krajach, a za której umożliwienie agrobiolog Norman Borlaug otrzymał w 1970 roku Pokojową Nagrodę Nobla (rzadko się zdarza, że Pokojowy Nobel wręczany jest za odkrycia biologiczne – w tym przypadku za opracowanie nowych, bardziej wydajnych odmian roślin uprawnych).

 

Katastroficzne przeludnienie jako wizję niedalekiej przyszłości wciąż powielali tacy biolodzy, jak Paul Ralph Ehrlich czy James Lovelock. Robiły to też niektóre organizacje zrzeszające obrońców przyrody czy agencje instytucji międzynarodowych. W kontrze do nich stali matematycy. Statystyk Hans Rosling w wydanej rok po jego śmierci książce „Factfulness” [9] przekonywał, wykorzystując szacunki i modele matematyczne, że liczebność ludzkiej populacji będzie się w nadchodzących dekadach stabilizować, w dużej mierze za sprawą spadku dzietności w Azji i Afryce. Coraz to nowe dane i prognozy  potwierdzają ten trend.

 

Jak zdefiniować przeludnienie?

Gdy szukałem informacji na temat przeludnienia w XXI wieku zastanawiało mnie, jak właściwie miałoby być ono definiowane. Czy istnieją jakieś wskaźniki powstałe na bazie obiektywnych danych, pomiarów? Czy nadmiar ludzi na Ziemi to kwestia przegęszczenia na jednostkę powierzchni? Dostępu do surowców (jak w koncepcjach maltuzjańskich)? I jeżeli tak, to jakich? Chodzi o wodę, zboża, szczepionki, telefony komórkowe? A może przeludnienie miałaby określać dzietność powyżej progu zastępowalności pokoleń? Albo jakaś uzgodniona ilość CO2 emitowana w przeliczeniu na rodzinę (gospodarstwo domowe) lub osobę? I czy wszystko to powinno być oceniane w skali miasta, regionu, państwa?

 

Dla całego świata takie uogólnienie nie ma przecież większego sensu. W jednym miejscu przestrzeni do życia może być mnóstwo, w innym już niekoniecznie. Dostęp do podstawowych dóbr w Europie czy Ameryce dla niektórych grup społecznych występuje aż w nadmiarze. Podczas gdy te biedniejsze – również o wyższej dzietności – borykają się z niedostatkiem. Przeludnienie jest więc pojęciem bardzo niejasnym i można nim przez to łatwo manipulować.

 

Oprócz tego, inną sytuacją jest brak dóbr wynikający ze złego zarządzania, a odmienną, jeżeli powodem jest po prostu niedobór surowców w naturze czy nie dająca się już zwiększyć wydajność plonów albo określonych technik produkcyjnych poszczególnych produktów. Z kolei emisja dwutlenku węgla w przeliczeniu na osobę też może być zupełnie inna. Zależnie od tego jaki kraj czy klasę społeczną weźmiemy pod lupę. Te wątpliwości co do tez o globalnym nadmiarze liczby ludności skupiają uwagę na podstawowym problemie: przeludnienie nie jest zjawiskiem dającym się ściśle, empirycznie określić. Zależnie od tego kto i z jakim celem mówi o liczbie ludności, może dojść do zupełnie innych twierdzeń na ten temat.

 

Światowe przeludnienie, stabilizacja czy wyludnienie?

A co z dzisiejszymi, wykorzystującymi nowoczesne metody badawcze szacunkami na nadchodzące dekady? „W roku 1800 p.n.e. ludność na świecie liczyła sobie około 5 milionów osób Homo sapiens, czyli tyle, ile mniej więcej liczy dzisiaj Słowacja. Populacja rosła powoli przez 10 tysięcy lat, aż w końcu osiągnęła 1 miliard w 1800 roku n.e. Jednak w ciągu następnych 130 lat pojawiły się dodatkowe 2 miliardy ludzi, a przez kolejne 100 lat – 4 miliardy. Na tej podstawie instynktownie moglibyśmy wyciągnąć wniosek, że populacja zwiększa się liniowo lub wykładniczo i będzie nas wciąż więcej. Nic bardziej mylnego!” – przekonuje Marcel Kiełtyka z fact-checkingowego stowarzyszenia Demagog.org.pl, zajmującego się obalaniem fałszywych informacji.

 

Kontynuuje, że „stwierdzenie, że światowa populacja wciąż rośnie, nie jest do końca zgodne z rzeczywistością. Prawdą jest, że liczba ludności wzrasta w szybkim tempie. W ciągu 10 lat na świecie przybędzie około 750 milionów ludzi [10]. Powinniśmy jednak zadać sobie w tym miejscu pytanie, czy wzrost ten będzie stały? Obecnie na świecie żyją około 2 miliardy dzieci w wieku 0-15 lat. Według danych Organizacji Narodów Zjednoczonych w 2100 będzie ich również 2 miliardy. Czyli tyle, co dzisiaj – proces zatrzymywania wzrostu dzietności i idącej za nim liczby dzieci już trwa”.

 

Wyhamowanie wzrostu światowej populacji ludzi

„Oznacza to, że liczba ludzi na świecie najprawdopodobniej nie będzie stale przyrastać. Fakty są więc takie, że wzrost naszej populacji zaczął wyhamowywać. Eksperci twierdzą, że przez następne dziesięciolecia będzie nadal zwalniał. ONZ w 2019 roku przewidywała, że do roku 2100 populacja na świecie zwiększy się o kolejne 4 miliardy ludzi, ponieważ wzrośnie liczba osób dorosłych w wieku 15-74 lat. Innymi słowy, osiągniemy liczbę od 10 do 12 miliardów ludzi do końca 2100 roku” – kończy Marcel Kiełtyka. Tymczasem jeszcze nowsze badania – w tym te cytowane wcześniej – prognozują, że w 2100 roku ludzi na świecie może być nawet poniżej 9 miliardów, w czym większy niż dziś procentowy udział będą mieli coraz dłużej żyjący dorośli, a nie rodzące się coraz rzadziej dzieci.

Nikt nie jest w stanie zobaczyć przyszłości. Jednak przy oparciu się na najlepszych dostępnych danych można zauważyć, że przeludnienie przewidywane na XXI wiek jest kolejną przestrzeloną, mało prawdopodobną wizją. Ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Nie tylko w odniesieniu do samej ludności, ale również obfitości zasobów, która rośnie szybciej [11] niż liczba ludzi na Ziemi lub których wykorzystanie jest coraz bardziej wydajne. Jeśli do tego jeszcze odejdziemy od obrazka globalnego i znowu przypatrzymy się uważnie europejskiemu, z drastycznie niską dzietnością, zaburzeniami w demograficznej strukturze wieku, spadającą liczbą ludności i wiążącymi się z tym komplikacjami, możemy dojść do zupełnie odwrotnego wniosku: państwom Unii Europejskiej nie grozi przeludnienie, lecz mają do czynienia z wyludnieniem.

 

liczba ludności

 

Fałszywe alarmy i ich społeczny kontekst

W liście Unii Zaniepokojonych Naukowców oraz w podobnych wezwaniach o alarmistycznym tonie wyraźne jest nie tylko bazowanie na merytorycznie niepoprawnych koncepcjach dotyczących przeludnienia (wymaga to podkreślenia, bo treść listu odnosi się także do innych, tym razem realnych niebezpieczeństw, takich jak globalne ocieplenie czy utrata bioróżnorodności bądź zmiany w jej strukturze). Odzwierciedlają się w nim także konflikty interesów. Nie tylko te rzucające się na pierwszy plan – organizacja ta ma w końcu powiązania polityczne i gospodarcze – ale znacznie bardziej fundamentalnej natury.

 

Czytając o kolejnych faktach i rozbierając, warstwa po warstwie, mit przeludnienia, zacząłem sobie uświadamiać, że akademicka elita perorująca o przeludnieniu, a należąca do bogatszej i bardziej konsumpcjonistycznej warstwy społecznej, zrzuca winę za degradację środowiska na rodziny i regiony biedniejsze. Te o wyższej dzietności, ale w przeliczeniu na osobę żyjące znacznie bardziej ekologicznie i ascetycznie. I często nie mające tak wielu opcji życia do wyboru, jakie przed akademikami i aktywistami z wielkich miast stoją otworem.

 

Przekazywane w mediach treści, świadczące o tym – zgodnie z prawdą, ale wyłącznie w indywidualistycznym ujęciu – że posiadanie dziecka jest najbardziej szkodliwe dla klimatu [12], oddalają od spojrzenia na problem z szerszej, interdyscyplinarnej perspektywy. „Dominująca ideologia ekologiczna traktuje nas jako a priori winnych, zadłużonych u matki natury (…) Łatwo dostrzec ideologiczną stawkę tej indywidualizacji: jestem tak zaaferowany sprawdzaniem samego siebie, że nie zadaję sobie o wiele ważniejszych pytań globalnych, które dotyczą całej naszej cywilizacji przemysłowej” – zauważył filozof Slavoj Žižek [13], odnosząc się do indywidualizowania odpowiedzialności za środowisko. Zawstydzanie ludzi tym, że chcą mieć i mają dzieci to indywidualistyczny szantaż. Wygodny i nie mający nic wspólnego z postawą proekologiczną. Istnieją dziennikarze próbujący wydobywać na wierzch taki punkt widzenia. Publicysta George Monbiot krytykując w „The Guardianie” Jamesa Lovelocka (neomaltuzjańskiego biologa, od lat grzmiącego o przeludnieniu) podkreślał, że „wzrost populacji to nie problem – występuje wśród tych, którzy konsumują najmniej” [14].

 

Klimat, przeludnienie i dezinformacja

O dezinformacyjno-psychologicznym kontekście działań antynatalistycznych w odniesieniu do kryzysu klimatycznego mówi mi też ekspert od spraw bezpieczeństwa informacyjnego, Maksym Sijer z Uniwersytetu Warszawskiego. „To proces radykalizacji w połączeniu z błędami poznawczymi” – zaczyna. „Z klimatem jest źle, a po ostatnim raporcie Międzynarodowego Panelu ds. Zmian Klimatu (ang. International Panel on Climate Change) wiemy, że nawet bardzo źle i że odpowiada za to głównie ludzka działalność. Rządy poszczególnych państw długo oddalały problem albo wręcz mu zaprzeczały. Kiedy wreszcie przestają, to i tak istnieje duża rozbieżność między postulatami klimatologów i ekoaktywistów, a deklaracjami politycznymi rządów”.

 

„Dodatkowo, wbrew nauce i zdrowemu rozsądkowi, a w imię biznesu oraz polityki, zamykane są prawie bezemisyjne elektrownie jądrowe. Wycinane są lasy. Ta rozbieżność, nierozładowane emocje oraz dysonans poznawczy powodują frustrację i bezsilność, mogąc prowadzić do radykalizacji. Państwa nie chcą radykalnych decyzji. W związku z czym osoby silnie zaangażowane w ten temat, niekiedy wręcz fanatycznie, nie dostrzegając innej alternatywy, same poprzez wzięcie sprawy w swoje ręce, decydują się na radykalne rozwiązania. Takie jak rezygnacja z posiadania dzieci na rzecz klimatu” – wyjaśnia specjalista. I kontynuuje: „Następnie, nie widząc szans na wpłynięcie na polityków czy koncerny energetyczne, próbują oddziaływać na jednostki, przekazując dalej swoje radykalne rozwiązania, dające poczucie sprawczości. Bo na decyzję o posiadaniu dzieci i na zniechęcanie do niej innych mamy bezpośredni wpływ. W przeciwieństwie do kwestii polityki rządów i korporacji międzynarodowych”.

 

Stres informacyjny, kryzys klimatyczny i przeludnienie

To jednak nie koniec mechanizmu. „Do tego dochodzą do nas coraz bardziej ekstremalne obrazki i relacje o anomaliach pogodowych. Częstszych i wydłużających się przez globalne ocieplenie. Mnogość takich informacji, rezonujących zwłaszcza wśród środowisk zaangażowanych w temat ochrony klimatu, powoduje stres informacyjny. Pogłębia poczucie bezsilności i dezorientacji, a w konsekwencji także niepokoju i strachu, skąd prosta droga do dalszej radykalizacji”. Maksym Sijer zauważa też, że „takim mechanizmom ulegają oczywiście także niektórzy celebryci, również pochodzący ze środowiska naukowego. Wzmacniając później szkodliwy przekaz, który nie ma nic wspólnego z ochroną klimatu, ale daje poczucie misji i sprawczości”.

 

Ekspert uważa, że z czasem, kiedy skutki zmiany klimatycznej będą coraz dotkliwsze a frustracja oraz bezsilność większe, takie poglądy i postulaty będą prawdopodobnie ewoluować do jeszcze bardziej ekstremistycznych form. Na koniec podkreśla: „Ale najważniejsza w tym wszystkim jest utrata poczucia bezpieczeństwa i radykalizacja zawężające percepcję i ogląd na złożoność świata. Stąd zwolennicy takich rozwiązań, zafiksowani wyłącznie na temacie klimatu i ograniczaniu emisji CO2 poprzez antynatalizm, nie będą patrzeć na inne sprawy, takie jak problemy demograficzne i ich skutki”.

 

Ostatecznie, nawet gdyby depopulacja była jakimś rozwiązaniem kwestii globalnego ocieplenia (a w istocie nie jest) to od razu przychodzi mi do głowy przysłowiowe porównanie, że wywoływanie czy pogłębianie kryzysu demograficznego oraz nie łagodzenie go dla walki o środowisko jest jak leczenie dżumy cholerą. Dlaczego cholerą, a nie wirusem lekkiego przeziębienia? O tym już w następnej części serii demograficznej.

 

Artykuł jest częścią serii demograficznej i napisałem go przy wsparciu Patronów z Patronite, gdzie w prosty sposób można ustawić comiesięczne wpłaty dla „To tylko teorii”. Dzięki temu blog może funkcjonować i się rozwijać. Pięć lub dziesięć złotych miesięcznie nie jest dla jednej osoby dużą kwotą, ale przy wsparciu wielu staje się realnym patronatem.

 

Źródła

[1] „1992 World Scientists’ Warning to Humanity”. Union of Concerned Scientists (1992).

[2] „World scientists’ warning to humanity: a second notice”. BioScience (2017).

[3] Thomas Malthus. „An essay on the principle of population, as it affects the future improvement of society” (1978).

[4] Henry George. „Progress and Poverty. An Inquiry into the Cause of Industrial Depressions and of Increase of Want with Increase of Wealth” (1879).

[5] Pete Smith. „Malthus is still wrong: we can feed a world of 9–10 billion, but only by reducing food demand”. Cambridge University Press (2014).

[6] Jay Martin Anderson. „Ecology and Environment”. American Scientist (2012).

[7] „Noblista pozbawiony zaszczytu za faszystowską przeszłość”. TVN (2015).

[8] Jerry Bowyer. „Malthus and Scrooge: How Charles Dickens Put Holly Branch Through The Heart Of The Worst Economics Ever”. Forbes (2012).

[9] Hans Rosling. „Factfulness: Ten Reasons We’re Wrong About the World – and Why Things Are Better Than You Think” (2018).

[10] „2019 Revision of World Population Prospects”. United Nations (2019).

[11] https://www.humanprogress.org/the-simon-abundance-index-2021 (dostęp: 17.07.2021).

[12] Damian Carrington. „Want to fight climate change? Have fewer children”. The Guardian (2017).

[13] Slavoj Žižek. „Kłopoty w raju”. Wydawnictwo Czarna Owca (2021).

[14] George Monbiot. „Stop blaming the poor. It’s the wally yachters who are burning the planet”. The Guardian (2009).

 

 

Bioksiążka

 

Najnowsze wpisy

`

Liczba komentarzy: 8 na temat “Przeludnienie Ziemi to mit? I jak to się ma do klimatu?

  1. Jeśli w niektórych miejscach na Ziemi ludzie umierają z głodu na skutek, np. suszy, to znaczy, że jest przekroczona pojemność środowiska. Lokalnie ale jest. Czyli można spokojnie mówić o maltuzjańskim przeludnieniu. Przedstawiony przegląd opinii jest trochę niekompletny i zabałaganiony. Ewidentnie niektóre zasoby środowiska się wyczerpują. Ludzkość poszukuje nowych rozwiązań. Czasem się udaje (np. zielona rewolucja w rolnictwie), czasem nie.

    1. Jeśli się nie udaje, to bardziej przez złą dystrybucję (dóbr, idei, technologii, wiedzy), niż stricte prawidłowość założeń maltuzjanizmu czy tym bardziej neomaltuzjanizmu.

      Odnośnie przeglądu opinii, to jest tutaj mowa o badaniach, dosyć sporych, zarówno organizacji międzynarodowych, jak i międzynarodowych niezależnych zespołów naukowych. Wszystkie zgodnie mówią o spadku dzietności i wyhamowywaniu wzrostu liczby ludności.

      1. Wszystko fajnie, ale nie sama liczba ludności jest problemem. Proszę przyjrzeć się temu o ile więcej w ciągu życia przeciętny człowiek zużywa dóbr w XXI wieku w porównaniu do tego ile zużywał w wieku XX. Ile ton niepoddających się recyklingowi oraz nierozkładających się w sposób naturalny śmieci powstaje teraz a ile było ich kiedyś. Przechodzimy przez kolejne wielkie wymieranie gatunków i tym razem to człowiek jest za nie odpowiedzialny. Ponadto problemem przestaje być samo Co2, proszę zobaczyć ile metanu uwalniamy do atmosfery przez wielkie hodowle bydła, oraz z powodu zmian klimatu dużo tego gazu zaczyna się uwalniać w Rosji.

      2. Spadek dzietności jest w krajach rozwiniętych widoczny. Ja bym wiązał ze zmianą strategii, w środowisku stabilnym, jako uniwersalnym w ekologii. Maltus to stare dzieje, wiele nowego w procesach demograficznych zostało odkryte/ To tak jakby literalnie teraz dyskutować z teorią ewolucji Darwina, bez uwzględnienia genetyki itd. Spora nieaktualność opisu darwinowskiego nie powoduje, że odrzucamy teorię ewolucji. Podobnie z przeludnieniem i demografią. Trzeba użyć innych słów i pojęć do opisu. Pojemność środowiska jest określona, mimo zwiększania efektywności wykorzystania. Tak jak w ewolucji biosfery.

  2. Wbrew pozorom Malthus miał rację. Źle tylko rozpoznał skutki i mechanizmy. My staramy się nie dostrzegać zgubnych skutków przeludnienia. One jednak istnieją i przede wszystkim polegają na rosnącej presji na środowisko. Dziś 99% masy ssaków na ziemi to człowiek i domowe zwierzęta. Zużywamy praktycznie całe zasoby alokowane na duże zwierzęta. My sobie radzimy dzięki rozwojowi techniki. Ale to tylko wzrost wydajności eksploatacji a nie rozwiązanie problemu.

  3. Niestety, ten artykuł mi się nie podoba. Nie ma definicji przeludnienia? Może i nie ma, ale intuicyjnie czujemy, że coś jest na rzeczy. Jak dla mnie przeludnienie oznacza sytuację, w której „zasoby naturalne” wyczerpują się z powodu działalności człowieka. Przy czym może to oznaczać fizyczne raz dane zasoby (np. rudy czegoś) albo zasoby odnawialne, czyli lasy, czyli czysta woda, wreszcie klimat. Trzeba też rozróżnić sytuacje lokalne i globalne. Np. globalnie liczba ludzi może być stała, ale lokalnie przyrastać, zagrażając odnawialnym zasobom.
    .
    Oczywiste jest, że wiele procesów optymalizujemy i osuwamy granicę, powyżej której jest przeludnienie. Tak jest z produkcją rolną, energią. Ale to nie znaczy, że tej granicy nie ma. Zaburzamy naturalne procesy ekologiczne w skali więcej niż lokalnej. Zmiana klimatu jest tego najlepszym przykładem, bo to zmienia wszystko. Oczywiście zasobożerność ludzkości nie wynika tylko z liczby ludzi, ale w dużym stopniu od niej zależy.

  4. Wydaje mi się, że w kontekście przeludnienia nie można zapominać o migracjach ludności spowodowanych zmianami klimatu. W kolejnych dekadach coraz większa część Ziemi nie będzie nadawała się do zamieszkana z powodu upałów, suszy i itd. Dodajmy do tego konflikty zbrojne i mamy rzesze ludzi, którzy będą szukać lepszego miejsca do życia – a przecież wszyscy się w Europie nie zmieścimy.

  5. Tu jest błąd:
    „W roku 1800 p.n.e. ludność na świecie liczyła sobie około 5 milionów osób Homo sapiens, czyli tyle, ile mniej więcej liczy dzisiaj Słowacja. Populacja rosła powoli przez 10 tysięcy lat, aż w końcu osiągnęła 1 miliard w 1800 roku n.e. „

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *