Kategorie:

Czy Farmio okłamuje konsumentów?

Firma Farmio, znana głównie ze sprzedaży jaj „wolnych od GMO”, po raz kolejny przyciąga uwagę. Po przegranej sądowej potyczce z Krajową Izbą Producentów Drobiu i Pasz (KIPDP) i aferze (później wyjaśnionej) dotyczącej obecności fipronilu w jajkach marki, Farmio nadal uderza w GMO. Czy argumenty, które prezentuje firma są merytorycznie uzasadnione i wiarygodne?
Farmio jajka

Porażka Farmio w sądzie

Najpierw chciałbym nakreślić kontekst
historyczny. W roku 2013 Farmio pozwała Krajową Izbę Producentów Drobiu i Pasz
(KIPDP). Firmie nie spodobało się wyemitowanie przez KIPDP materiałów
informujących, że jajka od ptaków karmionych paszami ze zmodyfikowanych
genetycznie roślin (GMO) same produktami GMO nie są. Są za to bezpieczne dla
zdrowia, a zarówno pasze GMO, jak i produkty ze zwierząt karmionych takimi
paszami, są dopuszczone na unijny rynek. Tymczasem Farmio reklamowała swoje
jajka jako „wolne od GMO” (do czego kontrą był ruch KIPDP) i uznała publikacje
KIPDP za naruszenie dobra firmy, za co pozwała KIPDP. Sąd Okręgowy w Poznaniu
uznał roszczenia Farmio jako bezzasadne, a w roku 2015 Sąd Apelacyjny w
Poznaniu podtrzymał orzeczenie sądu okręgowego. Nie zniechęciło to jednak spożywczej
marki do opierania swojej promocji o fałszywe informacje na temat GMO. Co
znajdziemy dzisiaj na stronie Farmio?

Fałsz na stronie Farmio

Na stronie
Farmio możemy przeczytać pełen fałszu, straszący konsumentów artykuł pt. „6
powodów dla których warto wybierać produkty wolne od GMO”. Firmie musi się to
rzecz jasna opłacać – sporo ludzi wciąż wierzy, że GMO jest szkodliwe. W
związku z tym wielu kupuje produkty oznaczane, jako „wolne od GMO”. Oczywiście
zazwyczaj za odpowiednio wyższą cenę. Zyski Farmio już kilka lat temu szacowano na kilkadziesiąt milionów
złotych rocznie, co potwierdza skuteczność reklamowych kampanii tej marki. Tymczasem
wykazanie, że przynajmniej znacząca ich część nie bazuje na faktach jest bardzo proste. Przyjrzyjmy się po
kolei argumentom ze strony Farmio i skontrujmy je z rzeczywistością.
Farmio
www.farmio.com
Już na starcie, w artykule na
stronie Farmio, odbiorców straszy kwadratowa pomarańcza, a tytuł i treść jasno
sugerują, że jest ona GMO. Jednak czy aby na pewno? Owoce o nietypowych
kształtach formuje się poprzez umieszczenie ich w specjalnych pojemnikach
(które można za nieduże pieniądze nabyć w sklepie). „Aby uzyskać nietypowy
kształt owocu nie potrzeba inżynierii genetycznej. Wystarczy zaopatrzyć się w
specjalne foremki. Zawiązek owocu zamykamy w foremce, a owoc rosnąc wypełnia
foremkę całkowicie i zyskuje jej kształt. Tym sposobem możemy otrzymać nie
tylko sześcienne owoce, ale też np. w kształcie serca, czaszki, a nawet Buddy
czy głowy Frankensteina.” – powiedziała mi dr nauk rolniczych, ogrodniczka Joanna
Gałązka
. Niestety, dla straszących produktami GMO
wykorzystywanie czegoś, co wygląda „dziwnie” lub „strasznie” i sugerowanie, że
jest GMO, choć to nieprawda, jest bardzo częstym, nieuczciwym chwytem (hitem
jest nieistniejący w rzeczywistości człowiek-świnia;
obrazek ten przeciwnicy GMO udostępniają całkowicie na poważnie). Teraz
zobaczmy na treść artykułu ze strony Farmio.

GMO, bezpłodność i Amerykańska Akademia Medycyny Środowiskowej

Na początek Farmio przywołuje jako
autorytet Amerykańską Akademię Medycyny Środowiskowej (American Academy of
Environmental Medicine) twierdząc, że wzywa ona do odradzania pacjentom
jedzenia produktów z GMO. Dlaczego? Ponieważ – według strony Farmio – zwierzęta
karmione żywnością GMO mają rzekomo uszkodzony przewód pokarmowy, zaburzenia
odporności, szybciej się starzeją i są bezpłodne. Źródłem tej informacji ma być
adres http://aaemonline.org/gmopost.html,
który jednak nie działa. Żeby tego było mało, sprawdziłem czym jest owa
Amerykańska Akademia Medycyny Środowiskowej i czy można w ogóle traktować tę jednostkę
poważnie. Okazuje się, że nie. Przede wszystkim, wbrew nazwie, nie jest to
żadna akademia, lecz stowarzyszenie specyficznej grupy lekarzy, których celem jest m.in. przestrzeganie przed
rtęcią w szczepionkach, fluoryzacją wody i przed żywnością pochodzenia GMO. W
amerykańskim środowisku naukowo-medycznym Amerykańska Akademia Medycyny
Środowiskowej uznawana jest za organizację
promującą nieprawdziwe tezy na temat zdrowia, a American Board of Medical
Specialities, zajmująca się certyfikacją lekarzy, nie uznaje certyfikatów Amerykańskiej
Akademii Medycyny Środowiskowej.
O komentarz na temat
Amerykańskiej Akademii Medycyny Środowiskowej poprosiłem
lekarkę-patomorfolożkę, Paulinę Łopatniuk, z Gdańskiego
Uniwersytetu Medycznego. „Amerykańska Akademia Medycyny Środowiskowej (AAEM) to
kontrowersyjna grupa zrzeszająca lekarzy/rki i osteopatów/tki, znana z
promowania wielu czy to otwarcie sprzecznych z współczesną wiedzą medyczną czy
też po prostu pozbawionych oparcia w literaturze naukowej poglądów. Nie bez
powodu organizacji nie uznaje American Board of Medical Specialties (ABMS), nie
bez powodu też ostrzegają przed nią strony i grupy śledzące organizacje
powiązane z medycyną alternatywną. Że imponująca lista członków i członkiń
zmaga się z oskarżeniami o najróżniejsze nadużycia prawno-medyczne i
zaniedbania (aż do poziomu widma utraty prawa wykonywania zawodu), to jedno.
Ważniejsze, że ugrupowanie straszy rtęcią w szczepionkach, promuje praktyki
pokroju „oczyszczania organizmu z toksyn”, jej przedstawiciele dezawuują duże
recenzowane czasopisma medyczne – z takimi klasykami jak NEJM na czele – jako rzekome
organy przemysłu farmaceutycznego oraz powołują się na osoby bez żadnego przygotowania merytorycznego.”

Czy DNA z GMO wnika do ludzkiego organizmu?

Następnie Farmio stwierdza, że zmodyfikowane
geny pozostają w organizmie człowieka. Powołuje się przy tym na publikację, która jest o czymś zupełnie innym, niż twierdzi
Farmio. Artykuł mówi o przyjmowaniu zmodyfikowanych sekwencji DNA z soi odpornej
na glifosat przez mikroorganizmy przewodu pokarmowego (przed rozpoczęciem
eksperymentu, czyli nie w wyniku spożycia badanej soi GMO), a nie przez
człowieka. Konkluduje, że przetrwanie zmodyfikowanego DNA po przejściu przez
żołądek i jelito jest znikome. Czyli mówiąc prosto – Farmio podaje informację
sprzeczną z tym, co mówi publikacja, na którą się powołuje. „Wnioski ze
wskazanej publikacji są zupełnie odmienne od tego, co sugerują autorzy Farmio.
Po pierwsze owszem, materiał genetyczny tworzący modyfikację soi przeszedł
przez jelito cienkie, ale został zdegradowany w jelicie grubym, po drugie
dokładnie to samo działo się „naturalnym” DNA soi. Podsumowując swoje wyniki
autorzy omawianej publikacji stwierdzili, iż jest wysoce nieprawdopodobne, aby
DNA z soi GMO tworzył jakiekolwiek zagrożenie dla funkcjonowania ludzkich jelit
czy ludzkiego zdrowia w ogóle. Ich konkluzje są zatem zupełnie przeciwne do
tego, jak przedstawiają tę publikację autorzy strony Farmio.” – skomentował dr
hab. Marcin Woźniak, profesor na Collegium Medicum w Bydgoszczy Uniwersytetu
Mikołaja Kopernika w Toruniu. To samo zauważa semiotyk kultury z Uniwersytetu
Warszawskiego, dr hab. Marcin Napiórkowski. „Pochwała
należy się autorom artykułu [Farmio] za umieszczenie odnośników do źródeł.
Pozwala to czytelnikom na zweryfikowanie podawanych informacji i samodzielną
ocenę ich wiarygodności. I tu ciekawostka: jedyny odnośnik prowadzący do pracy
naukowej odnosi się do artykułu, który mówi zupełnie o czym innym, niż sugerują
to autorzy.”
Bądźmy jednak wyjątkowo
przezorni, dmuchajmy na lód i pójdźmy dalej. Co gdyby sekwencje zmodyfikowanego
DNA wykryto w ludzkich komórkach? Takie wyniki już uzyskano, a tłumaczono je zwykłym
zanieczyszczeniem podczas przeprowadzania reakcji w laboratorium. Co więcej,
gdyby sekwencje DNA zmodyfikowane genetycznie faktycznie przenikały do jąder
komórek człowieka, to dokładnie tak samo i w taki sam sposób działoby się z sekwencjami
DNA z żywności organizmów niezmodyfikowanych. Ostatecznie, nawet gdyby DNA
wnikało do jąder enterocytów, czyli komórek wyścielających jelito, to pamiętajmy
że bardzo szybko się one odnawiają. Nawet więc, gdyby w ich wnętrzu obce DNA
nie zostało rozłożone to nie czyniłoby to szczególnej różnicy, ponieważ za
chwilę i tak komórki te będą martwe.
trawienie GMO
Enterocyty i komórki kubkowe, za http://medcell.med.yale.edu z późn. zm.
„Artykuł w Nature Biotechnology,
na który powołuje się Farmio nie jest jedynym, który opisuje skutki spożywania
GMO przez człowieka (a raczej ich brak). Jest jeszcze chociażby praca z 2014 roku opisująca reakcję ludzi na białka zawarte w
modyfikowanych roślinach odpornych na ataki owadów (tzw. rośliny Bt). Ponadto
jest mnóstwo publikacji oceniających bezpieczeństwo spożywania GMO u zwierząt i
nie ma żadnego powodu aby sądzić, że coś co jedzą miliony różnych zwierząt na
całym świecie będzie selektywnie szkodliwe tylko dla ludzi. Sporo informacji o
bezpieczeństwie spożywania GMO można znaleźć na stronie Europejskiego
Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA).” – kończy wątek dr hab. Marcin
Woźniak.

GMO i choroby przewlekłe

Dalej na stronie Farmio
znajdziemy zdanie: Ponadto, w kilku krajach zanotowano zwiększenie problemów
zdrowotnych ludności na skutek uruchomienia sprzedaży żywności modyfikowanej
genetycznie, np. po wprowadzeniu w Ameryce GMO do produkcji żywności odnotowano
wzrost liczby osób z chorobami przewlekłymi. To nic, że to tylko korelacja. A
ta – bez związku przyczynowo-skutkowego – pokazuje na przykład przyrost osób z
autyzmem wraz ze wzrostem sprzedaży żywności ekologicznej (więcej na ten temat
przeczytacie tutaj). Ważne, że jest czym
postraszyć konsumentów, nakłaniając ich jednocześnie do kupowania „naszych”,
lepszych jajek, bo „wolnych od GMO”. Farmio na swojej stronie informuje też, że
„duża część lekarzy” zachęca by unikać produktów GMO, w szczególności u dzieci.
Jaka dokładnie jest to część lekarzy? Jakich konkretnie lekarzy? Czy oni w
ogóle są lekarzami? Kto i jak sporządził tę statystykę? Tego ze strony Farmio
się nie dowiemy, a zważywszy na powoływanie się przez firmę na wspomnianą
Amerykańską Akademię Medycyny Środowiskowej, trudno być dobrej myśli jeśli
chodzi o wiarygodność przytaczanej informacji.
Dietetyk dr Damian
Parol
tak wypowiada się o wykorzystywaniu w marketingu hasła „wolne od
GMO” czy „od zwierząt karmionych paszami bez GMO”: Informacja, że konkretny
produkt taki jak jajka, mleko czy mięso, został pozyskany od zwierząt
karmionych karmą wolną od GMO ma jedynie charakter marketingowy. Obecne na
rynku odmiany roślin GMO, które są przeznaczone na pasze, zostały dokładnie
zbadane, a dodatkowo o ich bezpieczeństwie może świadczyć fakt, że są na rynku
bardzo długo i hodowcy chętnie z nich korzystają, a rezygnowali by z nich,
gdyby szkodziły ich zwierzętom i narażały na straty finansowe. Jednocześnie
trudno jest wskazać czemu np. jajka od kur karmionych paszą bez GMO miałyby być
bezpieczniejsze lub zdrowsze. Nie ma żadnych dowodów lub chociaż przesłanek, że
istnieją różnice między jakością produktów odzwierzęcych w zależności od tego
czy były karmione paszą zawierającą rośliny GMO czy wolną od nich. To, co mówi
dr Damian Parol zgodne jest ze stanowiskiem współczesnej nauki.

„GMO zanieczyszcza środowisko” – kolejny argument Farmio

Firma Farmio uważa też, że GMO
zanieczyszcza środowisko. Na stronie znajdziemy na przykład informację, że
„zanieczyszczenia GMO” same rozprzestrzeniają się w środowisku. Nie dowiemy się
z tekstu o jakie zanieczyszczenia w ogóle chodzi ani tym bardziej jak się rozprzestrzeniają,
co złego robią itd. Zauważa to także prof. Stanisław Czachorowski z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego.
„Tekst jest napisany bardzo niezrozumiale, z wieloma uproszczeniami i
wynikającymi z tego przekłamaniami. Trudno domyśleć się o co chodzi, a
literalne odczytywanie zapisanych tam treści można traktować jak bzdury.” –
komentuje i dodaje „Zanieczyszczenia z upraw GMO (jakiekolwiek one by nie były)
rozprzestrzeniają się tak samo jak z innych upraw rolnych. GMO niczego tu nie
zmienia. Być może autor uważa GMO za zanieczyszczenie? Wtedy oczywiście,
przenoszenie pyłku kwiatowego z wiatrem czy nawet roznoszenie nasion przez
zwierzęta jest możliwe. Z przyrodniczego punktu widzenia nie ma to znaczenia,
bo wszystkie gatunki podlegają dyspersji. Można się oczywiście zastanawiać czy
ewentualne rozprzestrzenianie się nowych genotypów (nowych odmian roślin
uprawnych) może przyczyniać się do jakichś innych zagrożeń dla gatunków poza
uprawami. W odniesieniu do gatunków dziko żyjących (a te nie są uprawiane)
oznaczałoby to ewentualną konkurencję i możliwość zanikania unikalnych
genotypów (w skali całej biosfery). Nie dotyczy to jednak roślin uprawnych. Tu
można jedynie zastanawiać się nad ochroną starych odmian roślin i ras zwierząt.
Jednakże ten problem nie dotyczy GMO tylko struktury rolnictwa. Bo stare
odmiany są zagrożone przez to, że wypierane są z upraw przez nowe, niezależnie
od tego jakimi metodami hodowlanymi zostały uzyskane.”
Farmio
www.farmio.com
Dalej Farmio straszy skażaniem
upraw ekologicznych materiałem biologicznym z upraw GMO. Informacja o skażeniu
ma według strony Farmio pochodzić z raportu „GMO – z czym to się je?” Instytutu
Spraw Obywatelskich i inicjatywy „Naturalne geny”. Brakuje tu powoływania się
na fachowe publikacje naukowe, a co więcej, „Naturalne geny” jest inicjatywą
typowo propagandową o charakterze anty-GMO. Jest to aktywizm, a nie nauka. „Ten
fragment chyba oddaje intencje autora. Prawdopodobnie chodzi o to, że np. pyłek
z kukurydzy GMO zostanie przeniesiony na sąsiednią uprawę kukurydzy bez GMO i
zajdzie zapłodnienie. W efekcie nastąpi przeniesienie cech występujących w
danej uprawie GMO. Z przepisów wynika, że uprawy tak zwane ekologiczne nie mogą
znajdować się w sąsiedztwie upraw GMO, bo rolnik traci certyfikat. Jest to
problem prawny i ekonomiczny i nie ma związku z wpływem na środowisko.” –
ocenia tekst na stronie Farmio prof. Stanisław Czachorowski.
Na koniec tego fragmentu Farmio
podaje, że herbicydy są na uprawach GMO stosowane w dużych ilościach oraz że
mogą szkodzić zwierzętom. Druga część zdania to nic odkrywczego, bo to dawka i
okoliczności podania czynią truciznę, obojętnie czy jest to neonikotynoid (klik), glifosat (klik), siarczan miedzi (klik) czy woda (klik). Pierwsza natomiast jest manipulacją.
Herbicyd jest pestycydem, a dzięki uprawom GMO ich zużycie w skali globalnej
znacząco spadło.

O zdanie w tej kwestii poprosiłem
jeszcze prof. Stanisława Czachorowskiego, który
stwierdził, że „To zależy, jakie uprawy GMO oceniamy. Za każdym razem trzeba
wskazywać na modyfikację i czego ona dotyczy. Inaczej dochodzi do przekłamań i
złudnych uproszczeń. Jeśli modyfikacja wiąże się z genami odpowiedzialnymi za
produkcję bakteryjnych toksyn, to każdy owad konsumujący taką kukurydzę (chodzi
o liście, a nie nasiona, bo w nasionach, jako przeznaczonych do konsumpcji, nie
może być tych toksyn; tam geny te się nie uaktywniają), a podatny gatunkowo na
toksynę Bt, może na tym ucierpieć. Dodać trzeba, że metoda z bakteryjnymi
toksynami jest wybiórcza i zagraża często znacznie mniejszej liczbie organizmów
niż inne, tradycyjne środki ochrony roślin. Nie znam jednak danych wskazujących,
że np. kukurydza Bt mogłaby szkodzić ptakom czy płazom.”

Czy GMO powoduje wzrost zużycia pestycydów?

Farmio na swojej stronie
przekonuje, że „GMO przyczynia się do wzrostu zużycia coraz mocniejszych
pestycydów. Z założenia uprawy roślin modyfikowanych genetycznie mają być
odporne na działanie środków ochrony roślin – herbicydów, co powoduje
zwiększenie ich użycia przez rolników. Zgodnie z zasadami działania natury na
polach upraw GMO pojawiają się tak zwane superchwasty odporne na działanie
stosowanych środków.” – czy to prawda? Faktem jest, że organizmy na które
działa jakaś siła selekcyjna będą ewoluować w określonym kierunku. W związku z
tym na polu np. soi, opryskiwanym glifosatem, prędzej czy później wyewoluują
rośliny, które będą na niego odporne. Ale czy oznacza to, że przez GMO
wykorzystuje się więcej coraz silniejszych pestycydów? By odpowiedzieć na to
pytanie, należy zwrócić uwagę na to, że mamy różne odmiany GMO (co podkreślał prof. Stanisław Czachorowski) i spora ich część jest odporna na szkodniki,
co pozwala zmniejszyć ilość wykorzystywanych insektycydów. Pokazują to wyżej
zacytowane dane, a ponadto warto zajrzeć do tegorocznej publikacji podsumowującej wpływ zakazu rzepaku GMO w Australii
na ekonomię i środowisko, by zauważyć, że twierdzenie na stronie Farmio jest
manipulacją. Przez zakazanie uprawiania rzepaku GMO w tym kraju wykorzystano
dodatkowo 6,5 miliona kilogramów substancji, takich jak środki ochrony roślin.
Dodajmy, że w pracy tej badacze zwrócili też uwagę na to, że na przykład przez
zakazanie w Australii rzepaku GMO wykorzystano 8,7 miliona litrów więcej oleju
napędowego, wyemitowano 24,2 miliony kilogramów dodatkowych gazów
cieplarnianych, straty policzono na dodatkowe 1,1 miliony ton rzepaku, a w
przeliczeniu na zyski rolników stratę oszacowano na ponad 485 milionów dolarów.
Pamiętajmy też, że to czy dany pestycyd uważamy za mocny powinno być oceniane w
kontekście określonych szkodników, na jakie chcemy zadziałać oraz jego poziomów
toksyczności. Dla przykładu, toksyczność glifosatu jest niższa od toksyczności
kofeiny. Ostatecznie więc mówienie o wykorzystywaniu coraz większej ilości
coraz silniejszych pestycydów jest manipulacją.

„Inżynieria genetyczna tworzy niebezpieczeństwo nieznanych efektów
ubocznych”

O tytule brzmiącym jak powyższe
zdanie widnieje kolejny punkt na stronie Farmio. Tym razem autorzy starają się
przekonać konsumentów, że geny mogą niekontrolowanie przemieszczać się między
gatunkami, a wytwarzanie odmian GMO może prowadzić do kreacji nowych toksyn i
innych szkodliwych związków. Autorzy strony tłumaczą to możliwością zaburzenia
produkcji określonego białka lub zmiany sekwencji tego białka na skutek
niewłaściwego włączenia transgenu do genomu, powołując się na propagandową
stronę „Responsibletechnology.org”, która jak tylko może, straszy GMO i zachęca
do spożywania produktów z rolnictwa organicznego/ekologicznego.
A jak jest w rzeczywistości? Po
pierwsze, niekontrolowane przemieszczanie się genów między gatunkami występuje naturalnie,
od milionów lat, na zasadzie horyzontalnego transferu genów. Właśnie ten proces
wykorzystują naukowcy by tworzyć organizmy genetycznie zmodyfikowane, tylko że
robią to w sposób celowany, precyzyjny i bezpieczny. Straszenie nim jest
kompletnie nieuzasadnione, a nawet populistyczne.
„Powyższe stwierdzenie zostało
sformułowane w taki sposób, aby zasugerować czytelnikowi, że twórcy organizmów
modyfikowanych genetycznie nie mają żadnej kontroli nad zmianami wprowadzanymi
do tych organizmów i podejmują niepotrzebne i trudne do oszacowania ryzyko.
Tymczasem jest zgoła odwrotnie: producenci GMO dokładnie wiedzą, jaki fragment
DNA chcą wprowadzić, mogą śledzić jego położenie w genomie zmodyfikowanego
organizmu i ocenić, czy został wprowadzony w regionie, którego zmiany mogą być
potencjalnie niebezpieczne.” – komentuje dr hab. Marcin Woźniak.
Zarzut dotyczący potencjalnego
powstawania szkodliwych białek po modyfikacjach genetycznych w świetle
przepisów regulujących tworzenie odmian GMO jest także przesadzony, ponieważ
każde nowe GMO musi być dokładnie przebadane pod kątem bezpieczeństwa. „Organizmy
GMO są poddawane bardzo dokładnym testom pod kątem obecności nowych substancji
w ich komórkach, alergenności i innych potencjalnych, niepożądanych efektów.” –
dodaje dr hab. Marcin Woźniak. Poza tym, takie ewentualne niepożądane zmiany
mogą również zajść przy wyprowadzaniu nowych odmian w sposób tradycyjny, ale ze
względu na znacznie mniejszy nacisk na badania w tym obszarze, będą one
najpewniej niewychwycone (a przynajmniej nie od razu). Organizmy GMO zanim
trafią na rynek muszą być przebadane tak dokładnie, że nie przesadzę jeśli
powiem, że lepiej sprawdzona jest pospolita soja czy kukurydza GMO, niż
pszenica bądź żyto, z których jemy na co dzień pieczywo. Innymi słowy, odmiany
GMO wprowadzone na rynek są tak dobrze przebadane, że ryzyko wystąpienia
niepożądanych skutków ubocznych jest bardzo niskie i niższe, niż przy wielu
tradycyjnych odmianach roślin, które zjadamy. Ciekawy przykład podaje dr hab.
Marcin Woźniak: Zwykłe warzywo, jakim jest seler naciowy, może w
odpowiednich warunkach środowiskowych wyprodukować znaczące ilości substancji z
grupy psoralenów. Substancje te w kontakcie ze skórą i światłem słonecznym mogą
powodować fotouczulenie i oparzenia podobne do tych, które wywołuje np. barszcz
Sosnowskiego. Odnotowano już przynajmniej kilka przypadków epidemii tego
rodzaju poparzeń, głównie u pracowników rolnych.
Podobnie rewelacje ze strony
Farmio komentuje profesor Uniwersytetu w Gandawie (Universiteit Gent), Geert de
Jaeger, zastępca dyrektora instytutu VIB-UGent Center for Plant Systems
Biology, będącego częścią Flamandzkiego Instytutu Biotechnologii. „Przykłady
pokazujące trend odwrotny od przedstawionego w artykule [Farmio] można znaleźć
w metaanalizach publikowanych w międzynarodowych czasopismach naukowych, np. tutaj. W cytowanej analizie naukowcy porównali jak na cały
genom nowej odmiany rośliny wpływają metody inżynierii genetycznej, a jak
tradycyjne metody hodowli. Wyniki pokazują, że metody inżynierii genetycznej są
bardziej precyzyjne i powodują mniej zmian zarówno w genach, jak i w sekwencjach
białek. Podsumowując, przedstawione [na stronie Farmio] zastrzeżenia odnoszą
się w większym stopniu do tradycyjnych technik, a nie nowoczesnych metod
stosowanych w inżynierii genetycznej.”

GMO i głód na świecie

Farmio przekonuje, że GMO nie
jest rozwiązaniem problemu głodu na świecie. Autorzy artykułu na stronie
twierdzą, że zwiększenie ilości plonów przy uprawach GMO to mit, ponieważ tak
twierdzi kanadyjski farmer, Percy Schmeiser. Dobrze widzicie – Farmio neguje
fakty, powołując się na jednego rolnika z Kanady i jego filmik na FB.
GMO Percy Schmeiser
Screen z filmiku https://www.youtube.com/watch?v=o-KBaoQbAEQ&lr=1
„Ponadto, jak twierdzi wielu
badaczy głód na świecie nie jest wynikiem niewystarczającej ilości produkowanej
żywności, a powoduje go zła polityka rolna i niewłaściwa dystrybucja żywności”
– kontynuuje Farmio. W pierwszej kolejności zapytałbym tutaj o jakich badaczach
mówi autor tekstu na stronie? Dalej skomentowałbym, że naprawianie systemu
dystrybucji żywności nie wyklucza się z wykorzystaniem GMO, które – jak
pokazują dane – zwiększa ilość i jakość plonów. Następnie – jak „wolne od GMO”
jaja Farmio mają się do problemu i klęsk głodu na świecie?
Przyjrzyjmy się temu, jak w
rzeczywistości odmiany GMO mogą przeciwdziałać problemowi głodu, niedożywienia
i skutków klęsk naturalnych. Jednym z najczęściej podawanych przykładów jest złoty
ryż
. Opracowany został właściwie charytatywnie, a jego zaletą jest
synteza prowitaminy A. Istnieją bowiem na świecie, zwłaszcza w Azji, regiony
gdzie wciąż mamy do czynienia z niedoborem witaminy A i w efekcie z chorobami
wzroku u dzieci. Złoty ryż w znacznym stopniu przyczyniłby się do rozwiązania
problemu. Inny przykład, jeszcze niezrealizowany,
to zboża odporne na susze, które w przyszłości będą mogły być skutecznie
wykorzystywane w suchych miejscach planety. Warto pamiętać, że ze względu na globalne ocieplenie takich terenów
będzie przybywać. Jeszcze innym przykładem jest tęczowa papaja – zmodyfikowana
genetycznie, odporna na wirusa pierścieniowej plamistości papai (PRSV) – która
przed klęską uratowała wielu rolników na Hawajach. Mądrze wykorzystane
organizmy zmodyfikowane genetycznie mogą naprawdę istotnie wspomóc ograniczanie
problemów społecznych, dlatego walkę z GMO (np. taką, jaką stosuje od wielu lat
Greenpeace) uważa się za
nieetyczną.

Czy zwierzęta nie
chcą jeść pokarmów GMO?

Na koniec Farmio w swoim artykule
próbuje przekonać, że zwierzęta mniej chętnie spożywają paszę z roślin GMO,
czego dowodem mają być doniesienia amerykańskich rolników. Ale czy na pewno? Na
początek chciałbym zacytować zapytaną o to przeze mnie dr nauk rolniczych z
SGGW, Dobrochnę Adamek-Urbańską. „To prawda, że rolnicy w USA zgłaszali brak chęci pobierania
pokarmu z GMP (ang. genetic modified
plant
) przez zwierzęta gospodarskie. Trzeba jednak pamiętać, że opinia
rolników jest subiektywna – w trakcie życia zwierząt gospodarskich zmieniali
oni rodzaj paszy bez GMP na taką z GMP.” – rozpoczyna ekspertka zaznaczając, że
odnosi się do roślin zmodyfikowanych genetycznie odpornych na szkodniki.
Kontynuuje, że „Na pobieranie paszy przez zwierzęta wpływa wiele czynników:
skład paszy, jej smakowitość, tekstura, zapach, wygląd, stan zdrowia zwierząt,
ich wiek, warunki środowiskowe, zapotrzebowanie energetyczne itd. Czynniki te
wpływają na preferencje smakowe – stąd często np. nasze zwierzęta domowe nie
przepadają za zmianą karmy – przyzwyczaiły się i im są starsze tym trudniej je
„przestawić”. Nie powinno dziwić, że zwierzęta takie jak krowy, owce, jelenie i
szopy też mogą mieć własne preferencje smakowe i odmawiać jedzenia innego
pokarmu, niż ten do którego były przyzwyczajone. Istnieje oczywiście szereg
innych przyczyn, dla których zwierzęta z prezentowanych doniesień nie chciały
zjeść soi czy kukurydzy GM. Jedną z nich może być ich stan zdrowia, stan
populacji, obecność łatwiej dostępnych pokarmów.”
Czy przeprowadzano w ogóle
badania z paszami z GMP na zwierzętach? Oczywiście tak, ponieważ przed
wprowadzeniem na rynek dokładne testy na różnych płaszczyznach są wymagane
prawnie. „Znacząca większość badań nad paszami z GMP polegała na podzieleniu
grup zwierząt na badane i kontrolne, a następnie przystąpieniu do żywienia
grupy badanej paszą doświadczalną w celu określenia jej wpływu na hodowlę i
zdrowie. W grupach kontrolnych zwierzęta najczęściej żywione były
odpowiednikami roślin zmodyfikowanych genetycznie używanymi w grupach badanych.
Sprawdzano nie tylko czy zwierzęta są w stanie taką paszę zjeść, ale również
przyswoić składniki odżywcze oraz rosnąć i prawidłowo się rozwijać. Jednym z
ocenianych czynników, które możemy powiązać z „wyborem” pokarmu przez zwierzęta
jest pobranie i zużycie paszy, które obrazuje ile paszy zwierzę zjada, żeby zwiększyć
masę ciała o konkretną jednostkę masy. Zwierzęta gospodarskie nie są karmione
na siłę. Pasza jest im zadawana poprzez umieszczenie np. w karmidłach i stamtąd
ją wyjadają. Oznacza to, że w doświadczeniach, w których mierzy się pobranie i
zużycie paszy zwierzęta wybierają zjedzenie lub nie zjedzenie tej paszy, ale
nie mają wyboru pomiędzy zjedzeniem paszy z GMP lub bez GMP.” – opisała dr nauk
rolniczych Dobrochna Adamek-Urbańska. „Liczne badania naukowe (m.in. tu, tu i tu) nad wpływem pasz z GMP na
produkcję zwierzęcą wskazują, że w większości doświadczeń nie stwierdzono
istotnych różnic między paszami. Jeśli te różnice były, to niewielkie i na
korzyść pasz z GMP. Na podstawie tych badań można więc stwierdzić, że zwierzęta
zjadając pasze z GMP osiągają takie same przyrosty masy ciała jak zwierzęta
zjadające pasze bez GMP.” – kończy specjalistka.
Jeffrey M. Smith GMO
Jeffrey M. Smith demonstrujący „lewitację”
Chciałbym zwrócić uwagę na
jeszcze jeden ciekawy fakt. Farmio w punkcie dotyczącym niechęci zwierząt do
spożywania pasz z GMO powołuje się na osobę znaną jako Jeffrey M. Smith. Warto
przyjrzeć się temu „ekspertowi”. Kim jest? Otóż nie ma on żadnego wykształcenia
z dziedzin takich jak chemia, biologia, medycyna, farmacja, rolnictwo czy
dietetyka. Jest za to joginem. Tak, dobrze
czytacie – joginem. W latach 90. XX wieku dołączył do Partii Prawa Naturalnego, która
postulowała by rząd USA zatrudnił 7 tysięcy medytujących joginów, aby obniżyli
ogólnokrajowy stres, podnieśli PKB, obniżyli bezrobocie i przestępczość,
poprawili zdrowie Amerykanów, a także uczynili USA krajem niepokonanym. Jeffrey
M. Smith z takimi hasłami na sztandarach partii próbował się dostać do
Kongresu, jednak nie otrzymał nawet 1% poparcia. Zastanawiające jest dlaczego
Farmio cytuje tak niekompetentną w zakresie biologii i rolnictwa osobę.
Dodajmy, że strona Responsibletechnology.org, którą autorzy tekstu Farmio także
cytują jest jednym z efektów działań Jeffrey’a M. Smitha. Gwóźdź
do trumny wbija fakt, że na Smitha powołuje się też przytaczana przez Farmio
Amerykańska Akademia Medycyny Środowiskowej.

Farmio robi to źle

Być może jajka Farmio są naprawdę
dobre. Możliwe, że nawet wyjątkowe na tle innych. Tego jednak nie wiem,
ponieważ zniechęcony pełnym fałszu marketingiem firmy postanowiłem po prostu
jej produktów nie kupować. Wykorzystywanie strachu przed GMO i podsycanie go
uważam osobiście za nieetyczne. „Ta swoista nagonka na GMO jest szkodliwa, bo
odwraca uwagę od rzeczywistych problemów zanieczyszczenia środowiska czy jakości
żywności trafiającej do ludzi.” – podsumowuje trafnie prof.
Stanisław Czachorowski, uzupełniając moje przemyślenia. „Zwróciłbym uwagę na
ilustrację towarzyszącą artykułowi. Wygenerowany komputerowo obraz sześciennej
pomarańczy to jedna z popularnych ilustracji do tekstów opisujących rzekome
niebezpieczeństwa GMO. Owoc w kształcie kostki wydaje mi się świetną metaforą
społecznych lęków, jakie towarzyszą tej technologii. Rzeczywiste produkty GMO i
stojące za nimi procesy ekonomiczne i biologiczne, o których naprawdę warto
dyskutować, zostają zastąpione absurdalnym, uproszczonym wyobrażeniem czegoś
śmiesznego, obcego, nienaturalnego. Tekst opiera się na analogicznej strategii.”
– dodał dr hab. Marcin Napiórkowski.
Artykuł ten napisałem nie tylko
dlatego, że staram się obalać mity na temat GMO i wprowadzać do debaty
publicznej merytoryczne argumenty. Kolejnym powodem jest to, że nie lubię
marketingu opartego na ewidentnym fałszu. Wszyscy na reklamy, etykiety
produktów czy strony producentów patrzymy z wyjątkową cierpliwością, bo
przyzwyczajeni jesteśmy do naciągania tam rzeczywistości. Jednak są granice,
które nawet w dzisiejszych czasach nie powinny być przekraczane i których w
mojej ocenie należy strzec, a promowanie jawnie fałszywych informacji jest
jedną z nich.
Prowadzenie bloga naukowego
wymaga ponoszenia kosztów. Merytoryczne przygotowanie do napisania artykułu to
często godziny czytania podręczników i publikacji. Zdecydowałem się więc
stworzyć profil na Patronite, gdzie w prosty
sposób możecie ustawić comiesięczne wpłaty na rozwój bloga. Dzięki temu może on
funkcjonować i będzie lepiej się rozwijać. Pięć lub dziesięć złotych
miesięcznie nie jest dla jednej osoby dużą kwotą, ale przy wsparciu wielu z Was
staje się realnym, finansowym patronatem bloga, dzięki któremu mogę poświęcać
więcej czasu na pisanie artykułów.

 

Najnowsze wpisy

`

5 myśli w temacie “Czy Farmio okłamuje konsumentów?

  1. Dziękuję za ciekawy artykuł. Moje wątpliwości budzi jednak część zatytułowania "Czy GMO powoduje wzrost zużycia pestycydów?". W zasadzie nie odniesiono się tam do pytanie postawionego w śródtytule. Czy są na ten temat jakieś badania? Intuicja podpowiada mi, że jeśli rolnik uprawia roślinę odporną na glifosat, to może nim obficiej polewać pole, by wyplenić chwasty. Oczywiście środek z glifosatem kosztuje, a rolnik potrafi liczyć, więc nie będzie lał dowolnych ilości. Ale fakt faktem, że należałoby to zbadać i powołać się na badania.

    1. Jest na to pytanie odpowiedź w tym i innych częściach tekstu: wszystko zależy od tego jaką odmianę GMO mamy na myśli, stąd uproszczenie Farmio jest manipulacją. Natomiast uogólnione dane dla odmian GMO pokazują spadek wykorzystywania pestycydów.

  2. Marka farmio dla mnie nie istnieje, mimo że ścieli półki w każdym markecie. Może zamiast straszenie GMO zaprzestali by chowu klatkowego, ktory jest nieetyczny i bestalski. Ale po co skoro jest klient i można na tym zarobic. Dziękuję za artykuł. Jak zwykle w sedno 😊

  3. ile płacą ponadnarodowe koncerny za wypisywanie takich bzdur, mających na celu dyskredytację naturalnych produktów a promowanie śmieciowego żarcia gmo?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *