Kategorie:

Skandaliczne i naganne zachowania studentów

Napisałem kiedyś artykuł
o skandalicznych zachowaniach wykładowców, promotorów, profesorów i doktorów na
uczelniach oraz w związku z ich obowiązkami akademicko-dydaktycznymi. Tym razem
chcę przybliżyć problemy wynikające z nieprawidłowych działań po stronie
studentów, które są nieuczciwe i szkodliwe tak dla samych zainteresowanych, jak
i dla innych uczestników wykładów, ćwiczeń, czy pozostałych aktywności
uczelnianych oraz dla jakości kształcenia.

studenci
Studenci. Autor: Nikolay Georgiev, za Pixabay 

Wymuszanie stypendiów

Najpoważniejszą patologią, jaką
widziałem na studiach, było wymuszanie stypendiów socjalnych przez studentów
pochodzących z dobrze sytuowanych rodzin, których rodzice dzięki prowadzonej
działalności gospodarczej mogli wykazać swoim dzieciom odpowiednie dochody, by
załapywały się na zapomogę. Raz nawet trafiłem na pochodzącą z bogatszego domu osobę,
która twierdziła, że zarekrutowała się na studia w tym celu („dla kieszonkowego”),
po roku całkowicie z nich zrezygnowawszy. Niektórzy zapisują się też na studia
dla zdobycia legitymacji, by móc przez semestr czy dwa jeździć z ulgami, co
również zasługuje na ostrą krytykę, choć jest o poziom (lub więcej) „niższym”
przewinieniem, niż wymuszanie stypendium socjalnego.

Kradzież prezentacji, pracy dyplomowej, fałszywe
przypisanie autorstwa

W Internecie bardzo łatwo jest
znaleźć gotowe prezentacje czy wypracowania na popularne na poszczególnych
kierunkach studiów tematy. Niektórzy to wykorzystują w zły sposób i zamiast
traktować jako pomoc dydaktyczną z sieci, kradną pobraną treść, trochę
przerabiają i pokazują na zaliczenie jako własną. Chodzi tu, podkreślam, o
całościowe „ściągnięcie” pracy, nie o cytowanie jej fragmentów czy wskazanie
jako czyjejś, w formie przykładu. Na szczególne wyróżnienie zasługuje jednak
plagiatowanie przy pracach dyplomowych lub zlecanie ich do napisania komuś
innemu i podpisywanie się pod nimi własnym nazwiskiem, z fałszywym (pomimo, że
za opłatą dla prawdziwego autora) przypisaniem sobie autorstwa. Praca dyplomowa,
wraz z końcowym egzaminem, to zaliczenie za cały, kilkuletni etap studiowania i
kończenie go w ten sposób jest bardzo poważnym i daleko posuniętym przewinieniem.

Kłamanie na temat wykładowców w ankietach

Poszczególnym wykładowcom wiele
można zarzucać – że się spóźniają, że czytają wykłady z prezentacji, kartki czy
podręcznika, zamiast opowiadać, że wygłaszają sprośne żarty, że przekazują
nieaktualną wiedzę (np. pominięcie nowocześniejszych, a wystandaryzowanych już
i upowszechnionych technik diagnostycznych czy leczenia na studiach lekarskich
czy weterynaryjnych), że krzyczą na kogoś i próbują poniżyć – ale jeżeli
przekracza się granicę prawdomówności i wpisuje do ankiet oceniających
prowadzących zajęcia rzeczy, które nie miały miejsca bądź które się
wyolbrzymiło czy podkoloryzowało, to jest to zachowanie patologiczne i
nieuczciwe. Jeżeli grupka studentów zgaduje się, by wysłać nieprzychylne sondy
na wykładowcę tylko dlatego, że go nie lubią, warto się od takiego czegoś
zdecydowanie odcinać. Zachęcam za to do szczerego i niezłośliwego wypełniania
ankiet, bo pomaga to w ewaluacji i poprawie jakości kształcenia dla następnych
roczników.

Ściąganie

Ściąganie to oszustwo. Niestety
jest wśród studentów rozpowszechnione i znormalizowane do rangi co najwyżej
lekkiego wykroczenia. Tymczasem to nic innego, jak zdawanie egzaminu na
podstawie fałszywego poświadczenia swojej wiedzy i umiejętności. Ściąganie,
szczególnie na masową skalę, drastycznie obniża poziom studiów, efektów
kształcenia, demoralizuje, promuje cwaniactwo. O ile można dyskutować o tym, że
czym innym jest, gdy ktoś w wyjątkowej sytuacji ratuje się spojrzeniem podczas
kolokwium w stronę koleżanki czy kolegi, a czym innym gdy druga osoba z
wyrachowaniem przygotuje sobie ściągi, nie przygotowawszy się kompletnie na
kolokwium, czy tym bardziej, gdy robi to regularnie i na znacznej części
przedmiotów „prześlizguje się” tylko dzięki oszukiwaniu, to ściąganie samo w
sobie jest tak czy inaczej zachowaniem niewłaściwym. Niestety wielu
prowadzących przymyka na to oko, bo sami kiedyś ściągali – przynajmniej część z
nich – i zamiast przyznać się do błędu (sami przed sobą) i przerwać ten
patologiczny proceder, dla czystości swojego sumienia pozwalają trwać mu dalej.
Niektórzy robią tak też po prostu z lenistwa, bo nie chce im się organizować
poprawkowych egzaminów.

Wpisywanie nieobecnych osób na listy obecności

W trakcie studiów, obojętnie jak
bardzo wyspecjalizowany by to nie był kierunek, musimy „odbębnić” przedmioty dosyć
odległe tematycznie, dotyczące prawa, filozofii, kulturoznawstwa, etykiety czy ergonomii.
Choć z perspektywy czasu zwykle okazują się przydatne i żałujemy, że się do
nich nie przyłożyliśmy, to w trakcie studiowania traktujemy je raczej jako niepotrzebny
zapychacz. Skutkiem tego jest czasami kombinowanie do granic możliwości, na
przykład w postaci wpisywania osób nieobecnych na listę obecności (które
odwdzięczą się tym samym w kolejnym tygodniu). Jest to oczywiście nieuczciwe i
nie dziwię się, że gdy wykładowca wychwyci taki proceder (bo na sali jest, na
oko, kilkanaście ludzi, a na listę „wpisało się” np. ponad pięćdziesiąt osób),
próbuje ukarać jakoś całą grupę, jeżeli nikt nie przyzna się do podrobienia czyichś
podpisów.

Roszczeniowe podejście do prowadzących ćwiczenia lub
wykładowców

Trudno jest postawić granicę
pomiędzy „jeszcze nie roszczeniowością” a „już roszczeniowością” – wiele zależy
od kontekstu, okoliczności czy tego, w jaki sposób ktoś próbuje wymóc na
prowadzącym dokonanie określonych działań lub zaniechanie ich. Czasem wystarczy
bardziej pogodny ton głosu i lepiej dobrane słowa i wszystko gra, a innym razem
prośba jest tak mocno nie na miejscu, że trudno ją zaakceptować. Niektórzy
studenci niestety mają roszczeniowe podejście do studiowania, zapominając, że
ich wykładowcy oprócz dydaktyki mają też obowiązki naukowe, organizacyjne czy
administracyjne, jak również ignorując to, że studia nie są obligatoryjne i że
należy się do nich przykładać z należytą starannością. Dlatego, poza naprawdę
awaryjnymi sytuacjami, zdecydowanie lepiej odpuścić sobie pomysły takie, jak: prośby
o przełożenie kolokwium („Bo nie zdążyliśmy się nauczyć”); lekceważenie, że
druga poprawka jest ostatnią możliwą, a po oblaniu natarczywe błaganie, by dano
jeszcze jedną szansę; wymuszanie by wpisano kogoś na listę obecności, kto przegapił
już znaczną część zajęć; wykłócanie się, że pytania na egzaminie były za trudne
(chyba, że faktycznie dotyczyły czegoś spoza podręczników wymienionych na
początku kursu, na jednym z pierwszych wykładów czy ćwiczeń i nie odnosiły się
do tego, co wykładał prowadzący).

Nieprzygotowanie się do zajęć

Problem ten jest widoczny zwłaszcza
na kierunkach ścisłych i przyrodniczych, kiedy do zajęć laboratoryjnych
konieczne jest – ustalone i ogłoszone przez prowadzącego – przygotowanie się
wcześniej, zarówno na poziomie teoretycznym (np. jak przebiegają dane reakcje
chemiczne, jakie odczynniki będą wykorzystywane itd.), jak i czysto praktycznym
(posiadanie fartucha laboratoryjnego, nie malowanie rzęs, założenie płaskich
butów z zasłoniętymi palcami, spięte włosy). Jestem w stanie wyobrazić sobie
mniej więcej analogiczną sytuację na zajęciach na kierunku humanistycznym, gdy
mało kto przeczytał jakąś lekturę i trudno o rozwinięcie żywej, pouczającej
dyskusji pomiędzy prowadzącym, a studentami, jednak waga nieprzygotowania i
ewentualne, wynikające z niego zagrożenia, są mniejsze.

Notoryczne spóźnianie się

Regularne spóźnianie się na
zajęcia nie powinno być pobłażane. Jedynie w szczególnych sytuacjach, np. gdy
studentka jest w ciąży albo student ma chorobę nowotworową i uczęszcza na
chemioterapię bądź kiedy ktoś jest (młodym z reguły) rodzicem i opiekuje się
dzieckiem/dziećmi. Ewentualnie, jeśli ktoś dojeżdża na studia pociągami, spoza
miasta, i ma taki plan przejazdów, że aby być na czas, musiałby wychodzić z
domu np. o 2 w nocy. Poza takimi obiektywnie uzasadnionymi przypadkami, w
których prowadzący powinni iść na rękę studentom lub szukać kompromisowych
rozwiązań, notoryczne przychodzenie po czasie (albo, co gorsza, pojawianie się
pod sam koniec zajęć) jest zdecydowanie nieakceptowalne. Nie tylko świadczy o
nieobecności, ale również przeszkadza prowadzącemu i pozostałym studentom.
Pokrewny problem stanowi nie przychodzenie na większość wykładów. Choć są one
na wielu uniwersytetach nieobowiązkowe, to jednak sytuacja, w której ktoś zdaje
kurs, nie pojawiwszy się na wykładzie więcej niż 2-3 razy, jest mocno
kontrowersyjna. Poza tym wykładowcy to też ludzie i gdy widzą, że na zajęciach
zamiast kilkudziesięciu jest kilkanaście, czy tym bardziej kilka osób, też mogą
czuć się przez to zwyczajnie beznadziejnie.

Jedzenie w trakcie ćwiczeń i wykładów

Jest to chyba najbardziej błaha
sprawa spośród opisanych przeze mnie w niniejszym artykule, ale zasługująca na
zwrócenie na nią uwagi. Początkujący studenci, szczególnie na pierwszym
semestrze, którzy naoglądali się wcześniej seriali amerykańskich, gdzie młodzi
dorośli przychodzą na sale wykładowe w dresach, z psami, jedzeniem, słuchawkami
na uszach i rozsiadają się na wykładzie tak, jakby byli w barze lub u siebie w
domu – często przeszkadzając nie tylko profesorowi wykładającemu, ale również
innym studentom – zdają się myśleć, że takie zachowanie jest prawidłowe. Trzeba
więc uświadomić, że nie jest, ale też nie robić z tego wielkiej afery (i nie
przeginać w drugą stronę, że jak na wykład, to tylko w eleganckim ubraniu itd.),
bo to naprawdę drobna sprawa i zwykle jednorazowe zwrócenie uwagi rozwiązuje
problem.

Wyścig między profesorem a
kolejnymi rocznikami

Mam mieszane uczucia co do
sytuacji, w której studenci starszych lat przekazują młodszym pytania z kolokwiów
czy egzaminów z danego przedmiotu. Z jednej strony jest to nie do końca uczciwe,
ale z drugiej wina chyba bardziej spoczywa na „tych starszych”, którzy dają
pytania, a w mniejszym stopniu młodszych, którzy to wykorzystują. Jednak
pamiętam sytuacje, w której na egzamin z całego semestru wystarczyło nauczyć
się odpowiedzi na kilkanaście znanych już wcześniej dzięki tej metodzie pytań,
bez konieczności opanowania większości materiału i efekt był taki, że wiele osób,
mimo dobrych ocen końcowych, zaliczało kurs ze stosunkowo słabą wiedzą i
umiejętnościami – co nie jest dobre tak dla samych studentów, jak i jakości
kształcenia. Oprócz tego dostrzegam mimo wszystko plusy przekazywania zadań z
egzaminów: takie działania mobilizują wykładowców do tego, by co roku albo
chociaż co dwa lata, wymyślali nowe zadania, zamiast podawać wciąż te same,
powtarzające się czasem – słowo w słowo – od dekady. Dodatkowo, może to też
motywować do egzaminowania ustnego. Minusem tego rozwiązania jest czas
potrzebny do przeprowadzenia testów oraz wkradanie się subiektywności czy
zwiększenie czynnika losowego, ale ogółem jakość takiego egzaminu uważam pod
kilkoma istotnymi względami za znacznie lepszą, niż przy zaliczeniu pisemnym.

Wiem, że nikt nie jest święty i
każdy w mniej lub bardziej skrajnych okolicznościach ratował się czasem
zachowaniem nie do końca uczciwym, prawidłowym czy akceptowanym. Niektóre z
powyższych sytuacji zdarzały się również, choćby tylko z rzadka, dobrym i porządnym
ludziom, którzy później zrobili kariery naukowe i zostali doktorami i
profesorami. Dlatego podkreślenia wymaga to, że znaczenie ma też regularne
powtarzanie się powyższych procederów (co nie zmienia faktu, że powinny być
systemowo piętnowane i ukracane), przy czym dla pierwszych trzech – wymuszania stypendiów,
kłamania w ankietach oraz kradzieży pracy dyplomowej – nie powinno być w mojej
opinii najdrobniejszej tolerancji, gdyż są zbyt daleko idące, poważne i za
mocno wykraczające swoim wpływem poza samego studenta.

Prowadzenie bloga naukowego wymaga ponoszenia kosztów. Merytoryczne przygotowanie do napisania artykułu to często godziny czytania podręczników i publikacji. Zdecydowałem się więc stworzyć profil na Patronite, gdzie w prosty sposób można ustawić comiesięczne wpłaty na rozwój bloga. Dzięki temu może on funkcjonować i się rozwijać. Pięć lub dziesięć złotych miesięcznie nie jest dla jednej osoby dużą kwotą, ale przy wsparciu wielu staje się realnym, finansowym patronatem bloga, dzięki któremu mogę poświęcać więcej czasu na pisanie artykułów.

 

 

bioksiążka

 

Najnowsze wpisy

`

Liczba komentarzy: 30 na temat “Skandaliczne i naganne zachowania studentów

  1. Chciałbym wejść w polemikę z punktem "wpisywanie osób na listę obecności". IMHO, jest to problem wynikający z tego, że wykłady są obowiązkowe.
    Studiuję w UK, na jednej z najbardziej prominentych uczelni, i znam wiele osób studiujących w UK na innych uczelniach. Tutaj wszystkie wykłady są nieobowiązkowe.
    Sam w zeszłym roku akademickim ominąłem 2 kursy, w tym roku już jeden, bo wykładowca zupełnie do mnie nie przemawiał. Siedziałem na wykładzie i zupełnie nic z tego nie wyciągałem, tylko marnowałem swój czas.
    Czy to znaczy, że olałem ten temat? Nie, wziąłem podręczniki, notatki wykładowcy obecnego i poprzednich, i mogę powiedzieć, że bez problemu ogarniam materiał z zeszłego roku – pisałem z niego egzamin na koniec, teraz używam go non-stop i nie mam problemów.
    Sam pewnie gdyby te wykłady były obowiązkowe, to zastanawiałbym się jak się z tego wykręcić. Czy bym faktycznie to zrobił nie wiem, ale na pewno bym to wziął pod uwagę. Zamiast zmarnować 3h tygodniowo, wolę ten czas poświęcić na naukę tego przedmiotu samodzielnie, niż siedzenie na wykładzie, z którego nic nie wyciągam, albo na inne akademickie zajęcia, bo wolę pracować rano niż wieczorem.
    Oczywiście, inaczej sytuacja wygląda np. z labami, tego nie da się zrobić samemu. Ale celem wykładów jest nauczenie studentów materiału, więc czemu utrudniać studentom nauczenie się go w inny sposób, jeżeli tak preferują?
    Poza tym, jest jeszcze inna sytuacja. Mam wielu znajomych na studiach w Polsce, którzy przez pierwsze pół roku np. matematyki się nudzili, bo był to materiał przerobiony w liceum – program studiów zakładał, że studenci niekoniecznie musieli pisać maturę rozszerzoną z matematyki (co moim zdaniem jest trochę bez sensu na studiach inżynierskich, ale to zupełnie inna historia). I oni marnowali po kilka godzin tygodniowo, przez pół roku, słuchając o czymś co dawno dobrze umieją. To jest już zupełnie bez sensu.

    1. Sądziłem, że raczej standardem jest, że wykłady są nieobowiązkowe. Na mojej uczelni są obowiązkowe jedynie dla studentów pierwszego roku.

    2. U mnie za nieobecność na wykładzie wykładowca straszy prezentacjami po min 35 slajdów, ktoś nawet je dostał do wykonania xd

    3. U mnie na uczelni, przez całe 5 lat studiów, niemal wszystkie wykłady były obowiązkowe ze sprawdzaną listą. Mówię, że niemal wszystkie, bo statutowo obowiązkowe są wszystkie, ale to od prowadzącego zależy, czy tę listę sprawdza czy nie. Nie ukrywam, że spora część tych wykładów przez te wszytskie lata była zwykłą stratą czasu pod wieloma względami. I nie, nie sądzę, abym kiedykolwiek żałowała, że się do nich nie przyłożyłam.

    4. U mnie znowu wykłady były nieobowiązkowe, jedynie jeżeli ktoś chciał się na termin zerowy dostać to na kilku przedmiotach była lista, lecz jeżeli się do nie nie wpisałeś to po prostu przychodziłeś na pierwszy termin
      .

    5. Studiuję na krakowskiej uczelni, jestem na drugim roku, ŻADEN z wykładów nie był obowiązkowy. Podobnie mają moi koledzy i koleżanki z innych uczelni.

    1. Niestety wykładowcy zmuszają do ścigania szczególnie teraz w dobie zaliczeń i egzaminów online. Wychodzą oni z założenia że wszyscy będą ściągać przez co układają testy cięższe niż w przypadku zaliczeń na uczelni oraz często nakładają limit czasowy na odpowiedź np.10 sekund żeby nie było czasu ściągnąć. Niestety odbija się to na tym że student nie ma czasu się zastanowić. Wykładowcy często też każą włączyć mikrofony i kamery wsystkim czyli około 200 osobom co powoduje taki hałas że nie ma mowy o normlanym zastanowieniu się. Student jest zmuszany do ściągania również poprzez niemożliwą do ogarnięcia ilością materiałów w czasie tygodnia. Nie mówiąc o tym że często jest tak że ma się w jednym dniu 3 egzaminy lub kolokwia i jest niemożliwe nauczyć się na wszystkie. Wykładowcy często studentom odpowiadają że trudno oni też tak mieli. Uważam gdyby system nauki inaczej wyglądał to studenci mniej ochoczo sięgaliby do ściągania.

  2. To ostatnie może się nieprzyjemnie zemścić na studentach. Na jednym z przedmiotów trzeba było zaliczyć wykonanie serii zadań, na zasadzie 1 zajęcia – 1 zadanie, przy czym nie dało się skończyć w domu, trzeba było zdążyć z całością w 1.5h zajęć. Któryś z roczników dawno temu podzielił się z następnym treścią tych zadań razem z rozwiązaniem, a studenci jak to studenci, skorzystali z okazji. Prowadzący uznał, że wszyscy sobie bardzo szybko poradzili, więc zadania są za łatwe i odpowiednio bardziej je skomplikował następnym razem. Studenci podzielili się z kolegami i tym, więc poprzeczka ponownie została podniesiona. Tym sposobem po paru latach zadania stały się absolutnie niewykonalne bez skryptu krok po kroku od starszych kolegów.
    Inna piekielność to fakt, że tematyka zadań już jest od kilkudziesięciu lat przestarzała i ktoś powinien wymienić je na nowe tak czy inaczej

  3. Wykładowcy z prawdziwego zdarzenia nie potrzebują robienia list obecności, żeby przyciągnąć studentów na zajęcia. U mnie wszystkie wykłady są obowiązkowe. Na tych naprawdę wartościowych, rzeczowych i angażujących prowadzący nie robili żadnych list a i tak mieli pełną lub niemal pełną salę. Przypadek?

  4. Nie rozumiem zarzutu do przekazywania/sporządzania zbiorów egzaminów z poprzednich lat – wykładowcy na mojej uczelni często sami publikują takie listy. Pomagają one systematyzacji wiedzy i przetestowania jej (coś jak przerabianie starych matur – tak naprawdę niezbędne, jeśli chcemy uzyskać wysoki wynik, same zbiory zadań nie zawsze wystarczają). Dzięki temu wiadomo też, na co należy zwrócić uwagę w trakcie nauki. Jeśli prowadzący tworzy (właściwie kopiuje?) egzamin w taki sposób, że da się zdać mając bardzo (!) okrojoną wiedzę bazującą na poprzednim/poprzednich egzaminach, to jest to jego odpowiedzialność, by zadbać, żeby do takich sytuacji nie dochodziło.

    1. To właśnie nie zarzut. Tak jak napisałem, mam co do tego wątpliwości i dlatego umieściłem to na końcu, nie jako zachowanie naganne, tylko coś do przemyślenia.

    2. Widać, że autor nie chodził na uczelnię techniczną 😉 Na polibudzie wszystkie egzaminy, kolokwia itp. były umieszczone na dropboxie/innej chmurze i ładnie posortowane na przedmioty, prowadzących itp. Wszystkim oficjalnie zarządzał samorząd. Dodatkowo prowadzący też udostępniali swoje kolokwia i egzaminy.

  5. Studia studiami, a praca pracą:)
    Jak to wygląda od strony studenta?
    Na dziennych najwięcej wyciągniemy wiedzy. Tutaj niestety obecność obowiązkowa jest wymogiem do podejścia do większości egzaminów/zaliczeń. Ale i na to jest prosty sposób – odliczenie studentów na zajęciach. Prowadzący najpierw prosi o wpisanie obecności na kartce, po zapisaniu listy przez studentów prowadzący wykłady rzuca komendą „kolejno odlicz!”. Wystarczyło wykreślić losowo przez prowadzącego 8 osób, aby lista wpisanych osób zgadzała się z liczbą osób w sali. Do końca semestru nie było żadnych problemów.
    Niestety, niektóre przedmioty się nakładają tematyką, zbliżonym zakresem materiału a i tak przepisać oceny niestety nie można jeśli robimy kilka kierunków. Miałem taką sytuację na zaocznych – przedmiot określony mianem "rysunek techniczny" nie mógł zostać przepisany ze studiów dziennych "ponieważ nie miał Pan dokładnie takiego samego przedmiotu w toku nauczania". Nie istotne były projekty z innych kierunków, przekazanie odręcznie narysowanych części maszyn jak i fakt ukończenia kierunku mechanika i budowa maszyn – z podstaw rysunku technicznego musiałem zdawać jak każdy, dodatkowo musiałem być obecny na wykładzie.

    Przyznawanie stypendium to kosmos. Złożyłem wniosek o stypendium socjalne ze względu na konieczność dojazdu z rodzinnego domu ponad 400 km. Miejsce w akademiku mi nie przyznano, za to przyznano koleżance mającej ledwo 100 km dojazdu z rodzinnego domu. Gdy koleżanka stwierdziła, że „to nieopłacalne i tracę tylko czas” wynajęła sobie pokój oddając swoje miejsce mi. Ale i tak nie chciano mi przyznać miejsca nawet na zasadzie „wymiany” argumentując prostym „Pan sobie poradzi”……. Nieistotny był 6h dojazd na uczelnie spod domu, nieistotny był fakt nie zakwaterowania owego wolnego miejsca po koleżance 3 miesiące po rozpoczęciu semestru. Ważne, że sobie poradziłem

    Jak to wygląda z perspektywy czasu? Niektórych rzeczy do tej pory nie rozumiem odnośnie zachowania wykładowców jak i podejścia studentów. Sporej części wiedzy nie można niestety wykorzystać w praktyce w pracy z powodu specyfiki rynku i wymagań klientów. Gdybym jednak miał ponownie wybrać studia lub praca – nadal pozostałbym przy studiowaniu

    Jak to mawiają „Piwo, wino, Polibuda,
    z silnikami na pewno CI się uda!”

  6. Nawet jeśli ze sporą częścią postulatów jestem w stanie się zgodzić to czytając wpis miałem wrażenie, że czytam boomerskie wywody ojca Mikołajka, który tłumaczy Mikołajkowi, że on to w jego wieku miał najlepsze oceny i jego ojciec był z niego bardzo dumny. A potem przyjeżdża stryjek Eugeniusz albo inny kolega sprzed lat i się okazuje, że jednak nie do końca

  7. Najbardziej nie lubiłem egzaminów gdzie wykładowca dawał 60 zagadnień do wykucia i oceniał zgodność odpowiedzi z tym co podyktował na wykładach i nawet zrozumienie tematu i opisanie własnymi słowami nie gwarantowało zaliczenia. Było to wręcz zachęcanie do ściągania.
    A najbardziej lubiłem te, które weryfikowały SZERSZE ZROZUMIENIE tematu. Ktoś kto nie skumał zagadnienia liczył przez 40 minut, a ktoś kto skumał podał wynik od razu i wystarczyły 2 krótkie zdania uzasadnienia.

  8. U mnie wykłady były niobowiązkowe,a listy czasem się zdarzały bardziej jako plus i zachęta niż wymóg. Za to z jedną rzeczą się nie zgodzę, a mianowicie że egzamin ustny jest lepszy. W moim przypadku to nie działa i bardzo się cieszę że 90% egzaminów miałam pisemnych. Przy ustnych nie ma czasu na zastanowienie ani zająknięcie się, a wykładowca ciągle się tobie przygląda i czeka na odpowiedź. Jest to bardzo stresujące i w takim momencie potrafię zapomnieć wszystkiego co się uczyłam. A jak masz kartkę papieru to można się zastanowić, coś poprawić i przekazać całą wiedzę na papier.
    Z drugiej strony znam osoby które lubią odpowiedzi ustne ale częściej to byli studenci kierunków humanistyczno-społecznych niż technicznych.

    1. Dlatego napisałem, że pod pewnymi istotnymi, ale nie wszystkimi aspektami jest to lepsze. Z drugiej strony umiejętność opanowania stresu i odpowiadania ustnego to też jakaś kompetencja.

  9. Teraz kiedy jest sesja online to ściąganie szerzy się na potęgę. Ciekawie zareagowali studenci UMB którzy pomimo tego że w większości są już zaszczepieni bronią się jak mogą przed sesją stacjonarną żeby tylko móc ściągać i napisali donos na swoją uczelnie do gazety wyborczej. Jestem studentem UMB i uważam że to już jest po prostu żałosne.

  10. "Niestety wielu prowadzących przymyka na to oko, bo sami kiedyś ściągali – przynajmniej część z nich – i zamiast przyznać się do błędu (sami przed sobą) i przerwać ten patologiczny proceder, dla czystości swojego sumienia pozwalają trwać mu dalej."

    Trochę hipokryzją zalatuje. Ja ściągałem i znalazłem pracę, zrobiłem doktorat, jakąś tam karierę więc mogę wygodnie zostać strażnikiem moralności i Wam tego zabronić 😛

    Tylko rodzi się jak dla mnie pytanie – ściąganie jest de facto oszustwem i można stwierdzić, że dyplom zdobyty ściąganiem i rzekoma wiedza, którą on potwierdza jest g. warta i rynek szybciutko i bezlitośnie powinien zweryfikować takiego delikwenta obnażając jego niekompetencję.

    No tylko, że w PL wcale tak się nie dzieje. Dlaczego? Nie wiem, choć się domyślam.

  11. Studia są dla dorosłych. Dorośli ludzie sami podejmują decyzje i biorą za nie odpowiedzialność. I tyle w temacie.

  12. Ściąganie jest REAKCJĄ na sytuację, zatem wina leży po stronie te sytuację tworzącą.
    Nie powoduje „drastycznej obniżki poziomu” – jeśli ktoś nie umie i nie rozumie, to i ściąganie mu nie pomoże. Za to pomaga tym, co generalnie umieją, rozumieją procesy, ale mają problemy z pamiętaniem dat i wzorów.
    Sama produkcja ściągawek jest niezłym sposobem przygotowania – o ile ktoś robi ściągi samemu.
    Pozdrawiam.

    1. To, że ktoś może stwarzać sytuację sprzyjającą ściąganiu, nie znosi odpowiedzialności ściągającego za oszukiwanie. A obniżenie poziomu absolwenckiego jest niestety problemem wynikającym też z upowszechnienia ściągania.

  13. Wiele z tych patologii nie wynika tylko z działań studentów. Oczywiście nie mówię, że zawsze studenci są winni, ale kadra nauczajaca ma tu swój znaczny udział.
    Przykładowo:
    – wpisywanie na listę nieobecnych – zacznijmy od tego po co w ogóle to się robi. Jak dla mnie jeżeli ktoś zaliczy egzamin (oczywiscie uczciwie), to mógłby w ogóle nie pojawiać się na wykładach, w końcu chyba chodzi o zdobycie wiedzy, a nie wyrobienie godzin. Problem polega na tym, że często te wykłady są bezwartościowe i wykładowca o tym wie, ale wie też, że wykład dla pustej sali może oznaczać dla niego problemy (w końcu po co mu płacić za to). Stąd wykładowca wymaga obecności, studenci udają że słuchają i maskarada się trzyma, ale pożytek z tego niewielki. Konieczność tej maskarady wynika to z tego, że albo wykładowca nie potrafi wykładać, albo przedmiot nie ma żadnego zaliczenia wymagającego wiedzy, jest tylko pogadanką, na której trzeba być, a nie słuchać.
    – pytania od starszych roczników – moim zdaniem to głownie lenistwo egzaminujących. Spotykałem się nawet z tym, że sami wykładowcy lub prowadzący ćwiczenia podawali egzaminy z zeszłych lat, bo szykowali dość podobne i wiadomo było czego się spodziewać, tylko właśnie trzeba było włóżyć minimum wysiłku by choć zmienić dane w zadaniach (przedmiot matematyczny) oraz by zadania pokrywały cały zakres wiedzy zdobytej na przedmiocie. Testy z zeszłych lat zawsze wyciekną i po prostu nie da się temu zaradzić, a to nawet gorzej gdy tylko nieliczni z kontaktami będą mieli wiedzę na ten temat. Oczywiście można idealistycznie zakładać, że student powinien umieć wszystko z zakresu przedmiotu i żadne pytanie nie powinno go zaskoczyć, no ale jednak zawsze ktoś zdobędzie taką wiedzę i ją wykorzysta, a jedyną radą byłoby kompletne zmienianie pytań/zadań na egzaminie, więc znowu piłka nie jest po stronie studentów.

    Z patologi po stronie studentów szczególnie uderzyło mnie nadużywanie ankiet. Ankiety są dobrym pomysłem, ale pamietam, że jedną wykładowczynię odsunięto ze względu na słabe oceny w ankietach. Ja się z tym nie zgadzałem, bo wprawdzie była wymagająca, ale też bardzo dobrze tłumaczyła zagadnienie, a przedmiot był bardzo ważny na tym kierunku.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *