W ostatnich latach nasz język mocno się spsychologizował. Często używamy medykalizujących pojęć na codzienne zjawiska dotyczące emocji, myśli, zachowania, osobowości, relacji i komunikacji. Ma to swoje dobre strony, jak choćby większa świadomość na temat zdrowia psychicznego, rozwoju i zmian w osobowości, czy tworzenia więzi. Ale niesie również męczące, irytujące, a czasem groźne nawyki. O nich chcę napisać w dzisiejszym tekście.
Blog ten istnieje dzięki Patronom i Patronkom, a publikowane tutaj teksty i artykuły są niezależne. Jeśli chcesz wesprzeć moją działalność, możesz to zrobić na moim profilu Patronite.

Na starcie dodam, że nie piszę tego tekstu aby skrytykować używanie specjalistycznego słownictwa ogólnie. Nie chcę też krytykować psychologii samej w sobie. Chodzi mi o sceptyczne odniesienie się do określonych form i sytuacji psychologizowania języka na co dzień. Na konkretnych, wypunktowanych i opisanych przykładach. Chcę też zaproponować alternatywne, niemedykalizujące określenia. Piszę o tym wszystkim jako ktoś, kto sam z 2-3 lata temu czasem nadużywał trochę języka psychologiczno-medyczno-naukowego na co dzień, a nie ktoś, kto bez zrozumienia chce się czegoś przyczepić.
Narcyzm i narcystyczne zaburzenie osobowości u „każdego”
Chyba najczęściej spotykanym przeze mnie, nadużywanym pojęciem psychologicznym jest narcyzm. Jeszcze kilkanaście lat temu używano go rzadziej i raczej aby opisać osobę zadufaną w sobie lub silnie zakompleksioną, desperacko broniącą swojego sztucznego wizerunku. Dziś słowo to zwykle oznacza po prostu narcystyczne zaburzenie osobowości. Zwyczajnie straciło na swoim potocznym, mitycznym czy metaforycznym znaczeniu.
I z jednej strony media społecznościowe sprawiły, że osób o wskazanych wyżej cechach, jakby pustych emocjonalnie w środku i ślepo dążących jedynie do budowania wizerunku, bardzo przybyło. Widać to na każdym kroku. Potwierdzają to też badania m.in. dr Jean Twenge czy analizy, takie jak „Kultura narcyzmu” prof. Lascha (mimo że dopiero prognostyczne, bo opublikowane w XX wieku). To zaś po części tłumaczy rozpowszechnienie pojęcia i uzasadnia korzystanie z niego.
Jednak z drugiej strony spotykam się ze stosowaniem „narcyzmu” czy „narcystycznego zaburzenia osobowości” (NPD) jako z formą obrażenia kogoś. Lub, w bardziej protekcjonalnej wersji – z określaniem innych na zasadzie „wy, biedni narcyzi, powinniście iść na terapię”. Nawiasem mówiąc, samo wysyłanie ludzi na terapię stało się formą „empatycznego” i „troskliwego” obrażania kogoś. Również przez tych, którzy ponoć walczą ze stygmatyzacją psychoterapii i psychiatrii.
Znakomitym przykładem nadużywania jest tutaj wzajemne obrzucanie się zarzutami o narcystyczne zaburzenie osobowości przez uczestników afery Krzysztofa Gonciarza z udziałem Karoliny Domaradzkiej, Katarzyny Mecinski i pozostałych aktorów tego spektaklu. Niezależnie od popieranej strony, ewidentnie widać, że każda z nich ma obsesję na punkcie tego pojęcia i chce wmówić drugiej, że ta jest narcystyczna. Jakby to był jakiś kluczowy i ostateczny zarzut.
A jakich słów można użyć zamiast „narcyzm”, „narcystyczne zaburzenie osobowości” i pokrewnych? Jest wiele opcji: egocentryczny, egotyczny, egoistyczny, desperacko budujący sztuczny wizerunek, arogancki, nieautentyczny, dwulicowy, nieobecny emocjonalnie, skupiony na sobie.
Romantyzacja zaburzenia osobowości borderline
Kolejne po narcyzmie, bardzo popularne pojęcie, czyli borderline. Charakteryzujące się silną niestabilnością w niemal każdym obszarze. Osoby takie mają niestabilną osobowość, niestabilne emocje, niestabilne postrzeganie świata, niestabilną tożsamość, niestabilne poglądy. W efekcie w ciągu kilku godzin, a nawet kilkunastu minut mogą zmienić się nie do poznania. Ich systemy psychiczno-fizjologiczne są silnie rozregulowane, przez co w niestosownych sytuacjach stają się pobudzone albo robią się agresywne bez wyraźnego powodu. Przykładowo, na wrogie zachowanie wobec nich ze strony jednej osoby odpowiedzą uległością, a potem zaatakują całkowicie niewinną inną osobę. Jakby ich system z, przykładowo, kilkugodzinnym opóźnieniem, nakazał im stanąć w swojej obronie, w efekcie wobec nie tej osoby, co należało. Ich opinie mogą zmieniać się diametralnie w bardzo krótkim czasie.
Problem z zaburzeniem borderline w kontekście nadużywania pojęcia wziął się z tego, że przez kilka lat modne było mówienie, że ma się to zaburzenie. Być może dlatego, że było ono silnie romantyzowane. Trochę tak, jakby sprawiało, że dana osoba jest „magiczna”. A o ile intensywność i zmienność emocji czy bycie na skraju psychozy może jakby wzmagać kreatywność czy stan obecności (ale już niekoniecznie uważności, a zdrowo jest, jeśli one idą ze sobą w parze), to niesie też mnóstwo negatywnych konsekwencji.
Osoby z zaburzeniem borderline często wchodzą w destrukcyjne, niezdrowe relacje. Zmagają się z myślami samobójczymi. Ich życie to chaos i często przenoszą go też do życia osób, z którymi współżyją na co dzień. Na szczęście zaburzenie to można skutecznie leczyć terapią schematów, terapiami PTSD (wielu badaczy i psychologów uważa, że borderline to w wielu przypadkach efekt złożonego syndromu posttraumatycznego) czy – póki co jeszcze tylko w warunkach eksperymentalno-klinicznych – psylocybiną, z obecnością osoby towarzyszącej.
Jak nie medykalizować zachowań typowych dla zaburzenia borderline? W zasadzie kluczowe jest słowo „niestabilność”. Tak jak opisywałem wyżej, możemy opisywać takie zachowania jako niestabilne emocjonalnie, percepcyjnie, relacyjnie, tożsamościowo. Przy czym trzeba też uważać na jedno: cechy charakterystyczne dla borderline mogą być całkowicie normalne u nastolatków i młodych dorosłych przed 25. rokiem życia, kiedy mózg jeszcze dojrzewa. Obecność zachowań borderline u nastolatków jest po prostu przejściowym etapem rozwoju, tak samo jak obecność niektórych cech narcystycznych jest typowe u małych dzieci. Dopiero gdy nie zanikną do dorosłości, można je uznać za formę zaburzenia.
Style przywiązania niczym horoskopy
Teoria przywiązania prof. Johna Bowlby’ego jest niezwykle dobrze udokumentowana naukowo i to nie tylko na przykładzie ludzi, ale też wielu innych ssaków, a także ptaków. Zainteresowanym nią od strony naukowej polecam przeczytać „Przywiązanie” tego autora (wyd. PWN). Bez wątpienia popęd przywiązania emocjonalnego istnieje, choć jest fizycznie nienamacalny (jak inne popędy), i być może jest najsilniejszym popędem jaki w ogóle istnieje.
Popularyzacja faktów na temat popędu przywiązania przyczyniła się do lepszego zrozumienia tego, czemu niektórzy mają „toksyczne” wzorce tworzenia relacji. Tzn. gdy komuś na nich nie zależy to się starają, a gdy ten ktoś zaczyna być zainteresowany to one tracą ochotę na bliskość. Albo czemu inne osoby desperacko i nieraz wręcz histerycznie dążą do bliskości, czasem wręcz od pierwszego spotkania zachowując się tak, jakby od razu miał być z tego poważny związek. Chodzi o tzw. style przywiązania: lękowy, unikający, ambiwalentny, chaotyczny. Różne źródła różnie je nazywają i wyszczególniają.
Dla mnie problem z nadmiernym stosowaniem tych pojęć jest taki, że językowe unaukawienie w codziennym życiu tak głębokiego i intymnego zjawiska, jak więź, odejmuje mu powagi i autentyczności. Najsilniejsze, co możemy odczuwać, staje się jakimś materiałem do analizy. Kolejna rzecz to autostygmatyzowanie się. Nie zliczę ile razy już słyszałem od kogoś autoironiczne „ja mam unikowy styl przywiązania, więc teraz będzie to i tamto…”. Nawet jeśli to prawda, to takie gadanie tylko wzmacnia ten negatywny wzorzec – nazywamy to zjawiskiem samospełniającej się przepowiedni. Dystans do samego siebie jest świetny, ale nie gdy działa na naszą niekorzyść, wzmacniając dysfunkcyjne schematy psychiczne.
Najbardziej męczy mnie, gdy ktoś próbuje diagnozować innych z ich stylami przywiązania i na tej podstawie wróżyć, czy jakaś relacja ma sens. Czy dany związek się uda itd. To przypomina wręcz kierowanie się horoskopami. Zamiast tego sugeruję przekierować uwagę na autetnyczność i uczciwość w relacji, bo podejście „powinienem teraz zrobić to, bo to pasuje do mojego stylu” jest zwyczajnie głupie. Tak samo jak oczekiwanie czyichś następnych kroków na podstawie domniemanego czyjegoś stylu przywiązania. I dotyczy to też wszelkich innych typów i stylów osobowości z popularnych oraz diagnostycznych testów.
Autyzm i ADHD na żądanie
Jeszcze większym boomem od narcyzmu i borderline mogą „poszczycić” się szuflady z napisem „ADHD” i „autyzm”. Stało się tak z kilku powodów. Po pierwsze, dostęp do diagnostyki jest większy, więc osoby faktycznie mające autyzm lub ADHD częściej otrzymują diagnozy. Ale obok tego doszło też do rozmydlenia kryteriów diagnostycznych – ze ścisłych na mocno niekonkretne. W efekcie aktualnie dużo osób mających pewne nasilenie cech ADHD i autyzmu otrzymuje takie diagnozy, mimo że zaburzeń tych de facto nie mają, a po prostu trochę trudniej im się skupić czy funkcjonować w grupie.
Do tego dochodzi prywatyzacja sektora diagnoz – osobiście znam kilka prywatnych placówek w Poznaniu, Krakowie i Warszawie, które wydają diagnozę ADHD lub autyzmu na żądanie, za opłatą. Niektórzy rodzice chcą, aby ich dzieci to miały, np. dlatego, że powstał mit, iż autyści są superinteligentni. (A prawda jest inna – po prostu zasoby poznawcze, które zdrowa osoba przeznacza na umiejętności społeczne, koordynację ruchową, wiedzę ogólną czy emocjonalność, u autystów są kierowane często ściśle na jeden obszar, np. jakąś wąską dziedzinę wiedzy, przez co gdy o niej mówią, robią wrażenie wybitnie mądrych, ale badania naukowe pokazują jasno, że w ogólnym rozrachunku autystycy są mniej inteligentni niż osoby bez autyzmu).
Inny powód to samo spopularyzowanie pojęcia autyzmu. Istnieje sporo zaburzeń podobnych do autyzmu, ale ponieważ o autyzmie słyszał każdy, to inne zaburzenia o bliskich objawach są niejednokrotnie (auto)diagnozowane jako autyzm. I tak, przez wszystkie te czynniki (pozytywne i negatywne) mamy mnóstwo osób, twierdzących, że mają ADHD lub autyzm. Oraz resztę społeczeństwa, która już zwykle w ogóle nie traktuje tych diagnoz poważnie. Chyba, że mamy do czynienia z faktycznym, nierozwodnionym i nienaciąganym autyzmem. Ale to widać od razu i takie osoby wcale nie muszą ani nie chcą chwalić się diagnozami.
Osobiście poznałem rodzinę poznańskich działaczy na rzecz osób z autyzmem, których dziecko naprawdę autyzm ma, i usłyszałem, że bardzo ich denerwuje ten obecny boom na rzekomy autyzm u osób po prostu introwertycznych, nastawionych na siebie czy dysfunkcyjnie zsocjalizowanych. Nawiasem mówiąc, zauważyłem też, że taki naciągany autyzm oraz ADHD bywają czasami wymówkami dla zwyczajnie złych, niegrzecznych czy chamskich zachowań. „Sorry, ale mam autyzm” gdy ktoś mówi obraźliwe rzeczy i zostanie zripostowany. Albo: „To moje spóźnianie to przez ADHD”, zamiast przeprosin. A jeśli o samo ADHD chodzi to aktualne przebodźcowanie ze strony smartfonów, tabletów i komputerów może skutecznie imitować to zaburzenie, co także przyczynia się do błędnych diagnoz.
Depresja i jej oswojenie
Jeżeli chodzi o depresję, to mam wrażenie, że na szczęście pik doszukiwania się jej na siłę minął kilka lat temu. Być może dzięki piętnowaniu nazywania „depresją” chwilowo gorszego nastroju. Oraz dzięki walce z tzw. „depresiarami”, czyli internetowymi grupami na Facebooku, nakręcającymi się wzajemnie tym, jak bardzo są wyjątkowe i pokrzywdzone przez los przez swoją domniemaną lub prawdziwą depresję.
Co nadal jest problemem? Moim zdaniem istnieją stany depresyjne, których nie powinno się medykalizować i psychologizować. Takie, jak na przykład żałoba po śmierci kogoś bliskiego lub po skończeniu czegoś, co było fundamentalnym elementem naszego życia – jak choćby po rozwodzie, rozpadzie rodziny, utracie pracy, wyprowadzce bliskich przyjaciół, wejściu w nowy etap życia, przeprowadzce do innego, odległego miejsca itd.
W skrajnych przypadkach można sobie pomóc odpowiednimi tabletkami uspokajającymi (aczkolwiek ma to też swoje wady – utrudnia lub uniemożliwia wewnętrzne przejście żałoby, bo leki takie silnie wypłaszczają emocje i ograniczają dostęp do nich; w efekcie człowiek niby jest w żałobie, a nie do końca to czuje). Jednak nawet wtedy nie podchodziłbym do żałoby, bycia zdradzonym czy porzuconym, oraz do i innych takich sytuacji, jak do zaburzeń psychicznych. To jest po prostu życie.
A jak unikać medykalizującego i psychologizującego języka, kiedy mówimy o depresji? To może zależeć mocno od sytuacji. Jeśli nie znamy powodu czyjegoś depresyjnego zachowania możemy mówić o melancholii, smutku, zdołowaniu, przybiciu, gorszym okresie, braku motywacji, zmęczeniu. A gdy przyczyna jest znana, to można się do niej odnieść, jeśli nie jest to coś osobistego czy będącego sekretem. Na przykład gdy ktoś przechodzi żałobę, rozstanie, utratę pracy, dowiedzenie się o śmiertelnej chorobie u siebie lub kogoś z najbliższych. Naprawdę nie trzeba w każdej sytuacji od razu rzucać hasłem „depresja”.
Trauma, PTSD, cPTSD
Następny już klasyk to trauma. W reakcji na wszechobecne nadużywanie tego słowa lub akronimu PTSD powstało nawet prześmiewcze „PTXD”, sarkastycznie odnoszące się do nazywania byle pierdoły „traumą”. Bo czym innym jest trauma, a czym innym przewrażliwienie na swoim punkcie.
Oczywiście trzeba uwzględniać, że na różnych etapach rozwoju mózgu i osobowości różne sytuacje mogą wywoływać PTSD. U małego dziecka traumę może spowodować bycie świadkiem awantury między rodzicami, a u dorosłego dopiero bycie ofiarą zamachu terrorystycznego, wypadku samochodowego, klęski żywiołowej, czy bezpośredni udział w działaniach wojennych. Zauważyłem też szczególny rodzaj osób – takich, które doznały PTSD lub cPTSD (przewlekłe, powtarzające się sytuacje patologiczne) we wczesnym dzieciństwie. Na skutek tego ich osobowość i układ nerwowy nie rozwinęły się i nie dojrzały prawidłowo. W efekcie ludzie tacy, nawet w wieku dorosłym, mogą reagować traumatycznie na sytuacje, które dla zdrowej dorosłej osoby traumatyczne nie są, ale dla dziecka mogą być.
Ale nie o to tu chodzi. Mowa po pierwsze o przewrażliwieniu i odnoszeniu wszystkiego do siebie zbyt osobiście i nadinterpretowaniu wydarzeń w skrajnie niekorzystny i katastroficzny sposób. A po drugie, o humorystycznym mówieniu o „traumach”, gdy opowiadamy o korku na mieście, niesmacznym posiłku itd. To drugie, czyli celowe wyolbrzymianie dla podkreślenia czegoś, w określonych sytuacjach wśród swoich znajomych może być zrozumiałe. Ale poza pewnymi kontekstami nazywanie byle czego traumą może być odebrane niedobrze. I nie bez powodu. A gdy ktoś naprawdę przeżył coś trudnego, ale ewidentnie nie jest to trauma, można po prostu nazwać to „trudnym przeżyciem”, „mocnym przejściem” albo „ciężkim doświadczeniem”.
Gaslighting jak ostateczny zarzut
Na koniec zostawiam gaslighting, po polsku nazywany niezręcznie efektem gasnących świec lub gasnących świateł. Polega na wmawianiu drugiej osobie, że coś, co się wydarzyło, tak naprawdę nie miało miejsca. Lub na odwrót, że wydarzyło się coś, czego wcale nie było. Nie chodzi tu bynajmniej o jakieś drobne rozminięcie się w zapamiętaniu danej sytuacji lub interpretacji jej, lecz ewidentne wkręcanie komuś fałszywego przebiegu danego zdarzenia albo negowanie, że w ogóle do niego doszło. Przykładowo, ktoś coś obiecywał, a potem twierdzi, że takiej rozmowy w ogóle nie było (typowe np. przy pożyczaniu pieniędzy czy obiecywania poprawy po zdradzie; generalnie w sytuacjach, gdzie dochodzi do manipulacji).
Gaslighting jest czymś naprawdę okropnym, ale nie każde rozminięcie się w opinii na temat danego wydarzenia jest od razu złą wolą drugiej strony, czy tym bardziej gaslightingiem. Czasem ktoś pomyli sytuacje albo osoby (coś się wydarzyło, ale z kimś innym) itd. A niestety niektórzy tak właśnie to postrzegają – z automatu jako występek. Nie zgadzasz się w czymś z nimi – od razu uważają, że stosujesz gaslighting. Jeśli jeszcze ofiara ich nadmiernej reakcji nie zna tego mądrze brzmiącego słowa i jego znaczenia, to może dość łatwo paść ofiarą manipulacji i być zmuszana do bezpodstawnych przeprosin.
No i gaslighting też da się nazwać w bardziej ludzki i niepsychologizujący sposób. W lekkich słowach: minięcie się z prawdą, powiedzenie nieprawdy, pomylenie się, zaprzeczanie faktom, pomieszało się komuś, zaklinanie rzeczywistości. W ostrzejszych: kłamstwo, wymyślanie. Naprawdę da się. Jak ze wszystkim innym, bo nawet ściśle kliniczne stany psychiatryczne to wciąż realne życie wielu ludzi i ich otoczenia.
Moja działalność nie byłaby możliwa bez wpłat na Patronite. Dlatego serdeczne podziękowania kieruję do Patronek i Patronów wspierających mnie w sposób szczególny. Są to: Marcin, Piotr, Miłosz, Agnieszka, Milena, Olaf, Grzegorz, Katarzyna, Daniel, Krzysztof, Tomasz, Paulina, Tomek, Magdalena, Tomasz, Marek, Andrzej, Michał, Józef. Zachęcam do dołączania do tego grona, bo tylko to daje mi swobodę i niezależność w tworzeniu.



