To, czego moim zdaniem bardzo brakuje w polskich szkołach, to nauczanie o błędach poznawczych, rozpoznawaniu ich i demaskowaniu. Niewiele działań edukacyjnych mogłoby w tak prosty sposób i  niewielkim kosztem wspomóc nas w walce z fake newsami, fałszowaniem rzeczywistości, uleganiem populizmowi i epidemiami teorii spiskowych w Internecie, jak uczenie o „zaułkach logiki”, które na pierwszy rzut oka mogą się wydawać sensowne. Chciałem przybliżyć dzisiaj kilka z nich.

błędy poznawcze
Herzyk

Błędy poznawcze to sposoby myślenia, które wprowadzają osobę je stosującą w zafałszowane postrzeganie rzeczywistości. Są czymś, co występuje u nas bardzo często. Mogą wynikać na przykład z uproszczonego wnioskowania, które tysiące lat temu pozwalało przetrwać w małych społecznościach, ale dzisiaj, w wielkich populacjach działa to często na niekorzyść naszą, jak i ogółu. Dlaczego? Bo niejednokrotnie podejmujemy przez to złe decyzje. Zarówno w odniesieniu do jednostek, w życiu prywatnym czy w pracy, jak i w skali społeczeństwa, miast czy państw, politycznie. Co gorsza, przekonani o słuszności błędnego wnioskowania grzęźniemy w zakłamanej rzeczywistości i nasze decyzje, niczym kula śnieżna w deszczowy dzień, kumulują się pogrążając nasze szanse na wyciąganie logicznych wniosków i podejmowanie racjonalnych rozwiązań.

Efekt nieomylności
Zauważyliście, że im ktoś jest głupszy, tym bardziej pewny siebie i tym mniej przejmujący się opinią innych oraz faktami? Zjawisko to zostało zbadane przez Davida Dunninga i Justina Krugera, za co otrzymali alternatywnego Nobla – antyNobla w dziedzinie psychologii. Badali oni pewność co do posiadanych zdolności u osób nie mających pojęcia o czym mówią, u takich, którzy mieli jakąś wiedzę i u ekspertów. Wyniki pokazały, że ignoranci zdecydowanie zawyżają swoje umiejętności w swojej samoocenie, podczas gdy osoby znające się lepiej – zaniżają. Zjawisko to znane było już w XIX wieku. Karol Darwin powiedział „Niewiedza znacznie częściej wywołuje uczucie pewności siebie, niż posiadanie wiedzy: to właśnie osoby, których znajomość nauki jest niewielka, a nie te, które posiadają o niej rozległą wiedzę, są tak absolutnie przekonane o tym, że tym lub ów problem nie zostanie nigdy rozwiązany przez naukę” i miał rację. Musiał się regularnie ścierać z kreacjonistami, od podszewki poznał więc w praktyce zjawisko Dunninga-Krugera.

Efekt Dunninga-Krugera
Herzyk

Autorytety
Jest to błąd poznawczy, któremu ulegają często także racjonaliści. Chodzi o argumenty autorytetu. Ignorowanie faktów, bo ktoś poważany ma taką czy inną opinię. Czasem zdarza się, że gdy ktoś osiągnie szczyty w swojej dziedzinie, zaczyna czuć się ekspertem od wszystkiego i zaczyna wygłaszać absurdalne poglądy. Naukowcy nie są na to odporni, czego najlepszym przykładem był Linus Pauling, dwukrotny laureat Nagrody Nobla (z chemii i pokojowej), który popadł w pseudomedyczną paranoję m.in. w sprawie witaminy C. W biologii pseudonauce uległa Lynn Margulis, biolożka która udowodniła słuszność teorii endosymbiozy. Trzeba więc pamiętać, że choć warto brać opinie autorytetów pod uwagę, to nie należy podchodzić do niej całkowicie bezkrytycznie.

Ignorowanie prawdopodobieństwa
Można by podać tutaj wiele przykładów błędów poznawczych. Generalnie skupiają się one wokół irracjonalnej oceny prawdopodobieństwa i cechują szczególnie wyznawców teorii spiskowych. Na przykład antyszczepionkowcy bardziej boją się skrajnie rzadkich i niemal zawsze niegroźnych odczynów poszczepiennych, niż zagrażającej zdrowiu i życiu chorobie. Jeśli media mówią w kółko o zamachach, to boimy się lotu samolotem albo przejazdu zatłoczonym metrem, choć okazuje się, że ryzyko zginięcia w zwykłym wypadku samochodowym jest znacznie większe, a zamachów terrorystycznych organizowanych przez zachodnioeuropejskich nacjonalistów w drugiej połowie XX wieku było w Europie więcej, niż obecnie przez nacjonalistów islamskich. Nie jest to oczywiście argument za tym, by ignorować aktualne zagrożenie.

Ignorowanie prawdopodobieństwa
Herzyk

Anegdotki
Trafiłem niedawno na dziwny, szeroko obrazkowany artykuł pewnego portalu, mającego także podstronę o „nauce” (w rzeczywistości promującego bzdury spod hasła „chemioterapia leczy tylko 2% przypadków”). Był on o typowych, kobiecych nawykach, do których żadna się nie przyznaje. Nie pamiętam wszystkiego, ale znalazła się tam m.in. informacja o tym, że dziewczyny lubią wkładać sobie ręce do majtek. Inne „zwyczaje” były w większości równie „nietypowe”. W komentarzach było mnóstwo oburzenia: To bzdura, ja nigdy tak nie robię! W tym momencie widać już do czego zmierzam. To, że pojedyncze osoby czegoś doświadczyły nie oznacza, że można to przekładać (w nauce nazywa się to ładnie ekstrapolacją) na ogół. Owszem, przeżycia danych osób mogą być istotne i być może coś oznaczają, ale bez sprawdzenia tego i poparcia dodatkowymi danymi należy nie prognozować na tej podstawie na całą czy sporą część populacji.

Cherry-picking
Czyli wybiórczość w dobieraniu argumentów. Zwolennicy pseudonauki są w tym naprawdę dobrzy (tak samo jak politycy w kwestiach ideologicznych czy gospodarczych). Co z tego, że wszystkie fachowe publikacje naukowe z dobrych czasopism, recenzowane, opisujące poprawnie metodologiczne badania mówią, że mamy do czynienia z globalnym ociepleniem wywołanym działalnością człowieka, jak denialiście klimatycznemu (czyli osobie twierdzącej, że globalne ocieplenie nie istnieje lub że nie odpowiada za nie człowiek) wystarczy jedna opinia nic nie znaczącego geologa negującego fakty, nie mającego pojęcia o klimacie? Zawsze można się wspomóc bezsensownym argumentem erystycznym, że ci, którzy się ze mną nie zgadzają, są elementem światowego spisku naukowców przeciwko ludzkości. Bez znaczenia jest to, że nie ma na to dowodów i że jest to absurd, ważne, że pasuje pod tezę.

Cherry picking
Herzyk

Bańka informacyjna
Za sprawą social mediów, głównie Facebooka, tworzenie się baniek informacyjnych jest dziś zdecydowanie bardziej powszechne, niż kiedyś. Ludzie o podobnych poglądach odnajdują się bez problemu w tematycznych grupach. Jeśli jacyś znajomi przejawiają sprzeczne zainteresowania, to o ile nie jest to ktoś ważny czy bliski, wyrzuca się go ze znajomych. W efekcie przeglądając Facebooka mamy wrażenie, że wszyscy wokół przejawiają poglądy podobne do nas. Gdy usłyszymy, że w sondażach wyszło inaczej, niż uważamy, zaczynamy wmawiać sobie, że to pewnie jakieś oszustwo, bo jak większość Polaków i Polek może być za szczepieniami, skoro wszyscy moi znajomi to przeciwnicy szczepień? W rzeczywistości takimi się po prostu otoczyliśmy. Kiedyś zjawisko to było typowe przede wszystkim dla ludzi religijnych, teraz dzięki Facebookowi dotyczyć może właściwie wszystkiego.

Podstawowy błąd atrybucji
Idzie jakaś otyła osoba. Co myśli przecięty Kowalski? Zapewne coś w stylu „Co za gruba krowa, pewnie się obżera po nocach, a potem będzie ze swojej głupoty zajmowała kolejki w NFZ, bo cukrzycy dostanie”. Gdy komuś nie powiodło się na studiach, z pewnością znajdą się tacy, którzy z góry zrzucą to na nadmierne imprezowanie. A jak w kolejce do kasy stoi przed nami ktoś, kto kupuje kilka paczek chipsów, zastanawiamy się, co to za idiota, co o zdrowiu nie myśli. Nie przyjdzie nam w pierwszej chwili do głowy, że może kupuje to na przykład na jakiś piknik dla wielu osób. To jest właśnie błąd atrybucji. Zakładamy z góry, że ktoś sam jest sobie winien. Takie podejście wzmacnia slogan o byciu kowalem własnego losu. Uważam, że jest on do pewnego stopnia prawdziwy, ale na mnóstwo wydarzeń wpływu nie mamy, np. na to gdzie się urodziliśmy albo jacy byli nasi nauczyciele, a to w ogromnym stopniu kształtuje naszą przyszłość. Dobrze jest przy ocenie sytuacji temu błędowi poznawczemu nie podlegać.

Podstawowy błąd atrybucji
Herzyk

Błędów poznawczych jest znacznie więcej, ja opisałem tylko kilka z nich – te częstsze, bardziej pospolite. Powszechność ich wyeliminowania powinna być priorytetem. Muszę też podkreślić, że każdemu zdarza się popadać w takie nieracjonalne myślenie, choćby był pierwszym obrońcą rozumu. Jak wspominałem na początku, może to mieć swoje zalety, czasami wydedukowany na podstawie błędu poznawczego wniosek okazuje się być prawdziwy. Ważne jest tylko, byśmy mieli tego świadomość i dopóki nie mamy wiedzy i nie jesteśmy bliscy pewności, musimy bardzo ostrożnie wygłaszać opinie i osądy. 

Udostępnij na Google Plus

O autorze

Łukasz Sakowski. Biolog z Poznania. Czytaj więcej
    Blogger Comment
    Facebook Comment

53 komentarze :

  1. Tak na marginesie teorii spiskowych. Przez lata jak ktos mówił o innych (gorszych u nas) produktach tej samej marki, nazwy i typu np. proszków do prania, czy czekolad. Był nazywany oszołomem i pewnie zakwalifikował byś jego argumentację do jednego z "błędów poznawczych". Tymczasem właśnie w tej chwili oglądam materiał Polsatu właśnie informujący iż rzeczywiscie proszki mają u nas mniejszą zawartość substancji czynnych, a czekolada ma mniej kakao...
    Ale się porobiło. Wyznawcy teori spiskowych okazali się mądrzejsi od "logików"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumowanie autora komentarza to świetna ilustracja punktów 1 i 4, w pewnym zakresie 3 okraszona na koniec nieuprawnionym uogólnieniem.

      Usuń
    2. Jeżeli uważasz że neguje to wartość jego argumentu to bardzo mi przykro, informacje o gorszej jakości produktów spożywczych zostały potwierdzone przez samego premiera Słowacji.

      Premier Słowacji Robert Fico stawia pod pręgierzem międzynarodowe koncerny. Jego zdaniem nie do przyjęcia jest to, żeby w postkomunistycznych krajach na rynku były produkty o takich samych markowych nazwach, ale o gorszym składzie niż w Zachodniej Europie. Te praktyki nazywa „poniżającymi”.

      Za http://www.dw.com/pl/krytyka-z-europy-wschodniej-mamy-jedzenie-gorszego-sortu/a-37787841

      Ciężko się nie zgodzić że niegdyś takie rozumowanie zostałoby wyśmiane, ponieważ dowody na nie nie istniały w szerszej świadomości społeczeństwa. Dla mnie drogi anonimie popełniasz błąd autorytetu w odniesieniu do artykułu, a co za tym idzie - do autora. Teorie spiskowe czasem okazują się być prawdą, np.
      http://www.wykop.pl/artykul/3479311/teorie-spiskowe-ktore-okazaly-sie-prawda/
      A co za tym idzie - dyskwalifikowanie "teorii spiskowych" z racji niewiarygodnego brzmienia i pejoratywnej etykiety również zakwalifikowałbym jako błąd poznawczy.

      […] termin został wymyślony i wprowadzony do szerokiego obiegu kilkadziesiąt lat temu przez CIA po to, by oczerniać ludzi kwestionujących oficjalną wersję zabójstwa JFK (John F. Kennedy – przypis). Kampania CIA spowodowała popularyzację terminu „teoria spiskowa ” i stała się celem kpin i wrogości.

      Za https://www.odkrywamyzakryte.com/teorie-spiskowe/

      Teorie spiskowe miały i wciąż mają za zadanie ośmieszać same wydarzenia, nadawać im charakter negatywny, zatajać niewygodne fakty, dyskredytować przeciwników. Mają ośmieszać ludzi zdolnych do niezależnego myślenia, ich zwolenników i autorów. Nadanie negatywnej etykiety samej strukturze teorii spiskowej oraz jej autorowi klasyfikuje ich w wymiarze „głupoty”, „wymysłu”, „imbecylizmu”,

      źródło jak wyżej.

      Zatem zalecam z dystansem podchodzić do pogardy wobec "teorii spiskowych".

      Usuń
    3. Nie mogę powiedzieć gdzie, ale pracowałem dla producenta proszków. Nie powiem w jakim kraju, ale produkcja na wschód oznaczała więcej wypełniacza, mniej środka piorącego. Według producentów sami sobie jesteśmy winni, bo wlewamy zbyt dużo środka (nie według instrukcji)...

      Usuń
    4. Jeśli chodzi o proszki, to istotnie tak, jest to świadome działanie koncernów, ale wcale nie będące oszustwem.
      Po prostu badania w Polsce wykazały że polscy użytkownicy proszku do prania zdecydowanie do przedawkowują (zasypują do pełna szufladę w pralce, albo sypią na oko 2x tyle ile trzeba).

      Żeby zachować wysoką jakość prania, a jednocześnie przystępną cenę, trzeba te proszki na nasz rynek po prostu rozcieńczyć żeby było dobrze.

      To jest bezpośredni powód.

      Usuń
    5. drogi anonimie zapomniałeś o punkcie 7 i 13częściowo ;-DDDD

      Usuń
    6. Także nie mogę powiedzieć w jakiej firmie, ale pracowałem u bardzo dużego producenta proszków i płynów do prania w Polsce. Uwierzcie mi, że wszelkie stare formuły proszków przepadły bezpowrotnie. Ciągłe "oszczędzenia" na formule to zmora takich koncernów. Jak tylko jakiś pracownik wykaże, że pomniejszona ilość danego składnika nie wpływa na jakość prania to biegiem to wprowadzają, robią badania i bach na rynek, a z rocznych oszczędności lecą premie. Produkcja jest wtedy wyżyłowana do granic możliwości. Różne formuły do różnych krajów ? Całkiem możliwe... ale dość zawiłe produkcyjnie ( zwłaszcza w dziedzinie proszków/płynów ). A to, że na przykład mniej czekolady w czekoladzie... cóż, pozwalają na to polskie przepisy. I w polskich przepisach tkwi wiele problemów i w tym cały pies pogrzebany.

      Usuń
    7. Akurat to z gorszą jakością produktów na rynek B (głownie kraje postkomunistyczne) to prawda. Dotyczy to praktycznie każdego produktu sprzedawanego masowo. Dobrym wskaźnikiem jest instrukcja obsługi czy skład podany na opakowaniach, te lepszej jakości można poznać po braku języka polskiego. Dotyczy to również komputerów (Toshiba seria notebooków Sattelite) i wielu innych produktów. Sporo czasu zastawiałem się co jest tego przyczyną. Przyczyną są klienci, po prostu mamy niskie wymagania i to wystarczy.

      Usuń
    8. Jedna niescislość - różnice w stopniu skondensowania niektorych produktów wynikają ze starej mentalności: ludzie wsypywali proszku na oko - nic by nie dały zapewnienia ze mniejsza ilosc wystarczy, bo produkt jest skondensowany. W Niemczech zaczeto z tą mentalnoscią walczyc wiele lat wczesniej, niż u nas, bo na polski rynek ich produkty wprowadzone byly pozniej. I u nas byli zmuszeni od podstaw walczyc z mentalnoscia "wiem lepiej niz jest w zaleceniach producenta", kiedy w Niemczech juz walka trwała dobre 20 lat, a środki piorace były już calkiem zagęszczne. I dzieki temu ze zaczeli od mniej skondensowanych form na polskim rynku, nie marnowalismy ich, wspypujac dwa razy wiecej niz potrzeba. Potem stopniowo byly one zageszczane przy reklamach jasno mowiących "wystarczy mniejsza ilosc, środek kondensowany". I tak doganamy powoli niemców. Niestety proces ten wymagal czasu.
      A jesli uwazasz ze nam dawali rozcieńczone bo polacy nie zasluguja wedlug nich na dobry produkt, to faktycznie twoja opinia jest godna oszołoma. Bo to że dostaliśmy niektóre produkty mniej skondensowane na początku, bylo jak najbardziej z korzyscią dla nas. I doszukiwanie sie w tym spisku jest własnie przykładem błedów rozumowania.

      Usuń
    9. Hmm, producenci proszków martwią się o nasze kieszenie? martwią się także, byśmy za dużo proszku nie wsypywali? Naprawdę? Wychodzi na to, że producenci proszków strasznie o nas dbają, dlatego mamy więcej nic nie wartego wypełniacza. Ciekawe jakie argumenty mają producenci czekolady.

      Usuń
  2. "A to badania które wskazują że tak nie jest"

    Oj oj to dość spory błąd. Od kiedy to badanie sugeruje, że czegoś nie ma, a nie że na coś nie ma dowodów? Popper się kłania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, że czegoś nie ma, tylko, np. że korelacja jest ujemna. A to zasadnicza różnica.

      Usuń
    2. > Od kiedy to badanie sugeruje, że czegoś nie ma

      Badanie jak najbardziej może udowodnić, że czegoś nie ma. Na przykład: mogę łatwo udowodnić, że nie ma 100-metrowej piramidy na szczycie Giewontu.

      Usuń
    3. Dokładnie. Dziś nauka jest przepełniona naiwnym, źle rozumianym empiryzmem. Nie tylko Popper, ale także Bertrand Russell się kłania. Problem indukcji i arogancji epistemologicznej jest dziś żywy jak nigdy wcześniej. Naukowcy są dziś pewni siebie jak nigdy dotąd, nie mają odwagi przyznać, że nie powinno im się ufać w 100%, jest wręcz przeciwnie. Przeciętni ludzie może nie są wykształceni, ale rozumieją zasadę #skininthegame, czyli, że ekspozycja na konsekwencje własnych działań (symetria) jest ważna. Widzą, że NIGDY nie wyciągnięto wobec naukowca, który popełnił błąd, a rozpowiadał to co myśli na prawo i lewo KONSEKWENCJI. Powoduje to asymetrię. Socjolog, psycholog, ekonomista, ale też profesor nauk medycznych rzuca pewne stwierdzenia we wpływowych kręgach. Prowadzi to do realnych działań, na których mogą zyskać lub stracić zwykli ludzie. Strata profesora często nie występuje - zobaczcie, ilu ekonomistów, którzy zaprzeczali możliwości pojawienia się kryzysu przed 2008 wciąż piastuje ważne stanowiska!. U części ludzi skutkuje to popadaniem w totalny "szuryzm", ale jeszcze większa arogancja ze strony środowisk naukowych (a w zasadzie PSEUDO naukowych, bo dzisiejsza akademia to często wykształceni idioci, kukły podpisujące się pod wtórnymi publikacjami w tendencyjnych periodykach naukowych, którzy nawet nie potrafią odróżnić niepewności od ryzyka). Polecam poczytać również o replication crisis. Pseudonaukowcy nie widzą, że i gdzie popełniają błąd. Niestety, perspektywa jest niewesoła.

      Usuń
    4. skrót myślowy

      Usuń
  3. Nie ma sensu edukowac polakow. Lata mieszkalem w polsce, teraz prowadze biznes w Londynie i widze wyraznie, ze polska jest juz stracona.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dla mnie to jest stracony Londyn i Anglia, dlatego też wróciłem z emigracji po długich latach

      Usuń
  4. najgorszy jest typ ktory mysli ze skoro jakas teoria jest bartdziej popularna to jest faktem a ta mniej poopularnia w msm to klamstwa i wierzenia debilow. widac jak duzo takich idiotow po wynikach jakie osiaga pis/po/m/kukiz konserwatysdci w uk albo republikanie i demokraci w usa

    OdpowiedzUsuń
  5. Zaprezentowany przez autora tekst jest bardzo ciekawy jako punkt wyjścia do dyskuji na temat metod manipulacji opinią publiczną. Słusznie autor zauważa, że błędy poznawcze mają swoje źródło w przystosowaniu ewolucyjnym człowieka (choć zapewne można to rozszerzyć i na inne gatunki). Sposób uczenia się polega na obserwacji otoczenia i wyciągania wniosków z powtarzających się zjawisk. Bywa, że prowadzi to do uproszczeń i nieprawdziwych wniosków, ale w skali ewolucji się opłaca (przesadna obawa moze być korzystniejsza niż racjonalna kalkulacja wynikająca z rachunku prawdopodobieństwa, tym bardziej, że nie zawsze wszystkie czynniki określające to prawdopodobieństwo są znane). Trzeba się też wystrzegać pewnych uproszczeń, związanych z izolowaniem zjawisk od szerszego kontekstu. Błędu tego nie ustrzegł się autor przywołujac przykład statystyk związanych z zamachami terrorystycznymi. Nie wchodząc w podważaną wiarygodność tych statystyk, zjawiska terroryzmu nie można sprowadzać do samej liczby ofiar.
    Podobnie niepokojąco brzmi próba dyskredytacji krytyków Darwina czy globalnego ocieplenia. Obecnie nauka przekonywująco stanęła po stronie ewolucji, ale trzeba pamiętać, że dojście do konsensusu naukowego wymaga wielu krytycznych analiz i nauka niejako ma prawo, a nawet obowiązek bycia sceptyczną co do uzyskiwanych wyników, nawet jeśli czasami zboczy w ślepy zaułek. Mądry badacz będzie wystrzegał się wpływu własnych przekonań (= wiary!) w ocenie teorii naukowych.

    OdpowiedzUsuń
  6. Kształt obecnego świata (z szerokim dostępem do internetu na czele) sprawiają, że moim zdaniem w szkołach powinno się uczyć nie tylko o błędach poznawczych, ale i weryfikacji źródeł, podstaw statystyki czy elementów metodologii naukowej :) Dużo z tego da się zrobić przez zabawę, a w liceum ludzi tuż przed pójściem na studia to już w ogóle powinno się przycisnąć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ocena informacji jest w standardowym programie nauczania. Jeśli nie zawodzi mnie pamięć to podajże na lekcjach Wiedzy o społeczeństwie jako rozróżnianie opinii i faktów. Problem jest taki, że mało osób myśli że kiedyś mu się to przyda :)

      Usuń
    2. Z częścią się zgadzam (ja na przykład na studiach miałam statystykę grubo zanim dotarło do mnie, że będzie mi potrzebna), ale z częścią bynajmniej. Przecież właśnie pisanie arbitralnym tonem wszystkiego "jakby to były fakty" to właśnie domena ziębitów ;) Oni nie mówią: "ja wierzę, że wlewy z witaminy C działają", tylko: "tu jakieś tam badanie na 5 osobach, bez ślepej próby, z altmedowego pisemka dowodzi że działa, więc tak musi być!" Weryfikacja fakt/opinia nic tu nie pomoże ;)

      Usuń
    3. Sedi - mój syn to ma... Kpina z myślenia. Natomiast kwestia rozeznania manipulacja/informacja była ŚWIETNIE wykladana na politologii za czasôw PRL (rzecz jasna tylko w oparciu o przyklady z zachodu ;) )

      Usuń
    4. Program nauczania w szkołach realizowany jest w skandaliczny sposób. Mamy poważny, systemowy problem z podejściem nauczycieli do ich pracy. Efekty widzimy.

      Usuń
  7. artykuł sponsorowany, artykuł sponsorowany, art...

    OdpowiedzUsuń
  8. Stąd krytyka popperyzmu. I to nie jest tak, że nie masz racji. Właśnie stąd "badania które wskazują, że tak nie jest" zamiast "badania które udowadniają, że tak nie jest".
    Argumentowanie, że N badań nie dało nam żadnych dowodów na to, "że tak jest", jakkolwiek w myśl niektórych podejść filozoficznych prawdziwe, po prostu źle działa na ludzkie umysły, sugerując, że:
    - jakieś kretyny nie umiejo udowodnić
    - badali nic i niczego nie dowiedli
    - potrzeba winyj badać
    - nie wiemy niczego, trzeba wrócić do natury.
    [powiedzmy, że przejaskrawiam, ale spróbuj udowodnić antyszczepionkowcowi na tym gruncie, że szczepionki nie powodują autyzmu. Albo drętwienia małego palca prawej stopy. Powodzenia]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma sensu próbować udowadniać antyszczepionkowcowi, że szczepionki nie powodują autyzmu, bo jak sam przyznajesz, dowodu takiego nie ma i praktycznie rzecz biorą istnieć nie może (teoretycznie może, jeżeli uznajmy "chaos deterministyczny"). Skoro dowód nie istnieje, to decyzja o tym, czy szczepionkę przyjąć, czy też nie jest podejmowana w domenie nie tylko ryzyka (nie jesteśmy w stanie policzyć jakie jest prawdopodobieństwo, że szczepionka spowoduje powikłania, ani że uratuje nas przed chorobą, przed którą ma chronić, możemy tylko szacować w oparciu o model statystyczny, co do którego słuszności nie ma pewności, ani nawet miary, jakim błędem jest obarczony!). W związku z tym cały konflikt szczepionkowcy vs antyszczepionkowcy nie odbywa się w domenie sporu o obiektywną rzeczywistość, a o to, kto podejmuje decyzje i kto ponosi jej konsekwencje. Głównym problemem jest to, że podyktowana racjonalną obawą o efekty jatrogeniczne szczepionek decyzja o nieszczepieniu może dotknąć także osoby, które podjęły decyzję przeciwną w racjonalniej obawie przed chorobami, które szczepionka może uczynić niegroźnymi. Pozostawienie wolności narusza bezpieczeństwo szczepionkowców, a z drugiej strony przymus sprawia, że instytucja centralna podejmuje decyzje za wszystkich obywateli nie ponosząc adekwatnych konsekwencji w przypadku błędnej decyzji. Moim zdaniem rozwiązanie problemu musi się opierać na dobrowolności i edukajci. Albo środowisko akademickie spuści z tonu i zamiast pompatycznie upominać niepokornych obywateli i nakładać na nich kary rękoma urzędników państwowych zacznie ich przekonywać, tak, by to była ich decyzja, uświadamiając przy tym, że nie szczepiąc się mogą szkodzić tym, którzy mają inne odczucia. W efekcie albo się zaszczepią, albo zostaną odseparowani od reszty społeczeństwa poprzez mechanizm ostracyzmu (powstaną szkoły, przedszkola, sklepy, parki, w których nie są mile widziane osoby niezaszczepione na X). Inna możliwość to wyciąganie większych konsekwencji od decydentów w przypadku popełnionego błędu, tak, by ludzie czuli, że decydenci mają coś realnego do stracenia.

      Usuń
    2. Dobre!
      Dokladnie tak samo jest z GMO. Większość protestujących i tak robi rzeczy dużo bardziej szkodliwe, więc nie o szkodliwość chodzi ale o wyobcowanje. O to że gdzieś w jakies korporacji, na jakieś uczelni lub w jakimś urzędzie, jakiś ktoś podejmuje decyzje odnośnie naszego zdrowia, na co zadnego mandatu nie posiada.

      Usuń
    3. Czy o wolności i edukacji byśmy mówili również w przypadku, powiedzmy, przepisów ruchu drogowego? Nie mamy wyboru, musimy ich przestrzegać, nawret jak gdzieś się bardzo spieszymy. Co byśmy sądzili o ludziach, którzy racjonalnie uważają, że tracą sporą część życia czekając na czerwonych światłach i jest to realna strata (albo powoływali się na eksperyment z montany, gdzie usunięto ograniczenia prędkości) a wypadku nigdy nie mieli? Albo takich którzy otrzymują realne komplikacje w związku małżeńskim kiedy nie wrócą z imprezy, a wypadek wywołany jazda po pijaku jest tylko teoretyczny?

      Odkąd nie żyjemy w głuszy musimy liczyć się z całością społeczeństwa. Tak już jest.

      Usuń
    4. @Anonimowy z 19.10.17 09:44:
      Trochę wyminąłeś sedno problemu, o którym pisałem i uderzyłeś w skrajny indywidualizm. Wcale nie chodzi o to, żeby nie liczyć się z całością społeczeństwa, a wręcz w pewnym sensie przeciwnie. Dziś osoby podejmujące decyzje (lub wpływające na kształt tych decyzji) dotyczące w istotnym stopniu nas wszystkich nie muszą się z nikim liczyć. Politycy, przedstawiciele nauk społecznych, eksperci wszelacy, dziennikarze, ekonomiści, doradcy - słowem, specjaliści od gadania. Gadanie jest tanie. Gdy gadaniem wpłyniesz na jakąś decyzję i okaże się ona błędna - w praktyce nic nie tracisz.

      Dygresja/Przykład mechanizmu ze starożytności: Architekt, który projektował most, musiał potem mieszkać wraz z całą rodziną pod tym mostem. Do dziś wiele mostów z czasów starożytności przetrwało, pomimo ograniczonej wiedzy i technologii projektantów. Z dzisiejszego punktu widzenia te konstrukcje były nieoptymalne. Jednak w naturze mało co jest "optymalne" w takim sensie, w jakim rozumieją to współcześni intelektualiści. Dzisiejszy ekspert powiedziałby, że posiadanie dwóch płuc, czy dwóch nerek jest nieoptymalne, ponieważ kosztuje to mnóstwo energii, a pracę mogłoby wykonać jedno płuco i jedna nerka. Natura opiera jednak swój sukces na redundancji, nie zaś naiwnie i krótkowzrocznie rozumianej optymalizacji kilku wybranych wskaźników. Podobnie starożytni architekci woleli zabezpieczyć konstrukcje na zapas.

      Wracając do społeczeństwa, dziś procesy decyzyjne kierowane są względami optymalizacyjnymi, choć w przypadku szczepień można odnieść wrażenie, że chodzi o bezpieczeństwo. Niestety nie istnieje żaden widoczny i sprawny system bodźców i kar, który zagwarantowałaby przeprowadzenie rzetelnego procesu decyzyjnego w kwestii szczepień. Podobnie rzecz się ma niestety z globalnym ociepleniem. Problem istnieje, może okazać się poważny, ale nie istnieje jego rozwiązanie w obecnym paradygmacie naiwnej optymalizacji. Dziś niestety ludzie częściej niż rozumem kierują się wiarą. Nie w boga, lecz w ekspertów i decydentów, których uważają za uczciwych, którzy ich zdaniem dołożą wszelkich starań, by decyzja była korzystna dla wszystkich. Aż nie chce się wierzyć, że ludzie są aż tak naiwni.

      Usuń
    5. Dobre wypowiedzi w tym wątku. Przynajmniej częściowo, ale mają potencjał więc zapytam.
      Może będziecie pierwszymi, którzy mają jakąś sensowną teorię lub nawet dowody na temat w jaki sposób nie szczepiący się stanowią zagrożenie dla szczepiących?

      Usuń
    6. Im mniej zaszczepionych na dana chorobe (np. Odre) tym wieksze ryzyko epidemii. Odra jest bardzo zakazna choroba i przy wybuchu epidemii moze dotknac nawet osoby ktore zostaly zaszczepione ale nie doszlo u nich do serokonwersji, nie wspominajac o dzieciach ktore nie zdazyly byc zaszczepione :(

      Usuń
    7. "dobrowolności i edukajci" - a sama edukacja? powinna być dobrowolna czy przymusowa?

      Usuń
    8. Zastanawiam się jakie błędy poznawcze sprawiają, że zaślepieni antyszczepionkowcy stają naprzeciw zaślepionych szczepionkowców, a nikt, dosłownie nikt, nie porusza sedna problemu. Oczywiście, że szczepić, jednak wprowadzić ostrzejszą weryfikację szczepionek i usprawnić procedury rejestracji odczynów poszczepiennych. Rozpowszechnianie teorii antyszczepionkowych wynika z ignorowania przez lata realnego niepokoju rodziców, który zaczął się od tych najbardziej świadomych. Kiedy wypytałam znajome lekarki, które rodziły dzieci w ostatnich latach, okazało się, że każda szczepiła dziecko szczepionką sprowadzaną z zgranicy, bo nasze są przestarzałe i nie mają najlepszych notowań. A te z ostatnich 2 lat, nie robiły tego w pierwszej dobie, tylko ok. 3m-ca. Słynna ucieczka młodych rodziców z dzieckiem doprowadziła do wycofania zabiegu Credego i objawienia, w jak nikłym procencie szpitali są prowadzone nowoczesne standardy opieki okołoporodowej. Poza tym obecnie, chyba co najmniej naiwnością jest wiara, że lobby koncernów medycznych nie ma wpływu na listy leków rekomendowanych itp. Nie mówiąc już o ukrywaniu statystyk skutków ubocznych wielu. Nawet tak spektakularne sztandarowego talidomidu, długo były zamiatane pod dywan. Więc nie dziwmy się masowej utracie zaufania do lekarzy,rządów, eksperów. Dodając do tego powszechną niechęć do głębszego wnikania w temat (której nie ustrzegł się też autor dobierając przykłady), mamy skutek w postaci wysypu teorii spiskowych i bzdur typu płaskoziemcy i chemtrials. A wyśmiewanie, niestety, tylko bardziej uwierdza zwolenników w przekonaniach...

      Usuń
    9. Anonimie pierwszy (zły anonimie;) bez obrazy, to tak dla rozróżnienia). Czy jest to twoja teoria związana z ryzykiem epidemii czy opierasz ją na jakieś innej? Przypuszczam, że nawiązujesz tutaj do teorii odporności stadnej, która tak na prawdę powinna wziąć udział w plebiscycie na biologiczną bzdurę stulecia. Teoria ta została obalona przez samą siebie już dawno temu. Opiera się ona na dwóch błędnych założeniach:
      wyszczepialność=odporność
      każdy ma kontakt z każdym.
      Nawet na ulotkach niektórych szczepionek jest napisane, że działają od kilku do kilkunastu lat czyli większość populacji dorosłych jest nieuodporniona czyli tak jakby nie zaszczepiona. Idź sobie jeden z drugim zbadać przeciwciała to sam się przekonasz. A nawet jeśli masz jakieś przeciwciała to łapiesz się w następną bzdurę biologiczną polegającą na zerojedynkowej ocenie twojej odporności. Działa to tak (przykład ogólny dla zobrazowania):
      masz poziom przeciwciał na poziomie 6 (w skali od 1 do 10) czyli... uwaga... jestes odporny:). Jakbyś miał 5 to juz nie jesteś. Zero jedynkowość kryteriów oceny badań jest żenującym, nagminnym uproszczeniem, na którym opiera się później równie żenujące wnioski.
      Ale wracając do sprawy. Wyznawca teorii odporności stadnej opartej na odsetku wyszczepialności musi mieć świadomość, że to nawet nie jest tylko teoria, to jest akt wiary oparty na dogmacie. Nawet nazwa tej teorii się nie gadza. Powinna ona brzmieć wyszczepialność stadna a nie odporność stadna.
      Mało tego, oprócz populacji dorosłych u których odporność poszczepionkowa zanikła u świeżo zaszczepionych skuteczność wytwarzania przeciwciał przez zaszczepienie jest ograniczona (jak zły anonim raczył sam zauważyć). Nie wszyscy zaszczepieni uzyskują "wystarczający poziom przeciwciał" nawet po powtórnym zaszczepieniu. Jest szereg badań na ten temat i producenci też sie do tego przyznają. Sukces oczywiście odtrąbiony bo dajmy na to (to tylko przykład) 70% zaszczepionych uzyskuje "wystarczającą" odporność. No i dobrze, tylko dlaczego nikt później nie nanosi poprawek na biologiczna bzdurę stulecia- teorie odporności stadnej.
      Podsumowując, w powyższej teorii, wzór na wymaganą wyszczepialność społeczeństwa jest z du...y i nie ma żadnej kontroli nad tym jaka jest faktyczna _odporność_ stada a nie wyszczepialność. Biorąc pod uwagę populację ludzi dorosłych bez odporności, oraz dzieci, które jej nie nabyły po szczepieniach faktyczna odporność stada wynosić może 50% i o dziwo nie ma epidemii! I możemy podziękować temu, kto stworzył tą samo obalającą się teorie. Nawet nie poruszam tutaj drugiej zmiennej tego wzoru, która jest związana z założeniem, że każdy z każdym ma kontakt, bo chyba się zgodzimy, że to żenada. Warto jednak nawiązać do obawy "złego" Anonima dotyczące dzieci, które nie zdążyły jeszcze być zaszczepione (Anonim kończy tutaj smutnym emoticonem). Czyli, takie dzieci też stanowią zagrożenie będąc członkiem populacji niezaszczepionej?:) Trzeba więc wyeliminować to ryzyko i zaszczepić je w pierwszej dobie na wszystko. Bo jeśli wg kalendarza pierwsze szczepienie na Odre jest w 13 miesiącu to przez rok takie dziecko stanowi zagrożenie dla innych... I w dodatku znacząco wpływa na obniżenie odporności stadnej, bo odsetek noworodków jest całkiem pokaźny.
      ech... szkoda gadać.

      Usuń
    10. Dobry Anonimie:) (czyli ten drugi Anonim, bez obrazy, że cie nazywam tym dobrym;).
      Zauważyłeś tutaj całkiem słusznie, że jedni stają przeciw drugim i nie rozumieją się z tą tylko różnicą, że nie nazwałbym tych obu stron zaślepionymi. Oni są po prostu tak samo ograniczeni, dlatego też stoją po tzw przeciwnych stronach. Prawda jest tylko jedna i jakbyśmy byli w stanie ją ogarnąć to strona byłaby jedna. I tu nie chodzi nawet o błędy poznawcze ale o ograniczenie poznawcze. Ten blog jest stworzony przez zwolennika teorii ewolucji biologicznej. No i właśnie wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i tylko zwierzętami z bardzo ograniczonymi możliwościami poznawczymi. Niestety autor tego bloga zdaje się o tym zapominać. Jest typowym reprezentantem środowiska naukowego które charakteryzuje arogancja (w mojej opinii częsta cecha u wszelkiej maści naukowców) i ciasnota umysłowa związana z wąską specjalizacją. Dodatkowo wszyscy oni ulegają błędowi poznawczemu nr 2 z tej listy (autorytety). Bo czymże jest założenie, że to co publikowane w szanowanych czaspismach naukowych poddane metaanalizom jest słuszne? To czyste uleganie autortytetowi albo czasopisma, albo osobie dokonującej metaanaliz, albo po prostu ludziom z legitymacją naukowca przeprowadzajacym badania. A tym czasem naukowcy to tylko ludzie, ulegający ideom, schematom, mający swoje amibicje, marzenia uwikłani w sieci organizacyjne. Mający swoich przełożony ze swoimi intersami, czasami „parciem na szkło”, mający swoich techników fizycznie wykonjujących badania... itd itp. Jak się bardziej szczegółowo przyjrzeć niektórym badaniom to widać to bardzo wyraźnie.
      Ludzie ze środowiska naukowego sami przyznają, że np konflikt interesów jest poważnym problemem w badaniach naukowych. Sponsorzy badań mają swoje z góry założone tezy oraz mocne lobby. Tego typu problemy są szczególnie widoczne w badaniach dotyczących istoty ludzkiej. O ile badania i postęp w dziedzinach strikte technicznych jest niekwestjonowalny o tyle badania biologiczne w kontekście człowieka są w tzw lesie. Tzw środowisko naukowe ulega polityce, ideom związanym z tzw moralnością, etyką i nie mają narzędzi do badań długoterminowych. Długoterminowy związek przyczynowo-skutkowy jest nie do zbadania. Tzw szeroko pojęta nauka już dawno temu straciła swój autorytet będąc ofiarą własnego zadufania. Publikują sprzeczne ze sobą wnioski. Do niedawna badania dowodziły, że cholestorol dostarczany do organizmu z pożywienia ma wpływ na jego poziom we krwi, a ostatnie badania temu zaprzeczają. Czyli do zwykłych ludzi nie mających czasu na prowadzenie zaawansowanych analiz dochodzi przekaz, że raz twierdza tak a raz inaczej. Ulubione tematy mediów internetowych to przytaczanie badań naukowych, że np raz picie kawy jest ok a raz nie.
      To wszystko powoduje, że tzw szerokopojęta nauka i środowisko z nią związane nie ma już autorytetu lub można by powiedzieć mandatu (w terminologii politycznej) .
      I jak już wspomniałem autor tego bloga nie jest wyjątkiem. Niestety może moja opinia jest krzywdząca, bo nie czytałem wszystkiego co tu opublikowane (po prostu nie zdołało mnie to to zainteresować) ale w mojej ocenie to niestety bieda. Przede wszystkim jak można zajmować się popularyzjacją nauki zupełnie nie rozmiejąc zjawiska _społecznego_ jakim jest wiara w pseudonaukę.
      To tak jakby zajmować się sprzedażą danego produktu nie mając pojęcia dlaczego ludzie wybierają inny produkt. W dodatku mając przeświadczenie, że klienci, którzy wybierają inny produkt są po prostu głupi.

      Usuń
  9. Polecam lekturę bloga "What the Dunning-Kruger effect is and isn’t", który nieco wyjaśni czy aby popularna interpretacja tego wynalazku nie jest mocno nadużywana i sama nie uległa poznawczemu błądzeniu.
    https://www.talyarkoni.org/blog/2010/07/07/what-the-dunning-kruger-effect-is-and-isnt/

    OdpowiedzUsuń
  10. "nacjonalistów islamskich" - hmmm... ja bym raczej napisał "islamistycznych radykałów". Ich ideologia jest z definicji ponadnarodowa, pan-islamska, więc ciężko ich nazywać nacjonalistami. IRA i ETA to są nacjonaliści.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są islamscy nacjonaliści, tak jak są chrześcijańscy nacjonaliści, ale jedni i drudzy głównie w USA. Są też hinduistyczni nacjonaliści - w Indiach. Są i judaistyczni nacjonaliści - wiadomo, gdzie. To są wszędzie grupy mniejszościowe.

      Usuń
    2. Anonimie a co to są "islamscy nacjonalosci" albo "chrześcijańscy macjonalisci" - odnoszę wrazenie iż dość swobodnie robisz zbitgki z pojęć gdzieś zasłyszanych.

      Usuń
  11. Jaką teorię spiskową wspierała Margulis? Czytałam coś u Lane ale chyba mi się zapomniało :)

    OdpowiedzUsuń
  12. gość sam się zapętlił udowadniając że pisze banialuki... hahaha
    poza tym każdy wie że więcej jest głupich niż mądrych...

    OdpowiedzUsuń
  13. No to chętnie się dowiem od autora artykuły, Leicester czarna ospa. Lata 1870-1890 ( około ).
    Jak szczepionki się tam "zasłużyły" w ratowaniu ludzkości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, że antyszczepionkowcy, chcieliby, żeby wymierała cała ta część populacji nieodporna na danego wirusa, byleby tylko nie szczepić i udowodnić, że jednak część ludzi przeżyje i bez szczepionek. Tak?

      Usuń
  14. Autor bloga mógłby nieco ograniczyć anglicyzmy. Wiem, że to dialekt internetowy, ale nie warto go promować.

    OdpowiedzUsuń
  15. Dziękuję za bardzo ciekawy tekst. Raziły mnie tylko anglicyzmy, np potworny "denialista". Mamy adekwatny odpowiednik - negacjonista, zachęcam, by używać tego słowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, ha!: "denialista" jest potworne, a "negacjonista" cacy? Proponuję: "zaprzeczeniacz", czyż nie brzmi arcypolsko? 😜

      Usuń
  16. Jeden krótki artykuł, a w nim: bardziej pewny; bardziej powszechne.Ja myślę, że, można by tak rzec kolokwialnie, to jakby słabo brzmi. Konstrukcja taka jest ostatnio realizowana w wypowiedziach coraz bardziej często.

    OdpowiedzUsuń
  17. Czekamy na kontynuację ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. "Na przykład antyszczepionkowcy bardziej boją się skrajnie rzadkich i niemal zawsze niegroźnych odczynów poszczepiennych, niż zagrażającej zdrowiu i życiu chorobie."
    A może inaczej: antyszczepionkowcy boją się bardziej skrajnie rzadkich odczynów poszczepiennych niż JESZCZE RZADSZYCH W NASZYM KRAJU chorób. Albo jeszcze inaczej: antyszczepionkowcy bardziej boją się rzadkich odczynów poszczepiennych po szczepieniu przeciw odrze, niż w ogóle nie występującej (poza koczowiskami Romów) odry, albo niż jeszcze rzadziej występujących powikłań po odrze. Z punktu widzenia rodzica, który ma dbać o zdrowie konkretnego dziecka, a nie populacji, działaniem racjonalnym jest nie szczepić, ponieważ rzadki NOP jest i tak bardziej prawdopodobny niż powikłania po odrze.

    OdpowiedzUsuń