Kategorie:

Jak lajki i komentarze wpędzają nas w błędy poznawcze

Od czasu do czasu zdarza się, że jakiś mój post czy podlinkowany w mediach społecznościowych artykuł na blogu wywołuje burzę w komentarzach. Czasem to ja, jako autor, jestem obiektem gniewu. Innym razem jest nim sam temat albo kontekst, w jakim postanowiłem go rozpatrzyć. Widać to zwłaszcza wtedy, gdy piszę o GMO i glifosacie oraz braku ich związku z nowotworami, otyłości jako chorobie, globalnym ociepleniu i jego antropogeniczności jako dowiedzionemu, a nie hipotetycznemu zjawisku, płci biologicznej, która występuje wyłącznie w dwóch rodzajach, eksperymentach na zwierzętach, będących niezbędnymi dla rozwoju nauki i medycyny, szczepieniach, które nie powodują autyzmu, homoseksualizmie nie uznawanym przez współczesną psychiatrię za parafilię. Są to tematy oczywiste dla specjalistów, ale budzące w pewnych subkulturach poruszenie.

 

media społecznościowe

Setki, a czasem nawet tysiące komentarzy, wśród których przeważają te negatywne, niejednokrotnie przekraczających granicę krytyki, a wchodzących na obszar hejtu i mowy nienawiści, stały się normą zwłaszcza pod postami z mediów społecznościowych, których algorytmy czy interfejs sprzyjają polaryzacji, radykalizacji i prowadzeniu niemerytorycznych dyskusji. Ludzie widzą coś, co wydaje im się sprzeczne z ich poglądami i wizją świata i od razu zabierają się do zostawienia komentarza, bez zapoznania się z tematem, treścią podlinkowanego artykułu. Oczywiście uogólniam, ale dawniej, gdy przed skomentowaniem trzeba było przynajmniej przejechać kursorem po artykule, by dotrzeć do sekcji komentarzy, siłą rzeczy z jakąś jego treścią, choćby minimalnie, czytelnik musiał się zapoznać. Obecnie dyskusje z komentarzy na portalach czy z for internetowych przeniosły się w znacznej mierze na Facebooka i Twittera, a tam kompletnie nie wiedząc o czym jest artykuł, można go pochwalić albo zmieszać z błotem.

 

Przeczytaj także: Błędy poznawcze, czyli co prowadzi do publicznej głupoty

 

W tym tekście nie będę jednak rozwodził się na temat obszarów, w których media społecznościowe powinny być zreformowane. Nie chcę również pisać o prowadzeniu kulturalnej i uczciwej dyskusji. Dzisiaj moim celem jest zwrócenie uwagi na to, jak w erze mediów cyfrowych – dzięki możliwości komentowania, uproszczonej do takiego ekstremum, jakie opisałem wyżej – autorzy, publicyści, dziennikarze, reporterzy, analitycy medialni, specjaliści wypowiadający się dla mediów, czy wreszcie blogerzy (jak również podcasterzy i youtuberzy) zbyt łatwo i często kompletnie niepotrzebnie ulegają presji ze strony oburzonych komentujących, mając poczucie, że muszą jakoś zareagować, polemizować (co i tak często sprowadza się do pseudopolemik i awantur internetowych, nie do prawdziwych dyskusji), odpowiadać, czasem też przepraszać. Nie chodzi o to, że wymienione czynności są z gruntu złe, bo oczywiście nie są – szczera polemika czy przyznanie się do błędu jest w cenie. Mowa tu o sytuacjach, w których są niepotrzebne i nieuzasadnione, ale dokonywane pod naciskiem komentarzy.

 

Weźmy przykładowy albo i nawet hipotetyczny – żeby nie prowokować kogokolwiek, kto z jego treścią akurat by się nie zgodził – post z Facebooka. Przypadków tego, co dalej opiszę, zgromadziłem wiele na przestrzeni kilku lat prowadzenia bloga naukowego, widziałem je również na rozmaitych innych profilach. Temat hipotetycznego wpisu dotyczy czegoś, co wzbudziło oburzenie u odbiorców. Jest pod nim 788 komentarzy. Na pierwszy rzut oka przytłaczająca większość wydaje się być negatywna. Po dokładniejszym ich sprawdzeniu wychodzi na to, że 516 komentarzy jest ewidentnie krytycznych wobec opublikowanej treści (niezależnie już od tego, czy odnoszą się one do rzeczywistej treści, czy do tej wyobrażonej, dopowiedzianej, znadinterpretowanej). Reszta jest neutralna, pozytywna lub „przypadkowa”, mająca niewiele wspólnego z publikacją. Czyli faktycznie przeważają komentarze sceptyczne.

 

Przeczytaj także: Co to jest denializm?

 

Jednak dokładniejsza analiza pokazuje, że te 516 negatywnych komentarzy napisało w poddyskusjach łącznie 81 użytkowników, podczas gdy pozostałe komentarze pozytywne i neutralne, w liczbie ponad 200, były napisane w większości przez różne osoby. Wygląda więc na to, że powszechne niezadowolenie jest tylko pozorne. Jest wręcz znikome, jeśli rozszerzymy naszą analizę o liczbę pozytywnych reakcji – „polubień” i „serduszek” – których jest pod tym postem ponad 3,4 tysiąca (negatywne reakcje to niecałe 200). Wszakże ludzie zadowoleni mniej chętnie pozostawiają komentarze, do napisania których bardziej mobilizuje gniew i oburzenie. Jeśli dołączymy do tego ogólny zasięg postu, czyli 285 tysięcy użytkowników, okazuje się, że ta negatywnie nastawiona do treści część odbiorców stanowi znikomą część ogółu. Podam wyniki w procentach: liczba osób niezadowolonych w komentarzach stanowi 0,028% wszystkich odbiorców (a robi wrażenie, jakby była przytłaczającą większością, bo rzuciła się w wir komentarzy). Dodatkowo można się pokusić o „analizę jakościową” i sprawdzić profile osób oburzonych. Niejednokrotnie okazuje się, że ich tablice zapełnione są negatywną, narzekającą i antagonizującą zawartością.

 

Niestety niczym nowym nie są też obecnie sytuacje, kiedy na facebookowych grupach tematycznych ludzie z danej bańki-plemiona internetowego skrzykują się, by masowo zgłaszać i negatywnie komentować post na profilu kogoś, kogo wcześniej nawet nie obserwowali i w poszczególnych przypadkach znaczna liczba hejterskich komentarzy może pochodzić od takich właśnie osób (nie będących w zasadzie czytelnikami danego medium czy autora, tylko „przypadkowymi” użytkownikami z misją tzw. cancellingowania tego, z kim się nie zgadzają).

 

Przeczytaj także: Czym jest ekstrapolacja i do czego służy?

 

Podkreślę, że jeśli choćby i tylko jedna osoba na miliard zwróciła uwagę na faktyczny błąd to warto wziąć jej głos pod uwagę, nawet jeżeli wyraziła go w sposób mało uprzejmy czy wręcz złośliwy i szyderczy (przy czym zachęcam do kulturalnej wymiany zdań – to, jak łatwo niektórzy zaczynają się wzajemnie wyzywać i oskarżać w mediach społecznościowych, jest przerażające). Jednak gdy chodzi o typową „fejsbukową inbę” czyli awanturę w komentarzach nie mającą nic wspólnego z merytoryką i konstruktywnością, polecam zweryfikować ogólne wrażenie szerokiego oburzenia, bo najprawdopodobniej okaże się, że krzyczący tłum jest niepopieraną przez nikogo poważniejszego, antynaukową mniejszością np. antyszczepionkowców.

 

Takie zracjonalizowanie sobie całego odbioru, spojrzenie na niego z szerszej perspektywy (nawet jeżeli oburzeni zwrócą uwagę na coś faktycznie godnego zastanowienia, to często zignorują pozostałe 95% wartościowej, ciekawej i słusznie opublikowanej treści) pozwoli uchronić autora przed trzema błędami poznawczymi oraz przed wynikającymi z nich działaniami, takimi jak wdawanie się w niepotrzebne dyskusje, nieuzasadnione przeprosiny, zbędne tłumaczenia i idące z tym w parze dawanie kolejnego miejsca i czasu hejterom zaogniającym sytuację, a w efekcie utrata wizerunku przez małostkowe rozdrabnianie się czy uleganie bezpodstawnym naciskom.

 

Przeczytaj także: Nieuzasadnione oskarżenia o dyskryminację w dyskusjach o nauce

 

O jakie błędy poznawcze i zjawiska psychologiczne chodzi? Po pierwsze, o efekt skupienia, polegający na zwracaniu nadmiernej uwagi na pojedynczy aspekt, stanowiący często raptem szczegół. Tak też jest i tutaj – autor po publikacji swojej pracy skupia się na komentarzach krytycznych, nie zauważając, że reakcji pozytywnych w postaci pozostałych komentarzy oraz „polubień” czy „serduszek” jest znacznie, znacznie więcej. Hałaśliwa, znikoma mniejszość w jego wyobrażeniu wyrasta do poziomu dominującej wśród odbiorców większości. Poza tym zauważalna jest też zasada podczepienia i dowód społecznej słuszności: „Skoro tyle osób skomentowało negatywnie i komentarze te mają polubienia, to może coś w tym być” (tylko z samego tego faktu, że jest tych krytyków „dużo” albo że ich komentarze są długie, co też nie oznacza, że są merytoryczne i oparte na faktach – mnóstwo razy widziałem, jak jakiś niemądry komentarz miał dużo „polubień” i był wychwalany jako słuszny, bo „długi i rozbudowany”).

 

Dwa ostatnie błędy widać też w mediach społecznościowych choćby po liczbie lajków i ocenianiu na tej podstawie, czy ktoś ma rację czy też nie. Tymczasem dowodzi to jedynie, jak licznej grupie dany materiał, komentarz czy obrazek prawdopodobnie się spodobał – o czym pisałem wyżej – a nie o tym, kto ma słuszność (nawiązując do wcześniejszego przykładu, ale dla jasności dodatkowo go polaryzując: nawet jeśli zyskasz miliard polubień i tylko jedną negatywną reakcję, to gdy okaże się, że za tą negatywną reakcją stoi uzasadniona krytyka, a za miliardem „polubień” ślepa afirmacja, możesz wpaść w tę samą pułapkę, przed którą w niniejszym artykule przestrzegam, tylko że od innej strony). Niestety funkcja „polubień” (i innych reakcji) w mediach społecznościowych bardziej służy interesowi osób stojących za tymi mediami, niż jakości dyskusji i budowaniu relacji między ludźmi w Internecie (dawanie reakcji przyciąga nas do danego portalu bądź jego aplikacji, przez co spędzamy na nim więcej czasu, oglądamy więcej reklam, dajemy się też dokładniej inwigilować, a to sprawia, że reklamy są bardziej precyzyjne, na czym zarabiają koncerny tworzące social media).

 

Przeczytaj także: Jak czytać więcej książek? Sposoby motywujące do czytania

 

Oczywiście błędów poznawczych czy logicznych, w których sidła wpadamy podczas korzystania z mediów społecznościowych, jest znacznie więcej. W artykule tym chciałem skupić się wyłącznie na tych opisanych, wykorzystując przykład często obserwowanego przeze mnie zjawiska. Można by je poszerzyć o kwestie algorytmów decydujących o tym, co użytkownicy widzą, interfejsu, który sprzyja komentowaniu bez zapoznania się z pełną treścią (np. zalinkowanym artykułem), sposobie dyskusji i stosowanych argumentów w komentarzach i inne zagadnienia, ale to materiał na osobny artykuł. Kończąc mogę odpowiedzieć zbiorczo na często zadawane mi pytanie, jak to możliwe, że radzę sobie z hejtem w komentarzach, wszechobecnym pod praktycznie każdym moim postem w mediach społecznościowych. Po prostu go analizuję i zazwyczaj okazuje się, że jest nieuzasadniony i że  pochodzi od stosunkowo małej, krzykliwej grupy, składającej się nie raz z osób personalnie do mnie uprzedzonych. Zamiast poddawać się toksycznej i destrukcyjnej, niemerytorycznej i niekonstruktywnej krytyce oraz manipulującym pseudopolemikom, zwyczajnie poświęcam czas na pisanie następnego artykułu, czytanie książki lub publikacji naukowej albo na relaks, na który po przeczytaniu kilkudziesięciu bądź kilkuset oczerniających, obraźliwych i awanturniczych komentarzy na swój temat każdy mimo wszystko zasługuje.

 

Prowadzenie bloga naukowego wymaga ponoszenia kosztów. Merytoryczne przygotowanie do napisania artykułu, a potem stworzenie go, to często godziny pracy. Zdecydowałem się więc stworzyć profil na Patronite, gdzie w prosty sposób można ustawić comiesięczne wpłaty na rozwój bloga. Dzięki temu może on funkcjonować i się rozwijać. Pięć lub dziesięć złotych miesięcznie nie jest dla jednej osoby dużą kwotą, ale przy wsparciu wielu staje się realnym, finansowym patronatem bloga, dzięki któremu mogę poświęcać więcej czasu na pisanie artykułów.

 

 

Najnowsze wpisy

`

6 myśli w temacie “Jak lajki i komentarze wpędzają nas w błędy poznawcze

  1. Ciekawy wpis, z którym się zgadzam. Liczę zatem na to, że jeżeli merytorycznie krytykuję niektóre wpisy za konkretne rzeczy, to moje komentarze (nawet pojedyncze) będą brane pod uwagę.

    1. To, że nie odpowiadam na dany komentarz, nie znaczy, że nie biorę go pod uwagę. 🙂
      Inna sprawa, że w social mediach tych komentarzy jest tak dużo (na profilach mojego bloga od kilkuset do kilku tys. dziennie), że nie jestem w stanie czytać nawet połowy z nich.

    1. Oczywiście. Bo tam już rozpętała się szydercza gównoburza.
      Autorze, brawo, artykuł dobry i potrzebny. Szkoda że tak mało osób krytycznych na fb go przeczyta

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *