Greenpeace zrobi zwrot w tył? Analiza uczciwości i skuteczności działań organizacji

Greenpeace w powszechnej świadomości społecznej uchodzi za organizację pozarządową zajmującą się ochroną przyrody, środowiska, dbaniem o interesy Ziemi i nas samych. Mniej znane są za to jej działania, które pod znakiem zapytania mogą stawiać wiarygodność i to czy faktycznie ruch ten dąży do polepszenia stanu naszej planety.

Greenpeace
Greenpeace

Zanim przejdę do opowieści o aktywności Greenpeace w Polsce i w innych krajach, chciałbym powiedzieć jak zmieniał się mój osobisty stosunek do tej organizacji. Myślę, że może mieć to znaczenie i czuję, że powinienem się tym podzielić. Otóż jako nastolatek zagorzale ją wspierałem. W roku 2010 wraz z Greenpeace zbierałem podpisy pod społeczną inicjatywą ustawodawczą w sprawie ułatwienia tworzenia nowych parków narodowych i powiększania tych istniejących. Pamiętam, jak działałem w tym zakresie na poznańskim Dniu Organizacji Pozarządowych (z PTOP Salamandra) czy przed koncertem Stinga na stadionie „Lecha” przy ul. Bułgarskiej (z Greenpeace). Nie jest więc tak, że byłem z automatu uprzedzony. Niektóre działania Greenpeace są pożyteczne. Jednak im dalej do przodu szła moja edukacja, tym bardziej sceptyczny stawałem się wobec tej międzynarodowej organizacji.

W niniejszym artykule moim celem nie jest podważanie sensu dbania o przyrodę i chronienia środowiska. Sam jestem zwolennikiem takich działań, ale racjonalnie, z głową oraz w zgodzie z ustaleniami naukowymi, a także z interesem społecznym. Niestety, organizacja Greenpeace niejednokrotnie pokazała, że te elementy, niekoniecznie i nie zawsze są dla niej ważne. Często pytany jestem czemu nie współpracuję z Greenpeace. Tekst ten da odpowiedź na to, dlaczego w mojej ocenie współpraca środowisk naukowych z tą organizacją może podważać ich wiarygodność. Patrząc na konkretne przykłady tak z Polski, jak i innych krajów, które poniżej opisuję, widzimy że tak się właśnie dzieje.

Klimat i globalne ocieplenie 

Zacznę od przykładów z innych krajów. Zarówno tych odległych, jak Korea Południowa czy Peru, jak i bliskich, na przykład z Niemiec. Pierwszy incydent, który opiszę, pochodzi właśnie stamtąd i jest wydarzeniem stosunkowo niedawnym. W drugiej połowie czerwca 2018 roku media berlińskie donosiły o „udanej” akcji tamtejszego Greenpeace. Polegała ona na wylaniu 3500 litrów żółtej farby na rondzie wokół Kolumny Zwycięstwa (Siegessäule). Ten lekkomyślny happening miał za zadanie zwrócić uwagę na problem globalnego ocieplenia i skłaniać do porzucenia energetyki węglowej.

Greenpeace farba Berlin
Rondo w Berlinie zalane farbą przez Greenpeace, fot. Niemiecka Agencja Prasowa

Idea słuszna. Pytanie tylko ile nakładu pracy, wody, energii i innych surowców potrzebne było na wyczyszczenie bałaganu zrobionego przez Greenpeace i jak to się ma do ochrony klimatu? Czy akcja ta miała w ogóle jakąkolwiek wartość edukacyjną lub wywołała presję na tamtejszych władzach? To, co jest najbardziej w tym wydarzeniu smutne i groteskowe, to fakt, że emisje CO2 z energetyki węglowej w Niemczech nie spadły przez to, że zamknięto elektrownie jądrowe. A za tym właśnie lobbował od lat Greenpeace i partia Zielonych. Bardziej uczciwe byłoby zatem wylanie tej farby gdzie indziej (a najlepiej wcale), niż zanieczyszczanie i blokowanie przestrzeni miejskiej.

To nie jedyny tego typu pomysł aktywistów Greenpeace zza naszej zachodniej granicy. Zieloni od drugiej połowy XX wieku zaciekle zwalczają ideę pozyskiwania energii z elektrowni jądrowych. I niezależnie już od faktu, że niezaprzeczalnie przyczynili się tym pośrednio do wyższych emisji gazów cieplarnianych, przez które globalne ocieplenie postępuje jeszcze szybciej (racząc nas niebywałymi w Europie upałami i suszami), robili to w sposób wyjątkowo nieodpowiedzialny. Przykład? W roku 2001 aktywiści Greenpeace blokowali wywózkę odpadów do utylizacji we Francji poprzez okupację mostu kolejowego w okolicy miejscowości Schweinfurt. To, że nie można było przerobić tych pozostałości w Niemczech, to także efekt protestów „obrońców przyrody” z lat wcześniejszych, którzy zatrzymali budowę odpowiednich przetwórni. Trudno o bardziej bezpośredni przykład obłudy oraz tego, jak chcąc w zamierzeniach zmienić coś na lepsze, czyni się więcej zła, niż gdyby nie robić nic.

Energetyka jądrowa według Greenpeace

Energia jądrowa jest opłacalnym, niskoemisyjnym źródłem energii elektrycznej w Europie. „Wiemy, że  istnieje liniowa zależność między emisjami CO2, a tempem topnienia lodów Arktyki. Odejście Niemiec od energii jądrowej, zamiast węglowej, spowodowało do dziś dodatkowe emisje 100 milionów ton CO2, czego można było uniknąć zamykając w pierwszej kolejności kopalnie węgla brunatnego. Na skutek tej katastrofalnej decyzji w każdej sekundzie lodowce biegunowe kurczą się o dodatkowe 7 metrów kwadratowych. Greenpeace Germany popierał decyzję rządu Niemiec o zamknięciu elektrowni jądrowych, która była zwieńczeniem ich wieloletniej walki z energią jądrową. Greenpeace chce też zamknięcia elektrowni jądrowych we Francji i w Belgii. Ceną za takie ustawienie priorytetów, oprócz dodatkowych emisji CO2, okazała się śmierć lasu Hambach skazanego na wycinkę z powodu rozbudowy kopalni węgla brunatnego.” – komentuje Adam Błażowski, ekspert ds. efektywności energetycznej.

Choć wartość przyrodnicza Puszczy Białowieskiej jest znacznie wyższa, niż lasu Hambach, przez co nie należy porównywać niszczenia naszego lasu z lasem niemieckim (co wielu niesłusznie czyni, stąd o tym wspominam), to fakty pozostają faktami – działania Greenpeace przyczyniają się nie tylko do zaprzestania przeciwdziałania globalnemu ociepleniu, ale także do niszczenia przyrody i środowiska.

„Mniej więcej w tym samym czasie Szwajcaria zorganizowała własne referendum na temat szybkiego odejścia od energii jądrowej. Ponieważ kraj ten już dziś posiada zdekarbonizowaną energetykę, rezygnacja z tego źródła oznaczałaby wzrost importu znacznie brudniejszej energii z Niemiec. Greenpeace w ramach swojej medialnej akcji stworzył napis widoczny z samolotu podchodzącego do lądowania na międzynarodowym lotnisku w Zurichu. Referendum skończyło się porażką, ale za drugim podejściem Szwajcarzy zdecydowali o odejściu od energii jądrowej, ku nieskrywanemu zadowoleniu partii Zielonych oraz Greenpeace. Tymczasem według IPCC i klimatologów energia jądrowa jest nam potrzebna, aby uniknąć ocieplenia planety o 2 stopnie Celsjusza. Rezygnowanie z tej sprawdzonej technologii czyni to wyzwanie znacznie trudniejszym. Oderwany od wyników badań naukowych i faktów aktywizm Greenpeace w obszarze energetyki przynosi więcej szkody niż pożytku dla klimatu i naszej planety.” – podsumowuje Adam Błażowski.

Warto wspomnieć jeszcze o manipulacjach Greenpeace dotyczących katastrofy w elektrowni jądrowej w Czarnobylu, która była skutkiem wypadku z dnia 26 kwietnia 1986 roku. Zieloni aktywiści podają w swoich mediach, że liczba ofiar śmiertelnych z nowotworami popromiennymi sięgnęła 100 tysięcy osób, podczas gdy najbardziej rzetelne dane Organizacji Narodów Zjednoczonych wskazują na liczbę kilkudziesięciu osób. „Oficjalny raport ONZ i naukowców z UNSCEAR z 2011 roku podsumował katastrofę w Czarnobylu w taki sposób: 62 ofiary promieniowania, 6000 przypadków raka tarczycy, z czego 15 śmiertelnych.” – dodaje Adam Błażowski. Tego rodzaju manipulacje służą jednemu – straszeniu ludzi energetyką jądrową. Wbrew interesowi społecznemu i przeciw ochronie przyrody i środowiska naszej planety.

Japonia i Korea Południowa: polityczny ekopopulizm

Greenpeace od lat prowadzi pseudonaukową propagandę antyjądrową. Wydarzenia z 2011 roku w Japonii w Fukushimie były idealnym pretekstem do zwarcia szyków aktywistów zielonych w Azji. Warto wyjaśnić, że katastrofa w Fukushimie była w mediach drastycznie wyolbrzymiona względem rzeczywistości. Czy wiedzieliście na przykład, że ewakuacja w obawie przed promieniowaniem skończyła się ofiarami śmiertelnymi (około 1600 osób, głównie starszych, którzy umarli od nadmiernego wysiłku fizycznego i stresu w czasie ucieczki), podczas gdy ofiar takich ze względu na samo promieniowanie nie było? Ludzie umierali nie od promieniowania z elektrowni, ale przez ucieczkę przed promieniowaniem. Jasno i mądrze kwestię tę wyjaśnił (zmarły już niestety) Hans Rosling w swojej książce „Factfulness” (która niedługo wyjdzie na polski rynek). Wykorzystano zatem katastrofalną w skutkach falę tsunami do wzbudzenia antyjądrowej paniki.

Niestety, ekopopuliści wykorzystali katastrofę także do swoich politycznych gier. Tuż przed wyborami premierę w Korei Południowej miał film „Pandora” – propagandowo-fabularna twórczość mająca demonizować elektrownie jądrowe. W promocji (i nie tylko) udział brał Greenpeace. Oglądalność sięgnęła około 1/5 populacji Korei Południowej, mającej prawo do głosowania w wyborach. Wygrał je obecny prezydent Korei Południowej, Moon Jae-in, który jest zdecydowanym przeciwnikiem elektrowni jądrowych. Nie da się zaprzeczyć, że propagandowy film „Pandora” pomógł mu w walce o wygraną. Jest to tym bardziej smutne, że poprzednia prezydentka, Park Geun-hye, została usunięta z urzędu, a następnie skazana na ponad 20 lat więzienia, m.in. za łamanie konstytucji, korupcję czy ingerowanie w uczciwość wyborów. Wśród poważnych zarzutów było także konsultowanie spraw wysokiej rangi państwowej z wróżką. Nietrudno zgadnąć, że i ta prezydentura obfitowała w antynaukę. Nie tylko my nie mamy w ostatnich latach szczęścia do prezydentów.

Wracając jednak do energii jądrowej w Azji – rezygnacja przez Koreę Południową z budowy elektrowni jądrowych wiąże się z takimi następstwami, jak zwiększenie importu gazu czy wzmocnienie rosyjskiego Rosatomu przez zmniejszenie konkurencyjności wśród firm budujących reaktory. Jest to też, podobnie jak w przypadku Niemiec, cofanie się jeśli chodzi o walkę z globalnym ociepleniem. Czy o to chodziło Greenpeace?

Greenpeace wobec ludzi

Wszyscy znają słynne rysunki z Nazca. Ogromne, robiące wrażenie, zwłaszcza oglądane z lotu ptaka, wzory przedstawiające m.in. zwierzęta i rośliny, są jednym z największych cudów świata wykonanych przez człowieka. Niestety są sukcesywnie podniszczane przez różne incydenty. Jeden z nich spowodowali działacze Greenpeace w Peru, którzy podczas swojego protestu uszkodzili rysunek – podobiznę kolibra – przy rozkładaniu hasła „Czas na zmianę. Przyszłość jest odnawialna. Greenpeace”. Był to ruch wykonany podczas szczytu klimatycznego w Peru w 2014 roku, mający skłaniać do przeciwdziałania globalnemu ociepleniu. Tu znów należy podkreślić absurdalność sytuacji – Greenpeace nawołuje do ochrony klimatu przy jednoczesnym prowadzeniu wojny z energetyką jądrową.

Greenpeace rysunki Nazca
Greenpeace przy rysunkach z Nazca, fot. Thomas Reinecke/TV News

Odrębny wątek porażek Greenpeace prowadzi nas do Indii. To właśnie tam kilka lat temu ujawniono przestępstwa seksualne wewnątrz organizacji, co opisywał The Guardian. Ofiarami molestowania oraz gwałtu były kobiety-pracowniczki Greenpeace, atakowane przez mężczyzn-pracowników Greenpeace. Jednak nie same te przestępstwa wywołały skandal – choć są to zachowania niedopuszczalne, to niestety zdarzają się regularnie. Problematyczny okazał się fakt, że zawiodły wewnętrzne procedury organizacji, ponieważ incydenty te zgłaszano wcześniej, na co Greenpeace nie zareagował właściwie. Greenpeace w Indiach jest również oskarżany o oszustwa finansowe.

Rolnictwo blokowane przez Greenpeace

Na oddzielny rozdział zasługuje odniesienie się do działań Greenpeace w zakresie zwalczania GMO oraz środków ochrony roślin, zwłaszcza glifosatu. Greenpeace od lat walczy z biotechnologią rolniczą. Niechęć do niej wśród ludzi wywodzi się z wstrętu do postępu naukowego i technologicznego, powiązanego z parareligijnymi poglądami o wyższości tego, co naturalne, niezależnie od właściwości czy okoliczności. Uczucia te pogłębia właśnie Greenpeace, stosując do tego najróżniejsze manipulacje. Dodatkowo, lęk przed GMO wzmacniany jest, w dużej mierze bezzasadnymi, argumentami skierowanymi przeciwko firmom biotechnologicznym.

O tym, że żywność z organizmów zmodyfikowanych genetycznie jest sama w sobie bezpieczna, pisałem na blogu wielokrotnie. Prawo wobec wprowadzania na rynek GMO stawia bardzo wysokie wymagania, które wiążą się z koniecznością przeprowadzania dokładnych, długotrwałych badań. Z pewnością lepiej przebadany jest pod kątem bezpieczeństwa genetycznie zmodyfikowany pomidor, niż pszenica, z której jemy chleb na co dzień. Nie znaczy to rzecz jasna, że ten ostatni jest niebezpieczny, bo nie jest – podałem przykład dla kontrastu. Produkty z GMO mogłyby być szkodliwe tylko wówczas, gdyby wprowadzić do nich geny kodujące toksyczne białka lub enzymy prowadzące do produkcji toksyn. Dokładnie to samo może się stać „w naturze” (i się dzieje). Różnica jest taka, że przy modyfikacjach metodami inżynierii genetycznej zmiana genetyczna jest dokładna, precyzyjna, celowana i świadoma, a przy bardziej konwencjonalnych metodach hodowli czy też całkowicie naturalnie – na postawie przypadkowych mutacji i doboru naturalnego – wręcz odwrotnie.

Dla nas, w bogatej Unii Europejskiej, najważniejsza jest kwestia bezpieczeństwa i wpływu żywności na zdrowie. Ale w wielu innych miejscach na Ziemi kluczowe jest to, jak GMO ma się do możliwości wykarmienia populacji oraz to czy nie oddziałuje negatywnie na środowisko. I tutaj również nie da się nie zauważyć zalet. Plony z upraw GMO są wyższe z prostego powodu – możemy zwiększyć ich odporność na szkodniki czy na suszę. Co więcej, wymagają mniejszych oprysków środkami ochrony roślin. Przede wszystkim jednak, dzięki lepszej produktywności, do wytworzenia określonej ilości żywności potrzeba mniej terenów pod uprawy. Dzięki temu wycina się pod nie mniej lasów.

Podsumować należy, że dobrze skonstruowany organizm zmodyfikowany genetycznie niesie ze sobą mnóstwo zalet: od pomocy w walce z głodem, przez ochronę środowiska, po niesienie właściwości prozdrowotnych, np. antynowotworowych lub o mniejszej szkodliwości (jak w przypadku ziemniaków z obniżonym poziomem akrylamidu). Istotne są też zyski ekonomiczne: uprawy GMO sprawiają, że żywność jest tańsza, a rolnicy więcej zarabiają. Szerzej kwestie te opisałem w artykule „Matka natura i GMO” w Tygodniku Powszechnym z dnia 27 maja 2018 r.

Mimo niezaprzeczalnych zalet upraw GMO, zwłaszcza w odniesieniu do ochrony przyrody i środowiska, Greenpeace prowadzi regularną wojnę z najnowocześniejszym rolnictwem. Jej ofiarami padają nie tylko naukowcy i rolnicy, ale także zwykli ludzie, zwierzęta i nasza planeta. O tym dlaczego zielona organizacja jest tak bardzo przeciwna nowym technologiom opisał szczegółowo dziennikarz naukowy Marcin Rotkiewicz w książce „W królestwie Monszatana”. Wśród powodów są m.in. te już zasugerowane – religijne, parareligijne, ideologiczne – a dodatkowo (a może przede wszystkim?) chodzi także o pieniądze. Rolnictwo oparte na dowodach nie daje szans zabobonnemu rolnictwu ekologicznemu, które oferuje drogą, a wcale nie lepszą jakościowo żywność. Nie daje także zalet związanych z ochroną środowiska, co w prosty sposób tłumaczy poniższa grafika. Mimo to jest promowane przez Greenpeace i europejskie partie Zielonych.


Nie będę dyskutował z parareligijnymi argumentami przeciwko GMO. Chciałbym jednak pochylić się nad tymi pseudonaukowymi, które podnoszą przeciwnicy biotechnologii rolniczej, w tym Greenpeace. Sprawa jest poważna i swego czasu urosła do poziomu międzynarodowego skandalu, który warto tutaj przytoczyć. Ponieważ ideologiczne zarzuty przeciwko GMO to za mało, Greenpeace i inni aktywiści potrzebowali czegoś, co wyglądałoby na naukowe. Z pomocą przyszedł Gilles-Éric Séralini – francuski biolog molekularny oraz aktywista antyGMO. Przeprowadził on badania na szczurach. Karmił je kukurydzą GMO, kukurydzą nieGMO i glifosatem, chcąc pokazać że te pierwsze i ostatnie wywołują nowotwory. Później szczury z eksperymentu, z wielkimi guzami, okazały się świetnym narzędziem propagandowym. Można było wprost pokazać, że karmione kukurydzą GMO zwierzęta chorowały na nowotwory.

Ten idealny scenariusz przeciwników GMO szybko zburzyli sami naukowcy i dziennikarze naukowi. Sprawdzili dokładnie jak przebiegał eksperyment francuskiego biologa i wykryli w nim sporo fundamentalnych błędów, przez które nie można było potraktować wniosków Séraliniego poważnie. Było to przede wszystkim wykorzystanie do badania szczurów szczepu Sprague Dawley, który ma genetyczne tendencje do chorowania na nowotwory, a co więcej, eksperyment trwał 2 lata, więc zwierzęta były też już stare, co dodatkowo wzmacniało ryzyko chorób nowotworowych. Dodatkowo, Séralini nie wziął pod uwagę grupy kontrolnej, czyli takiej która żywiłaby się zwykłą, standardową paszą dla szczurów laboratoryjnych – w związku z tym nie można było nawet porównać wyników. Gwoździem do trumny były bardzo małe próby. Publikację wycofano z czasopisma, w którym została opublikowana, a Gilles-Éric Séralini przestał być traktowany poważnie w środowisku naukowym.

To nie była pierwsza próba Séraliniego, by dowieść że żywność GMO jest szkodliwa. Kilka lat wcześniej przeprowadził badania, które przyniosły według autorów takie m.in. wnioski, jak to że kukurydza zmodyfikowana genetycznie wpływa negatywnie na masę ciała czy metabolizm lipidowy. W świetle późniejszych zdarzeń wiarygodność francuskiego badacza runęła i nikt nie traktuje już jego wyników poważnie. Mimo to Greenpeace bardzo chętnie cytowało jego wyniki i wnioski, wykorzystując je w swojej propagandzie.

Zapytacie, co to ma wspólnego z Greenpeace, oprócz faktu, że zmanipulowane wnioski, które miały świadczyć o szkodliwości kukurydzy GMO i glifosatu, były organizacji bardzo na rękę? Otóż okazało się, że co najmniej niektóre eksperymenty Séraliniego były przez Greenpeace współfinansowane. Co więcej, założony przez Gilles-Érica Séraliniego Komitet Badań i Niezależnej Informacji na Temat Inżynierii Genetycznej wraz z zieloną polityczką Corinne Lepage, jest również przez Greenpeace współfinansowany. Wygląda więc na to, że badania mające podważać bezpieczeństwo żywności GMO, zwłaszcza kukurydzy, były nie tylko przeprowadzane pod tezę i zmanipulowane, ale także były finansowane w sytuacji poważnego konfliktu interesów i z zaangażowaniem strony politycznej.

Nie chodzi tu wyłącznie o wpływ Greenpeace na manipulowane badania pod tezę. Problem jest znacznie szerszy. Kampania Greenpeace przeciw GMO pochłonęła miliony euro, które mogłyby być przeznaczone na faktycznie potrzebne na rzecz ochrony przyrody cele, takie jak np. walka z wylesianiem (którą wprowadzanie upraw GMO de facto pośrednio może istotnie wspierać). Jednak co najważniejsze, blokowanie przez Greenpeace złotego ryżu GMO, bogatego w prowitaminę A, przyczyniło się do jego znacznie opóźnionego wprowadzania na rynek (dzieje się to właściwie dopiero teraz, w ostatnich miesiącach). Ponieważ został on opracowany charytatywnie i miał być udostępniany rolnikom w krajach o niższych poziomach dochodowych niemalże za darmo, byłby niezwykle tanim i skutecznym sposobem walki z niedożywieniem i niedoborem witaminy A. Tysiące dzieci mogłyby uniknąć śmierci lub chorób oczu, ale organizacje sprzeciwiające się ryżowi GMO, w tym w znacznej mierze Greenpeace, postanowiły temu zapobiec.

Fizyczne ataki dokonywane przez działaczy Greenpeace

Spodziewaliście się zakończenia wątku GMO w tak drastycznym momencie? Niestety, nie mógłbym zamknąć tego tematu nie wspominając o jeszcze jednej, skandalicznej aktywności działaczy Greenpeace w tym zakresie. Aktywiści organizacji nie posuwają się bowiem tylko do lobbowania czy pośredniczenia w manipulacjach. Zdarzały się też fizyczne ataki na uprawy roślin GMO czy na eksperymenty naukowe przeprowadzane na takich uprawach.

GMO Greenpeace
Populistyczny protest Greenpeace przeciw GMO, za https://geneticliteracyproject.org

W roku 1999 działacze Greenpeace w Wielkiej Brytanii zniszczyli uprawy GMO w miejscowości Norfolk. Atak wyglądał następująco: 28 osób, w tym kilkanaście aktywistów z Greenpeace, zaszarżowało na gospodarstwo mężczyzny o nazwisku Brigham przy użyciu ciężarówki-wywrotki oraz traktora tnącego. Sąd później uznał, że mieli do tego prawo, ponieważ niezniszczenie upraw GMO doprowadziłoby do (rzekomej) większej przestępczości, w postaci rozprzestrzenienia się roślin zmodyfikowanych genetycznie. Dziś również padają absurdalne wyroki dotyczące roślin GMO czy stosowanych przy nich środków ochrony roślin, do których rozstrzygania sądy nie mają kompetencji.

Później miejsce miały kolejne bezpośrednie ataki aktywistów Greenpeace na uprawy roślin GMO, np. w Australii, niedaleko stolicy tego kraju, na eksperyment z genetycznie zmodyfikowaną pszenicą, należący do Organizacji Naukowej Wspólnoty i Badań Przemysłowych (Commonwealth Scientific and Industrial Research Organisation).

Greenpeace w Polsce

Na odrębny dział w tekście zasługuje Greenpeace w Polsce. Organizacja prowadziła lub dalej prowadzi różne kampanie. Mnie przyciągnęli do siebie w roku 2010 „I <3 Puszcza” ze znaczkiem żubra, która była efektem wspólnego działania różnych prośrodowiskowych organizacji (także WWF, PTOP Salamandra i innych) i miała na celu zmianę prawa, dzięki czemu tworzenie nowych parków narodowych i rozszerzanie już istniejących byłoby łatwiejsze. Inne działania Greenpeace Polska dotyczą oczywiście prowadzenia negatywnej reklamy GMO i energetyce jądrowej, a także ochronę pszczół. Tym ostatnim nadano nazwę „Adoptuj pszczołę”. Ponieważ o tym, jak bardzo bezsensowne i szkodliwe jest zwalczanie GMO i energetyki jądrowej wyjaśniłem już wcześniej, tutaj skupię się na akcji dotyczącej pszczół.

„Adoptuj pszczołę” to prowadzona od pięciu lat akcja społeczna Greenpeace, dzięki której tysiące osób z całej Polski angażują się w pomaganie pszczołom a Polska staje się krajem coraz bardziej przyjaznym zapylaczom. Dzięki wirtualnym „adopcjom” każdy ma szansę pomóc pszczołom miodnym i dziko żyjącym.” – tak kampanię opisuje Greenpeace na stronie adoptujpszczole.pl.

Pamiętam, kiedy jeszcze studiowałem, a moje podejście do Greenpeace było mniej sceptyczne. Prowadzący zajęcia z entomologii (nauki o owadach) na początku omawiania tematu pszczół powiedział: Była kiedyś taka akcja, „Adoptuj pszczołę”, ale nic z niej nie wyszło. Dzisiaj i ja to widzę i rozumiem dlaczego tak się stało.

„Adoptuj pszczołę” polega na wirtualnym „adoptowaniu” pszczół, czyli wpłacaniu datków na organizację Greenpeace. Pieniądze zostały lub mają zostać przeznaczone na budowę hoteli dla owadów zapylających, Wielki Spis Zapylaczy (w tym Społeczny Monitoring Pszczół, o którym za chwilę) czy na stworzenie dokumentu Narodowej Strategii Ochrony Owadów Zapylających. Chęci do działania są, chęci do otrzymywania pieniędzy też, pytanie tylko co z tym zrobić? Zabrać się za rozwiązywanie istniejących problemów, czy może wymyślić nieistniejące – co jest łatwiejsze – i na tej podstawie podjąć akcję?

W maju bieżącego roku na Pomorzu zdarzyła się nieszczęśliwa historia. W wyniku oprysku pestycydem zginęło do ok. 10 milionów pszczół – według szacunków Greenpeace. Organizacja siała wówczas histerię na swoim profilu na Facebook’u, strasząc środkami ochrony roślin. Szybko jednak zweryfikowałem sytuację – okazało się, że zaszła ponieważ rolnik wykonał oprysk o niewłaściwej porze dnia, tzn. około godziny 17, zanim pszczoły schowały się do uli. Powodem tragedii nie był więc pestycyd sam w sobie, tylko niewłaściwie jego zastosowanie. Oczywiście złośliwi mogą powiedzieć, że pestycyd tak czy siak zabija. To prawda, ale nawet życiodajna woda zabija – można się w niej utopić. Wszystko zależy od okoliczności, dawki, drogi podania danej substancji itp. Straszenie pestycydami jest w związku z tym niezwykle populistyczne. W odniesieniu do tej sytuacji trzeba też pamiętać, że śmierć 10 milionów pszczół oznacza upadek poniżej 200 uli. Dla poszkodowanych pszczelarzy jest to z pewnością przykre i powinno być zadośćuczynione, ale z szerszej perspektywy jest to znikoma strata dla populacji pszczół miodnych.

Wśród różnych tekstów na stronie można też przeczytać o zagrożeniach dla pszczół. Wymieniane są oczywiście pestycydy. Mimo, że oczywistym jest fakt, że to nie pestycydy same w sobie są dla pszczół złe, ale ich nieodpowiednie wykorzystanie, organizacja i tak potępia stosowanie ich. Jednak, co ciekawe a jednocześnie zabawne, autorzy kampanii „Adoptuj Pszczołę” piszą jedynie o pestycydach stosowanych w rolnictwie konwencjonalnym. Całkowicie pomijając ekologiczne, choć środki ochrony roślin w tym drugim również są szkodliwe (a pole wyboru jest co gorsza mniejsze, bo ekologicznych środków ochrony roślin jest mniej), a ich toksyczność bywa nawet wyższa, niż przy środkach ochrony roślin w rolnictwie konwencjonalnym. Odpowiednio zastosowane powinny być bezpieczne, jednak warto zwrócić uwagę na tę obłudę.

Wpisuje się w to w ogólnoświatową strategię Greenpeace, polegającą na promowaniu rolnictwa ekologicznego (mniej wydajnego, przez co bardziej szkodliwego dla środowiska i globalnej bioróżnorodności) i spychaniu na margines rolnictwa konwencjonalnego (bardziej wydajnego, przez co mniej szkodliwego dla środowiska i bioróżnorodności w skali globalnej). Niedawny ban na stosowanie neonikotynoidów w Unii Europejskiej, za którym lobbowali polityczni Zieloni czy Greenpeace, już przynosi negatywne skutki, czego naukowcy się spodziewali, a co również opisywałem.

Dodatkowo nie podoba mi się, mam wrażenie, że celowe mieszanie pojęć. Choć Greenpeace w swoich materiałach wspomina także o dzikich pszczołach, to pisząc jednocześnie o szkodach w pasiekach jednoznacznie sugeruje, że chodzi o pszczoły miodne, które również w domyśle większość osób wyobraża sobie, gdy słyszy słowo „pszczoła”. Budzi to pewien chaos w debacie publicznej, którego w maju, właśnie przez wydźwięk treści Greenpeace, sam padłem ofiarą.

Powyższa historia po części daje odpowiedź na to, czego można spodziewać się po polskim Greenepace. Przejdźmy teraz do Społecznego Monitoringu Pszczół. Ma on na celu liczenie pszczół miodnych i trzmieli. Polega na zgłaszaniu przez zwolenników Greenpeace miejsc, w których przedstawicieli owych gatunków spotkali. Jaki jest efekt tego „badania”? Wystarczy wejść na stronę monitoringpszczol.pl/mapa, by zobaczyć, że według „badania” Greenpeace najwięcej pszczół i trzmieli udokumentowano… w największych polskich miastach i ich okolicach. Czyli tam, gdzie jest najwięcej fanów Greenpeace.

monitoring pszczół Greenpeace
Społeczne liczenie pszczół wg Greenpeace, monitoringpszczol.pl/mapa

Szczerze przyznam, że gdy pierwszy raz usłyszałem o tej cudacznej akcji byłem pewien, że została szybko usunięta by nie kompromitować organizacji. Okazało się, że wciąż wisi w Internecie, do dzisiaj. Zastanawiam się co na temat tego „badania” myślą naukowcy, którzy współpracują z Greenpeace w ramach kampanii „Adoptuj Pszczołę” (a tych, mimo ogólnego zniechęcenia do organizacji w środowisku naukowym, nie zabrakło – podobnie jak we Francji i innych krajach, o czym pisałem wyżej).

Akcja społecznego liczenia pszczół może być nieudana i kompromitująca, a brak odpowiednich ekspertów w Greenpeace mógł sprawić, że organizacja nie wychwyciła tej ośmieszającej ją groteski albo – alternatywnie – nie przedstawiła jej celów w sposób na tyle zrozumiały, by można było dostrzec w tym jakikolwiek sens, biorąc pod uwagę że Greenpeace nazywa Społeczny Monitoring Pszczół „badaniem”. Zajrzyjmy więc do Narodowej Strategii Ochrony Owadów Zapylających, którą napisało dla Greenpeace kilku polskich ekologów. Po naukowcach, nawet jeśli najbardziej pesymistycznie przyjmiemy, że nie są najwyższych lotów, spodziewamy się rzetelnego i wiarygodnego opracowania. Co zatem znajdziemy w przygotowanym przez nich dokumencie?

Oczywiście jest tam mnóstwo ciekawych faktów na temat pszczół i innych zapylaczy. Dokument w dużej mierze przygotowany jest w sposób akceptowalny, poprawny i ciekawy, ale zawiera też poważne wpadki. Na przykład w jednym rozdziale autorzy słusznie narzekają na degradację siedlisk na skutek rozwoju rolnictwa. Jednocześnie kawałek tekstu dalej krytykują bardziej wydajne rolnictwo czy pestycydy. Nie wiem gdzie tu logika. Od naukowców oczekiwałbym czegoś więcej, niż suchego opisania, że pestycydy zabijają, bo – jak wspominałem – woda, tlen i właściwie wszystko, również może zabić. Powtórzę: to dawka i droga podania czynią trucizną. Niezwykle ważne są też okoliczności – stwierdzenie, że coś jest szkodliwe, bez spojrzenia na kontekst (produkcja żywności, wyżywienie ludności, ochrona środowiska itd.) – jest niemerytoryczne.

Jak wspominałem, w szeregach Greenpeace brakuje często osób chcących działać na podstawie faktów. Tak, jak w medycynie mamy Evidence Based Medicine, czyli Medycynę Opartą na Dowodach, tak w ochronie środowiska i przyrody również powinniśmy kierować się najwyższej rangi publikacjami, nie bazując na pojedynczych, niepełnych danych, co bardziej niż naukowe myślenie, przypomina cherry-picking. Jest to problem nie tylko odgórnej ideologii Greenpeace, która często staje w sprzeczności z najnowocześniejszymi ustaleniami naukowymi, ale także ekspertów organizacji. Ikonicznym przykładem w Polsce jest Katarzyna Jagiełło, regularnie wypowiadająca się w mediach na tematy związane z ochroną środowiska, w oderwaniu od faktów. Nie da się uciec od poczucia groteski, gdy widzi się, że specjalizacja Jagiełło opisywana na stronie Greenpeace zmienia się – mówiąc humorystycznie – „co sezon”. Obecnie widnieje jako ekspertka od bioróżnorodności i zajmuje się akcją „Adoptuj Pszczołę”. Wcześniej na stronie Greenpeace była opisywana jako specjalistka od rolnictwa ekologicznego. Zastanawiam się co będzie kolejne i jakie są faktyczne kompetencje tej działaczki Greenpeace, jak i innych twarzy organizacji. Będąc uczciwym, muszę jednak przyznać godne pochwały zaangażowanie Jagiełło w sprawie ochrony Puszczy Białowieskiej. Tutaj nauka była po jej stronie, ale na wielu innych polach jest zupełnie przeciwnie. 

Warta dodania jest jeszcze jedna kwestia. Wielu działaczy na rzecz ochrony przyrody, którzy nie opierają się na faktach, w debacie o rzekomym wymieraniu pszczół podnosi przykład ręcznego zapylania grusz w Chinach, co miałoby wynikać właśnie z wyginięcia tamtejszych populacji. Mit ten zasygnalizował, jako nie-mit, także szef Greenpeace Polska, co przytaczała Polska Agencja Prasowa w 2013 roku. Dlaczego jest to nieprawda dosadnie wyjaśnia ekolożka zajmująca się zapylaniem roślin przez zwierzęta, Marta Szurlej, której oddaję kilka poniższych akapitów.

„Bardzo popularne w Internecie są zdjęcia przedstawiające osoby ręcznie zapylające kwiaty grusz w Chinach. Posty z nimi zazwyczaj są okraszone kwiecistym i na pierwszy rzut oka bardzo pasującym komentarzem, mówiącym że działania te są koniecznością w związku z wymarciem pszczół na tym obszarze. Jest to manipulacja. Owszem, prawdą jest, że grusze i jabłonie są w tym rejonie świata zapylane głównie ręcznie, ale nie ma to żadnego związku z rzekomym wymarciem pszczół. Sama technika ręcznego zapylania jest powszechnie praktykowana, gdyż w skuteczny oraz nie wymagający wielkich nakładów sposób jest w stanie znacząco zwiększyć plony. Mimo wszystkich zalet powoli odchodzi się od tej praktyki, przede wszystkim ze względu na postępujące w szybkim czasie zmiany socjoekonomiczne w tej części świata – lokalni pracownicy przenoszą się do miast w poszukiwaniu  lepszej pracy, a pozostałym trzeba płacić po kilka lub nawet kilkanaście razy więcej, niż 20 lat temu.

Kolejnym mitem jest, że pestycydy doprowadziły do wyginięcia pszczół na tych obszarach. Ogół populacji pszczół jest tam znacznie mniejszy i nadal przejawia tendencję spadkową, jednak główną przyczyną tego jest przede wszystkim poważna utrata naturalnych siedlisk w pobliżu plantacji komercyjnych, dopiero później są pestycydy – a dokładniej rzecz ujmując ich niewłaściwe stosowanie – i inne czynniki. Pamiętajmy też, że pszczoła miodna to zupełnie inna historia, niż całkowicie dzikie zapylacze – jej występowanie na tamtych terenach zależy w dużej mierze od ludzi i tego czy utrzymywanie uli tych zwierząt im się opłaca. Na takich plantacjach nie trzyma się pszczół cały czas, tylko wypożycza od pszczelarzy na okres kwitnienia.

Podsumowując, kwestia ręcznego zapylania grusz w Chinach rozbija się o czynniki społeczne i ekonomiczne, a nie brak możliwości przetrwania pszczół w tamtejszych warunkach. Prognozy są optymistyczne – podejmuje się coraz częściej próby ponownego wprowadzenia pszczół, ponieważ koszt pracy człowieka rośnie. Świadomość ekologiczna wśród plantatorów również się zwiększa, kładzie się spory nacisk na edukację w zakresie agrochemii i właściwego, nieszkodliwego dla zapylaczy stosowania pestycydów. Dodatkowo, sytuacja w Chinach nie ma kompletnie żadnego przełożenia na sytuację w Europie i powoływanie się w tym kontekście na przykład z Chin jest merytorycznie nieuprawnione.”

ręczne zapylanie gruszy Chiny pszczoły pestycydy
Ręczne zapylanie gruszy w Chinach, fot. Kevin Frayer

Z akcją „Adoptuj pszczołę” mam zatem kilka problemów. Po pierwsze, stosowanie nadinterpretacji i manipulacji w informowaniu. Po drugie, skupianie się na pestycydach, a nie na najpoważniejszych zagrożeniach dla pszczół, czyli patogenach wywołujących warrozę czy nosemozę. Po trzecie, wyjątkowo niepoważny element kampanii dotyczący społecznego monitorowania pszczół, który jest jedną wielką pomyłką metodologiczną. Pamiętajmy, że pieniądze które w to zainwestowano mogły zostać wydatkowane dużo lepiej – wystarczyłoby odejść od ideologicznej niechęci do środków ochrony roślin i w planowaniu wydatków oprzeć się na faktach.

Greenpeace na świecie

Greenpeace w roku 2014 na międzynarodowym rynku walutowym stracił 3,8 miliona euro. Winą obarczono jednego z pracowników. Po niezależnym audycie okazało się, że sytuacja miała miejsce przez zawarcie umowy na podstawie której kupowano obce waluty po stałym kursie, podczas gdy wartość euro (waluty, w której Greenpeace otrzymuje znaczną liczbę darowizn) wzrosła. Chociaż tego typu błędy generujące straty w funduszach pochodzących z datków od obywateli nie wyglądają najlepiej (pomimo setek milionów dolarów rocznego budżetu tej organizacji), to znacznie większe kontrowersje związane z Greenpeace budzą innego rodzaju, bardziej fundamentalne pomyłki, które opisałem w niniejszym artykule.

Greenpeace jest wielką organizacją międzynarodową, przypominającą korporację. Tworzona jest przez tysiące ludzi z całego świata. W związku z tym niemożliwe jest, by każde jej działanie było czyste – przy tak dużej liczbie zaangażowanych osób zawsze trafi się ktoś (lub grupa osób), kto zrobi jakiś mniej lub bardziej poważny błąd. Przy ocenie Greenpeace należy o tym pamiętać, aby nie zejść z krytyczną oceną w niewłaściwą stronę. Głównym problemem jest tutaj coś innego: odrzucanie działań opartych na faktach i kierowanie się ideologią, która również nie jest oparta na dowodach.

Być może na początku organizacji Greenpeace przyświecały prawdziwe ideały, ale podobnie jak to się potoczyło w Folwarku Zwierzęcym – poczucie siły szybko zamieniło kierunek niesienia pomocy na drogę uprawiania – często brudnej, co widać po wszystkich przytoczonych przykładach – polityki. Z tego też powodu z organizacji odszedł jeden z jej współzałożycieli, Patrick Moore (warto dodać, że on sam nieracjonalnie podchodzi do samej diagnozy zjawiska globalnego ocieplenia – tak jak pisałem w odniesieniu do Greenpeace, tak i tutaj nie mamy do czynienia z sytuacją i osobą zero-jedynkową).

Pomimo konstruktywnej i uzasadnionej krytyki wcale bym nie chciał, aby Greenpeace został zniszczony. Organizacji można mimo wszystko przypisać kilka korzystnych działań, takich jak walka z wielorybnictwem czy (w Polsce) ochrona Puszczy Białowieskiej. W mojej ocenie wcale się to nie równoważy ze szkodliwymi działaniami, których według mnie jest znacznie, znacznie więcej. Jednak jestem w stanie sobie wyobrazić co by się mogło stać, gdyby Greenpeace zerwał z dotychczasową ideologią i zaczął swe działania opierać na dowodach naukowych, o co w sprawie GMO apelowało do Greenpeace ponad stu noblistów. Przy międzynarodowym zasięgu, mobilizacji i ogromnych funduszach zielona organizacja mogłaby zrobić naprawdę wiele dobrego. Uważam, że zmiana taka byłaby możliwa. WWF nie zwalcza GMO, a niedawno nawet przedstawiciele partii politycznej Zielonych w Finlandii zapowiedziała zaprzestanie odrzucania energetyki jądrowej. Im szybciej Greenpeace dokona wewnętrznej zmiany, tym większa jest nadzieja na to, że pozbędziemy się światowych problemów, takich jak globalne ocieplenie czy ubóstwo.

Jeśli podoba Ci się to co robię i popierasz popularyzowanie przeze mnie nauki oraz podejmowania decyzji w oparciu o fakty, możesz wesprzeć rozwój To Tylko Teorii. Jak? Prowadzenie bloga naukowego wymaga ponoszenia kosztów. Merytoryczne przygotowanie do napisania artykułu to często godziny czytania podręczników i publikacji, a potem kolejne godziny pisania i redagowania. Zdecydowałem się więc stworzyć profil na Patronite, gdzie w prosty sposób możesz ustawić comiesięczne wpłaty na rozwój bloga. Dzięki temu może on funkcjonować i będzie lepiej się rozwijać. Pięć lub dziesięć złotych miesięcznie nie jest dla jednej osoby dużą kwotą, ale przy wsparciu wielu osób staje się realnym finansowym patronatem bloga, dzięki któremu mogę poświęcać więcej czasu na opracowywanie i pisanie artykułów.

Udostępnij na Google Plus

O autorze

Łukasz Sakowski. Biolog z Poznania. Czytaj więcej
    Skomentuj na blogu
    Skomentuj na facebooku

10 komentarze :

  1. jedna mała poprawka albo uszczegółowienie - niewiele ludzi, zrobiło dla naszej świadomości problemu i popularyzacji zainteresowania przyrodą tyle, ile GP. Owszem, analiza wsteczna zawsze skuteczna, ale bez tej armii pokręconych, idywidualnych ludzi, nasza wiedza albo może bardziej "wrażliwość" byłaby w powijakach. I tak, ja też bylem (a myślę, że nadal jestem) wolnym elektronem, z silnym związkiem emocjonalnym z GP, jako z ruchem budującym świadomość. Tę rolę spełnili wyjątkowo dobrze (i w wielu sprawach nadal pełnią). Polegli w starciu z evidence based science, przyznaję. Ale też sama twarda nauka nie przekonałaby mas do zauważenia o co kaman z emisją, zmianami klimatu etc bo byłaby zbyt hermetyczna. Ja swoją przygodę z GP rozpocząłem 30 lat temu, poważnie, na 1. piętrze Technikum Poligraficznego na ul. Stawki w WAW, gdy coś mi kliknęło i zrozumiałem, że te świry, które oglądam na Sky News robią coś więcej, niż tylko awanturę. Z tym przekonaniem pozostaję do dziś, gdy na Tamizie mijam przycumowany jeden ze statków GP, znając osobiście mnóstwo ludzi w środku. I wtedy, gdy mialem przyjemność wozić ich na Woodstock albo po prostu dać im kluczyki do samochodu, bo oni będą wiedzieli lepiej, co z nim zrobić. Tak jak ich wolontariusze, którzy pozwalali nam kąpać się w swoich domach w Kostrzynie. To coś ZUPEŁNIE innego, niż wycyzelowana nauka z wieloośrodkowymi testami czy cross reference. To jest jest ruch społeczny, idealny fire-starter. I tą rolę wypełnili świetnie, szacunek dla Was, przyjaciele w calej Polsce. A jeśli Cegła przeniesie ten płomień dalej, to tylko lepiej. Trzymam za Was wszystkich kciuki. Summa: nie skreślajmy GP, oni odwalili kawał solidnej roboty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ciekawe spojrzenie :).

      Usuń
  2. super, że to wszystko zebrałeś do kupy - bardzo dobry artykuł, czekałem na takie kompendium od dawna :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobry artykuł, ale przecież nie od dziś wiadomo, że Greenpeace na samej górze to polityka, pieniądze i dopiero na trzecim miejscu wiara szeregowych aktywistów w ideały. Są wspierani finansowo przez lobby OZE, więc wymaga się od nich protestowania przeciw energetyce jądrowej.

    Na msrginesie, największym problemem związanym z ociepleniem klimatu nie jest energetyka węglowa, lecz demografia - rosnąca populacja na świecie (bynajmniej nie w Europie) i wzrost konsumpcji dzięki chwalebnemu bogaceniu się narodów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jedno twoim zdaniem nie ma nic wspólnego z drugim? Jakby kraje rozwijające się nie dymiły na potęgę, to wzrost konsumpcji nie miałby dużego znaczenia.

      Usuń
    2. Hmm... to ciekawe co piszesz. Wspierani przez lobby OZE. Masz na to jakieś dowody, czy tak sobie właśnie wymyśliłeś i piszesz co ślina na palce przyniesie?

      Usuń
  4. Nadziei na powstrzymanie zmian klimatu nie ma... nie ma... serio... na to jest już za późno. A co do GMO <- konwencjonalne rolnictwo oraz GMO to główny powód zaniku bioróżnorodności a większość modyfikacji nie dotyczy tego, co wymieniłeś, ale tego na czym się zarabia - czyli, odporności na herbicyd. Potem są patenty nasion i jedna wielka machina rolniczo-finansowa na której żerują wielkie korporacje takie jak Bayer czy Monsanto. Polecam "Mądrość i cuda świata roślin" - Jane Goodall.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiele wskazuje na to że GP "robi politykę" pod płaszczykiem obrony środowiska. Chętnie bym się dowiedział i o źródła finansowania i o gronie decyzyjnym.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dla mnie jest to kolejny dowód na ciągłe funkcjonowanie przemienności nurtów dionizyjskiego i apollińskiego tak w kulturze, jak i w nauce. Każde ludzkie działanie po określonym czasie przechodzi w swoje przeciwieństwo, a po zatoczeniu koła, na wyższym szczeblu cykl się znów powtarza. Upraszczając - mamy: technologia - ekologia - lepsza technologia - lepsza ekologia itd. Aczkolwiek, wielu z tych, którzy określają się jako ekolodzy - są tylko teoretykami, a ich teorie stają się coraz bardziej metateoretyczne. Tu wcale nie chodzi o to, aby dojść do celu, ale o to - aby wciąż iść, być w drodze.

    OdpowiedzUsuń
  7. w artykule częściowo zgoda, częściowo nie.

    Może przede wszystkim to co mi się nie podobało:

    * "Energia jądrowa jest opłacalnym [...] źródłem energii w Europie". Czyżby? Hinkley Point C (kontrakt różnicowy na 35 (!!!) lat z ceną 87,5 funta), problemy w Finlandii i Francji z nowymi elektrowniami czy niekończąca się "Dyskusja" o atomie w Polsce pokazują coś zupełnie innego. Ciężko mówić o cenach powyżej 100€ za MW/h jako opłacalnym źródle energii, jeśli tańsze są już miksy oparte o offshore. Problemem atomu też jest to, że przede wszystkim działa jako base load (również ekonomicznie, biorąc pod uwagę dominujący faktor kosztów budowy w LCOE), więc pojawia się problem z miksem. Pytanie też, czy geopolitycznie atom na pewno jest najlepszym rozwiązaniem? Prywatnie nie mówię zdecydowanie nie, ale warto mieć to na uwadze. Naprawdę nie jest tak, że to (przynajmniej w 2018 roku) polityka węglowa blokuje atom w Polsce. Chodzi tylko o koszty i z tego powodu nawet PGE mówi przede wszystkim o offshore.

    Co do pestycydów - mam wrażenie, że autor nieco uprawia cherry-picking podając korzyści, a jednak pomijając negatywne efekty zdrowotne. Nie jest tak, że użycie pestycydów o odpowiedniej porze powoduje, że automatycznie wszystko jest perfect. Nie piszę tym samym, że mamy ich w ogóle nie używać, ale też nie wprowadzajmy czytelnika w poczucie, że wszystko jest ok, a błędy się po prostu czasem zdarzają. Nie mam precyzyjnej wiedzy co do neonikotynoidów, ale z prezentacji na Uniwersytecie Utrechckim (jak się bardzo postaram, mogę spróbować odnaleźć autora, ale teraz nie mam na to czasu) wynikało, że problem jest naprawdę poważny, podobny głos słyszałem od kilku pszczelarzy, w tym z Niemiec. Nie chcę się zamieniać w instytut badań im. wujka z Reichu który coś powiedział (nie mam pełnej próby i wiedzy), ale niepokoi mnie wygładzanie w tym artykule problemu.

    * co do GMO, ogólnie zgoda, choć zupełnie pominąłeś kwestię korporacyjną i tego, że nasiona GMO są też świetnym interesem i źródłem monopoli. Stąd też bierze się duża część niechęci w tej sprawie. Pominąłeś również sprawę potencjalnych alergenów, co, znów, przy monopolizacji rynku, może mieć nieciekawe konsekwencje w przyszłości.

    Ogólnie jednak blisko mi do opinii komentującego "Mizgal" (bardzo ciekawej swoją drogą).

    Co do komentarza "Maciej Beskidnick" - oczywiście, że GP robi politykę, przecież to są działania typowo polityczne (a co nie jest polityką?). To oczywiste i dziwi mnie w ogóle stawianie takiego stwierdzenia... Co do finansowania (również komentarz "anonim"): GP raczej w zdecydowanej większości utrzymuje się z datków drobnych darczyńców, właśnie po to, by uniknąć tego typu insynuacji. Oskarżanie, że GP jest finansowane przez lobby OZE jest trochę śmieszne patrząc na starania drugiej strony (branży naftowej, ale ostatnio, w przypadku naszego tzw. "społecznego Pre-COP", też branży węglowej w Polsce) finansujący pseudo-ekspertów negujących zjawisko antropogenicznego charakteru zmiany klimatu: http://serwisy.gazetaprawna.pl/ekologia/artykuly/1207252,baca-pogorzelska-o-ociepleniu-klimatu.html, https://en.wikipedia.org/wiki/The_Heartland_Institute, https://www.theguardian.com/environment/2012/feb/15/leak-exposes-heartland-institute-climate

    Żeby jednak nie być tylko krytycznym: CAŁA PUSZCZA PARKIEM NARODOWYM ;)))).

    OdpowiedzUsuń